Archiwum kategorii: II Wojna Światowa na Ziemiach Polskich

Sierow – sowietyzator Polski

Ta książka powinna się stać lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy uparcie propagują tezę, że wraz z przejściem przez Polskę Armii Czerwonej w latach 1944-45, przyniesiona została udręczonej Ojczyźnie upragniona wolność. Że Związkowi Radzieckiemu zawdzięczamy „wyzwolenie”. Nikita Pietrow, wicepr511-mediumzewodniczący Stowarzyszenia Memoriał, rosyjskiej organizacji dokumentującej zbrodnie czasów stalinowskich, w książce „Iwan Sierow – stalinowski kat Polski”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Demart, mówi jasno: nie! Działalność Sierowa na obszarach „wyzwolonych” potwierdza natomiast tezę, że wraz z „wyzwoleniem” Polska poddana została kolejnej, tym razem długotrwałej okupacji, której skutki odczuwalne są do dzisiaj.

Postać Iwana Sierowa, jaka wyziera z książki Nikity Pietrowa, nasunęła mi porównanie z dwoma postaciami. Jedną „zmyśloną” lejtnanta Michaiła Zubowa z „Zapisków oficera Armii Czerwonej” Sergiusza Piaseckiego, drugą jak najbardziej prawdziwą generała Michaiła „Wieszatiela” Murawjowa – bezwzględnego pacyfikatora Powstania Styczniowego. Obu łączyła przepełniona pochlebstwami służalczość wobec przełożonych, z tym, że o ile w przypadku tego pierwszego objawiała się ona na piśmie, to drugiego w czynach. Czynach okrutnych, krwawych, obmierzłych nawet dla innych zbrodniarzy, za które nie poniósł żadnej odpowiedzialności.
Iwan Sierow, pierwszy szef KGB to jedna z najczarniejszych postaci sowieckiego aparatu represji, wyjątkowy przykład prymitywnego i tępego urzędnika, który jakimś cudem dotarł na szczyt komunistycznej „wierchuszki”. Sam fakt wyspecjalizowania w fachu „pojmań, przesłuchań i rozstrzelań”, a przy okazji bycia lizusem, to trochę mało, by to racjonalnie wytłumaczyć, gdyż takich fachowców – albo i lepszych – Sowieci posiadali wielu. Mówią o tym przytaczani przez Pietrowa, współpracownicy Sierowa i historycy. Sam Stalin, dowiedziawszy się o metodzie, jaką Sierow pochwycił przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, miał powiedzieć o nim „prostak”. Podobnie otoczenie cara nazywało metody działania Murawjowa. Z obrzydzeniem przyjmowali informację, że Murawjow lubił brać udział w egzekucjach, a jego zasadą były słowa: „dobry Polak, to Polak powieszony”.
Skąd porównanie do Zubowa? Sierow miał upodobanie w pisaniu listów, których kilka znalazło się w aneksie do książki. Są to listy do Berii, Chruszczowa oraz samego Stalina. Zapewnia w nich o swojej wierności i niezmąconym szczęściu, jakim może być służba komunizmowi. „Służenie Tobie towarzyszu Stalin jest dla mnie jedynym prawem do życia”- pisze w jednym z nich.

Wojciech Stańczyk

Sprawiedliwi

        W roku 1963 państwo Izrael powołało do życia komisję badającą skalę pomocy udzielanej przez Narody Świata eksterminowanym podczas II wojny światowej Żydom. Yad Vashem w Jerozolimie, instytucja Sprawiedliwi. Jak Polacy ratowali ?ydów przed zag?ad?założona specjalnie w tym celu, po skrupulatnej weryfikacji (m.in. potwierdzone notarialnie zeznanie uratowanego) zaczęła następnie przyznawać medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” z wybitymi nań personaliami. Jak do tej pory medalem tym odznaczonych zostało ponad 6 tys. Polaków (25% wszystkich odznaczonych), ale wiadomo, że skala pomocy była wielokrotnie wyższa. Niektórzy historycy – jak podaje Grzegorz Górny w najnowszej książce wydawnictwa Rosikon „Sprawiedliwi. Jak Polacy ratowali Żydów od Zagłady” - mówią, że liczba Polaków zaangażowanych w tę pomoc mogła wynieść nawet milion osób.

Grzegorz Górny opisuje mechanizmy działania Niemców w Generalnej Guberni. Przeplata je opowieściami o ludziach, ich postawach, reakcjach na zastaną rzeczywistość. Wspomnienia świadków – ocalonych przez Polaków – są plastycznym uzupełnieniem książki. planu zagłady, którego poszczególne punkty krok po kroku realizowała na terenie okupowanej Polski nazistowska machina śmierci. Jej przedstawiciele, „naród panów”, widzieli w Polakach podludzi, Żydów zaś wogóle wykluczyli z gatunku ludzkiego, poddając ich masowej eksterminacji. Żyd nie był człowiekiem, był insektem. – Każdy bez wyjątku Żyd, którego pochwycimy, będzie podlegać eksterminacji. Jeżeli nie uda nam się zniszczyć biologicznych podstaw żydostwa, to pewnego dnia Żydzi zniszczą naród niemiecki – mówił w Oświęcimiu Rudolfowi Hessowi Reischfurher SS Heinrich Himmler, wizytujący KL Auschwitz-Birkenau.

Polacy, również skazani byli na wytępienie, ale nim to się miało dokonać, wciągnięci zostali – w ramach powszechnego szerzenia antyżydowskiej propoagandy – w system deprawacji, odwołujący się do dwóch negatywnych uczuć: strachu i chciwości. Z jednej strony pod karą śmierci zabroniono jakiejkolwiek pomocy Żydom, a z drugiej obiecywano nagrody pieniężne za wskazanie każdego ukrywającego się przedstawiciela tego narodu.  Ten system był dopełnieniem niemieckiego terroru.

Szmalcownictwo

Górny przytacza opinie historyków, którzy zjawisko „czarnego marginesu”, czyli m.in. szmalcownictwo (wydawania Niemcom Żydów lub wymuszanie na nich okupu za nie wydawanie), przypisują głównie demoralizacji  i patologii społecznej, dzięki którym rodzą się sprzyjające warunki dla szerzenia się postaw bierności i zobojętnienia. Socjologowie – opisując to zjawisko – również zwracają uwagę na masowe ujawnienie się najniższych instynktów będące właśnie skutkiem załamania się porządku publicznego i upadku obowiązujących norm. - Struktura normalnie funkcjonującego społeczeństwa, ze swymi prawami i instytucjami stabilizuje sytuację, gdyż pozwala kontrolować ludzkie zachowania zgodnie z przyjętymi regułami moralnymi. Gdy tego zabraknie próżnia społeczna pociąga za sobą zapaść etyczną – pisze Górny.

W większości relacji ocalałych z Holocaustu pojawia się motyw nieustannego strachu przed szmalcownikami. Marek Edelman – cytowany przez autora – wspominał, że gdy przechodziło się na „aryjską stronę”, to wrogiem był każdy, bo nikt nie miał na czole napisane, że cię wyda. Wg brytyjskiego historyka Gunnara S. Paulssona, w okupowanej Warszawie mogło być ok. 3-4 tysięcy szmalcowników i szantażystów, a zaangażowanych w pomoc Żydom od 70 do 90 tys. mieszkańców stolicy.  David Cesarani, znany historyk żydowskiego pochodzenia w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, w zdecydowany sposób odpierał utrwalone na Zachodzie stereotypy o wydawaniu Żydów przez Polaków. To zjawisko miało miejsce, ale przez lata komunizmu, utrwaliła się narracja, której polskie władze za żelazną kurtyną nie zauważały, a polskiej emigracji nie udawało się przebić . Dopiero w latach 80. po filmie „Szoah” Claude’a Lanzmanna, bardzo krytycznym wobec Polaków, rozgorzała poważna dyskusja. Tyle, że przez dziesięciolecia ten stereotyp „zapuścił korzenie”, przesiąkły nim podręczniki i utrwalił się w świadomości mieszkańców Zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych.

szoah

Film Claude’a Lanzmanna wskazywał m.in. na współudział Polaków w Zagładzie.

- Szmalcownicy istnieli – mówi Cesarani, ale „polskie państwo podziemne i społeczeństwo, patrzyło na te osoby krytycznie. Poddawano ich ostracyzmowi. To nie było coś, czym można się było pochwalić w towarzystwie. Dziś wiemy, że członkowie AK zabijali szmalcowników jako kolaborantów. Znamy przypadki, że zwykli ludzie, widząc na ulicy, że ktoś chce wydać Żyda, reagowali stanowczo. Odciągali takich ludzi, a Żydom pomagali w ucieczce. Działo się to spontanicznie, mimo niemieckiego terroru i surowych konsekwencji. Robili to zwykli przechodnie. Polscy patrioci uważali, że wydanie żydowskiego współobywatela Niemcom to czyn haniebny moralnie. Hańba dla honoru Polaków. To przeczy mitowi, w który wierzyliśmy na Zachodzie przez tyle lat – że szmalcownicy wydawali Żydów, a reszta polskiego społeczeństwa była obojętna”.

Sprawiedliwi w Kościele

Kolejnym stereotypem, który utrwalił się przez dziesięciolecia była rzekoma bierność Kościoła Katolickiego i wspólnot oraz organizacji kościelnych. Górny przypomina, że oficjalny protest nie mógł zaistnieć w jakikolwiek sposób, gdyż duchowieństwo same było poddane prześladowaniom. Według oficjalnych danych, w czasie II Wojny Światowej na terenach polskich okupowanych przez III Rzeszę, śmierć poniosło 17 proc. duchowieństwa (1932 księży diecezjalnych, 580 zakonników i 289 sióstr zakonnych), w tym blisko tysiąc w samym obozie w Dachau. Są w tej grupie również księża i zakonnice, którzy zginęli za niesioną Żydom pomoc. Należy podkreślić, że sprawa pomocy Żydom w wielu miejscach miała charakter nieformalnych zaleceń biskupich, które obejmowały m.in. wydawanie sfałszowanych metryk chrztu (wydali takie m.in. arcybiskup krakowski Adam Sapieha, lwowski Andrzej Szeptycki, wileński Romual Jałbrzykowski i warszawski Stanisław Gall) dzieciom żydowskim, a następnie umieszczanie ich w sierocińcach prowadzonych przez zakony żeńskie.

siostry_franciszkanki_2

Siostry Franciszkanki Rodziny Maryi ocaliły kilkaset żydowskich dzieci umieszczając je w swoich sierocińcach

Szczególne zasługi położyło tu zwłaszcza Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, którego przełożoną w warszawskiej prowincji była Matylda Getter, zaprzyjaźniona z Zofią Kossak-Szczucką. Współpracując z „Żegotą” umieściła w podległych placówkach kilkaset dzieci skazanych na śmierć.

Najbardziej chyba dobitnym przykładem jak dalece i ten stereotyp się niesprawiedliwie zagnieździł, świadczy przykład ks. Marcelego Godlewskiego z Warszawy, proboszcza parafii Wszystkich Świętych. Przed wojną kapłan ten był znany z sympatii endeckich i ze swoich antysemickich poglądów, czemu dawał wyraz ostrym piórem. Podczas okupacji jego kościół i plebania znalazły się w granicach getta. Ocenia się, że wraz ze swoim wikarym ks. Antonim Czarneckim mógł uratować od tysiąca do trzech tysięcy Żydów. Zapewne nie był to przypadek odosobniony, ale jest głośny, gdyż o jego postawie napisał prof. Ludwik Hirszfeld, światowej sławy mikrobiolog i bakteriolog, odkrywca grup krwi, którego Godlewski przetrzymał na swojej plebanii. „Gdy wymiawam to nazwisko – pisał Hirszfeld – ogarnia mnie wzruszenie. Namiętność i miłość w jednej duszy. (…) Gdy los zetknął go z tym dnem nędzy, odrzucił precz to nastawienie i cały żar swego kapłańskiego serca poświęcił Żydom”.

Sąsiedzi

Szewach-Weis

Szewach Weiss – uratowany przez sąsiadów – zwykł o sobie mówić „Człowiek z innej stodoły”, gdyż w takim miejscu był ukrywany.

W 2000 r. ukazała się głośna książka Tomasza Grossa pt. „Sąsiedzi”, opowiadająca o masakrze w Jadwabnem.Upowszechniła ona masowe zabójstwo ludności żydowskiej w tej miejscowości, którego mieli dokonać spontanicznie Polacy. W wydarzeniu tym faktycznie brali udział Polacy, ale jak wykazało śledztwo IPN, było ono inspirowane przez Niemc

ów, a podana przez Grossa liczba ofiar – 1600 osób – była kilkakrotnie zawyżona. Ekshumacje oraz kwerenda w archiwach wykazały, że w pogromie życie straciło ok. 340 Żydów, przeważnie spalonych żywcem w stodole. Górny odnosząc się do tego wydarzenia przywołuje wiele sytuacji zupełnie odmiennych. Nie do oszacowania jest liczba pogromów, jakich dokonywali na całych wsiach Niemcy, w odwecie za udzielenie pomocy Żydom. Okupant stosował odpowiedzialność zbiorową wychodząc z założenia -

zresztą słusznego, że ludzie naogół wiedzieli o tym, kto ukrywa i udziela pomocy Żydom, a mimo obowiązku

zgłaszania takich przypadków nie wydawali sąsiadów. Przytacza też słowa Szewacha Weissa, który ocalał ukrywany m.in. w stodole w Borysławiu, wypowiedziane podczas uroczystości w Jedwabnem: „ja profesor Szewach Weiss, ambasador Izraela w Polsce, miałem okazję spotkania w życiu również innych sąsiadów. Dzięki nim i ja, i moja rodzina przeżyliśmy Holocaust. Dzięki nim mogę teraz stanąć przed wami. W swoim życiu poznałem także inne stodoły, w których ukrywano Żydów”. Z kolei Nechama Tec, amerykańska socjolog również ocalała z Holocaustu stwierdziła: „Ratujący byli świadomi kary, ale nie myśleli o tym. Wierzyli, że jakoś dadzą sobie radę. Jeśli byli religijni, myśleli, że Bóg im pomoże, a jeśli komunistami, mówili, że ideologia zwycięży”.

Wojciech Stańczyk

Gorny22Grzegorz Górny (ur. 1969)dziennikarz i publicysta.  Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. W 1994 roku wraz z Rafałem Smoczyńskim stworzył kwartalnik „Fronda”, który redagował przez 11 lat. W latach 1995-2001 współtworzył też program telewizyjny pod tym samym tytułem.  Autor filmów dokumentalnych z serii Raport Specjalny dla Telewizji Polsat; współautor reportażu na temat działalności Wojskowych Służb Informacyjnych w polskich mediach telewizyjnych w latach 90. wyemitowanego magazynie reporterskim 30 minut. Od października 2007 do 14 kwietnia 2012 znów był redaktorem naczelnym kwartalnika „Fronda”. W grudniu 2012 został publicystą tygodnika „W Sieci”.

Mark Felton „Polowanie na Ostatnich Nazistów”

feltonTemat ścigania zbrodniarzy nazistowskich został opisany w światowej literaturze setki razy. Książka Marka Feltona „Polowanie na Ostatnich Nazistów” nie jest zatem jakimś novum, ale i inny wydaje się był zamysł autora. Nie epatować szczegółami ze zbrodniczej działalności oprawców, poza suchymi faktami jakiego typu są im stawiane zarzuty, gdzie dopuszczali się tych zbrodni i ile istnień ludzkich mają na sumieniu, ale ukazać jak wielu z nim udawało się (i udaje się do dzisiaj) ujść przed wymiarem sprawiedliwości. Podstawowy dylemat podnoszony przez autora, a ma on zastosowanie również w Polsce (wobec komunistycznych oprawców), to czy stawiać pod sąd ludzi starych i ciężko chorych? Felton jest raczej przeciwnikiem litowania się nad nimi, opowiada się po stronie tych, którzy sprawiedliwość i nieuchronność kary za udział w zagładzie, traktują z największą powagą. Czy Demaniuk i inni opisani przez niego oprawcy mieli w sobie tego typu odruchy?

Antoni Kępiński, w eseju „Rytm życia” (książka wydana po raz pierwszy w latach 60. XX w.), zadał dwa fundamentalne pytania. Pierwsze z nich to, czy w przyszłości, dla określenia współczesnych mu czasów, będzie się mówiło wiek Einsteina, cybernetyki, lotów w kosmos, czy raczej wiek Oświęcimia, Majdanka i Buchenwaldu? Drugie zaś,  czy zbrodniarze wojenni, zatrudnieni w realizacji masowej zagłady, byli zwyrodniałymi sadystami, czy też zwykłymi ludźmi, którzy w innych warunkach byliby „normalnymi obywatelami”? Co na to Felton?

Niestety, ale totalitaryzm niemiecki i zagłada wielu milionów ludzi różnych ras i narodowości, wyparły ze świadomości ogółu  pozytywne dokonania XX w. Widać to w programach telewizyjnych, widać to w kinie, widać to w księgarniach. Wspaniałe (polecam przy okazji) książki Dominque’a Lapierre’a o odkrywaniu wirusa HIV i rywalizacji między francuskimi i amerykańskimi naukowcami czy o Kalkucie i działalności Matki Teresy ustępują pod naporem literatury poświęconej zbrodniom hitlerowskim i – szkoda, że w mniejszym stopniu – stalinowskim. Z dużo większym zainteresowaniem wydawców, księgarzy i czytelników spotykają się biografie Hitlera, Goebellsa i Goeringa, niż wspomnianego już Einsteina.

Odpowiedź na drugie pytanie jest trudniejsza. Kępiński pisał te słowa gdy znakomita większość sadystycznych strażników i strażniczek beztrosko przemieszczała się po świecie, gdyż polowano – z różnym skutkiem – na dużo większe ryby, które wymykały się „szczurzymi” kanałami do Ameryki Południowej, Syrii czy Egiptu, przybierając nową tożsamość i przepadając bez wieści.  Losy zbrodniarzy i zbrodniarek, zarówno grubych ryb, jak i płotek, układały się różnie. Jak to w życiu, jedni doszli do całkiem pokaźnych majątków, inni z trudem wiązali koniec z końcem. Jedni umierali nagle, niektórzy ciężko chorowali, jeszcze inni dożywali błogo starości. Jedni mieli szczęście w miłości, innym go bardzo brakowało, jeszcze inni stawali się ofiarami rozmaitych rodzinnych konfliktów. Najlepszym przykładem są losy najgłośniejszych zbrodniarzy: koordynatora Planu Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Żydowskiej Adolfa Eichmanna, „Anioła smierci” z Auschwitz, czyli Josepha Mengele oraz komendanta Treblinki Franza Stangla. Eichmann walczył z problemami finansowymi, samotnością i odosobnieniem, Mengele wiódł szczęśliwe życie udzielając sie towarzysko, zaś Stangl został wydany przez byłego zięcia sfrustrowanego rozpadem małżeństwa. Na każdego przyszedł jednak koniec. Pochwycony w Argentynie, a następnie sądzony przez izraelski wymiar sprawiedliwości Eichmann, proszący w ostatnim słowie Żydów o wybaczenie, został skazany na śmierć, Mengele, który uważał, że swoimi czynami raczej pomagał ludzkości zmarł na tak serca podczas beztroskich wakacji, zaś Stangl – w odruchu litości niemieckich sądów skazany jedynie na dożywocie – umarł w więzieniu  uprzednio udzielając obszernego wywiadu dziennikarce.

Nie jest być może łatwo przesłuchiwać schorowanego starca, ale częstokroć okazywało się, że miłosierni sędziowie, kierując się ludzkim odruchem, skazywali z tego powodu bez orzekania kary czy stosując ją w zawieszeniu. Liczne były też przypadki zwalniania z więzień. Luise Danz, strażniczka obozowa z Płaszowa, Majdanku i Malchow, skazana w procesie oświęcimskim (1946) na dożywocie, wyszła na wolność po dziesięciu latach. Przez dalsze 40 lat wiodła spokojne życie, aż ponownie trafiła pod sąd za zbrodnie na dzieciach w obozie Malchow. Uniknęła kary z racji zaawansowanego wieku i złego stanu zdrowia. Od czasu tego orzeczenia mija 17 lat, ale Luise wciąż żyje. Takich przykładów jest mnóstwo. Czy odruch litości, jak najbardziej ludzki, to właściwa postawa wobec sadystycznych oprawców? Obserwując powojenne losy wielu nazistowskich zbrodniarzy można odnieść wrażenie, że nie wszystkie kraje były dostatecznie zdeterminowane w ich ściganiu, że w pewnym momencie uznano tę sprawę za zbyt odległą, by się nią z należytą starannością i powagą zajmować. W końcowym rozdziale książki, zatytułowanym „Nadzieja”, Felton przytacza oświadczenie Efraima Zuroffa z Centrum Szymona Wiesenthala, najbardziej bezkompromisowej instytucji ścigających zbrodniarzy nazistowskich, że z ich strony jednak nigdy nie będzie spowolnienia starań. „Przynajmniej kilku nazistowskich morderców stanie jeszcze przed sądami, wbrew dość rozpowszechnionego założenia, że jest już za późno, aby ich oddać w ręce sprawiedliwości” – mówi cytowany Zuroff.

Wojciech Stańczyk

mark-feltonMark Felton jest brytyjskim naukowcem i pisarzem. Pochodzi z Colchester, Essex. Przez 8 lat mieszkał w Chinach, gdzie wykładał na uniwersytecie Fudan.  Jest autorem kilkunastu książek poświęconych tematyce II Wojny Światowej.

Polski Lwów przez pryzmat domów

Ksenija Borodin, Iwanna Honak: Lwów po polsku. Imie domu oraz inne napisy; Lwów 2012

Lwow_po_polsku

Pochłonąłem tę książkę jednym tchem, z fascynacją i przygnębieniem zarazem. Oto dwie młode lwowianki, Ksenija Borodin i Iwanna Honak, podjęły się ekscytującego wyzwania. Prześledzenia polskich śladów w przestrzeni współczesnego Lwowa: starych napisów, tablic informacyjnych, ksiąg metrykalnych budynków, detali architektonicznych. Autorki skoncentrowały się na Lwowie „domowym”, a więc budynkach mieszkalnych, nie będących jakimiś zabytkami samymi w sobie, ale poprzez zachowane szczegóły przypominającymi dawną świetność miasta, a więc czasy gdy był wiodącym polskim ośrodkiem miejskim międzywojnia, a wcześniej stolicą Galicji,

Książka została podzielona na kilka rozdziałów, których tytuły oddają zamysł autorek. „Dom jako znak jakości”, „Dom jako nośnik tradycji”, „Księga metrykalna budynku”, „Dom w przestrzeni geograficznej” i „Dom jako biografia urbanistyczna”. Na końcu książki umieszczony został indeks wymienionych ulic, dzięki któremu spacerując zaułkami starego Lwowa łatwiej wychwycimy zauważone przez autorki detale. Najwięcej pozostało na ulicy Doroszenki (8), po sześć na Kopernika i Łyczakowskiej oraz po pięć na ulicach Hnatiuka, Horodockiej, Kotlarewskiego i Rutkowycza. Łącznie udokumentowanych zostało 240 śladów na 135 ulicach i skwerach. Na wspomnianej ul. Doroszenki (d. ul. Sykstuska) symbolika owego znaku jakości ujawnia się w wykończeniach budowlanych. Na klatkach schodowych dwóch kamienic (nr 32 i 38) natkniemy się np. na dawne ceramiczne płytki oraz posadzki, pośród których zachowały się „wstawki” z informacjami o producencie kafelek „Bracia Mund, Lwów”, czy „Jan Lewiński, Lwów – za Barta&Tichy w Pradze”.  Na powierzchniach alabastrowych czy marmurowych, których we Lwowie wciąż się zachowało niemało, producent umieszczał znak w postaci wyrytego napisu. Na Doroszenki taki znak – przy wejściu do kamienicy Landaua (nr 19) – informuje, że elementy te powstały w Fabryce Marmuru B. Królik.

Lwowski dom odzwierciedlał duchowe i estetyczne potrzeby ich mieszkańców. Był traktowany jako schronienie, oaza bezpieczeństwa oraz ostoja tradycyjnych wartości i wiary. Zakakująco dużo tej symboliki przetrwało lata komunizmu. Znajdujące się we wnękach domów posągi Najświętszej Maryi Panny, której kult był we Lwowie bardzo silny, władze sowieckie niszczyły z zawziętością, ale kilka udało się uchronić. Podobnie z figurami świętych oraz polskich władców, pisarzy i artystów, którzy w czasie zaborów przypominali o bogatej historii Polski oraz budzili narodowego ducha. Nad sklepem instrumentów muzycznych przy Doroszenki 11 zachowało się wspaniałe popiersie Fryderyka Chopina oraz inskrypcje rzeźbiarskie (dzięki autorkom dowiadujemy się ponadto, że są w mocno sfatygowanym stanie i zagraża im destrukcja). W ogóle rzeźby i dekoracje rzeźbiarskie na budynkach były bardzo silnym wyróżnikiem Lwowa. Na przełomie XIX i XX wieku i w okresie międzywojennym działali w nim bowiem renomowani rzeźbiarze i mistrzowie sztuki użytkowej, m.in. Juliusz Wojciech Bełtowski, Piotr Bazyli Wójtowicz, Tadeusz Błotnicki, Kazimierz Piotrowicz, Stanisław Plichal czy Zygmunt Kurczyński. Reprezentowali rozmaite style i techniki, dzięki czemu można się wiele dowiedzieć o historii miasta, chronologii jego rozwoju oraz samych mieszkańcach. To niepowtarzalne nawarstwienie epok, które zaobserwować można również, ale na mniejszą skalę, w Krakowie, spowodowało, że miasto zyskało sławę i zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Jedynym mankamentem publikacji jest jego niedostępność w polskich księgarniach, czy to książkowych czy internetowych. Książkę można jednak nabyć bezpośrednio u autorek. Wystarczy napisać maila lub zadzwonić. lviv.po.polsku@gmail.com tel. 00 38 097 945 43 60

Wojciech Stańczyk

Takashi Nagai – święty z Urakami

Sięgnąłem po tą książkę zachęcony okładkową zapowiedzią wydawcy: tragedia Nagasaki we wspomnieniach świadka. Mam bowiem w zanadrzu tekst poświęcony bombie atomowej i – pomyślałem – dobrze będzie zobrazować go opisem osoby, która na własnej skórze odczuła skutki wybuchu. Po jej przeczytaniu doszedłem jednak do wniosku, że książka zasługuje na uwagę również z innych powodów, w tym, jakby pomijanego i śladowo obecnego w literaturze tematu sieroctwa powojennego.

Takashi Nagai: Listy do dzieci, Promic 2012

Takashi Nagai (1908-1951) był lekarzem radiologiem, u którego wiosną 1945 r. – nim bomba atomowa zmiotła Nagasaki z powierzchni ziemi – zdiagnozowano przewleką chorobę popromienną  wywołaną promieniami X. Rozwijająca się białaczka i rokowania dające mu dwa-trzy lata życia, skłoniły jego i żonę do przygotowania dzieci na odejście ojca.  „Listy do dzieci” miały być dla nich swoistym testamentem, drogowskazem życiowym.  Bomba zweryfikowała te plany i okazała, jak nieprawdopodobne bywają koleje losu. Takashi przeżył wybuch, choroba popromienna przeszła z fazy przewlekłej w ostrą, a on sam żył jeszcze sześć lat. Były to lata pracy, ale również lata poświęcenia, cierpień i bólu. Wybuchu nie przeżyła natomiast jego żona oraz cała mieszkająca w Nagasaki rodzina. Życie dzieci udało się ocalić wywożąc je kilka dni wcześniej w góry do rodziców.

Jak odchodziłem od moich ukochanych dzieci – tak rozpoczyna swoją opowieść Nagai. I jest to książka na wskroś osobista, pełna wiary, miłości i oddania. Ukazująca zmagania owdowiałego i schorowanego ojca dwójki małych dzieci, których niebawem będzie musiał opuścić. Tragedia Nagasaki przewija się w tle.

Byłem wtedy w laboratorium, gdzie prowadziłem terapię radem. Zobaczyłem oślepiający blask światła. W tej samej sekundzie obróciły się w perzynę moja teraźniejszość i przeszłość, w gruzach legła także przyszłość (…). Z mojej żony, której powierzyłem opiekę nad dziećmi po spodziewanej własnej śmierci, pozostał jedynie stosik nadpalonych kości, które umieściłem w wiaderku. Spłonęła tak, jak stała, w kuchni.

Nagai nie wyszedł całkowicie ze szwanku. Oprócz zaostrzonej choroby popromiennej doznał poważnych obrażeń prawej strony ciała, w wyniku których stał się inwalidą niezdolnym do chodzenia bez cudzej pomocy.  Stracił też wieloletni dorobek naukowy, latami zbierane materiały, wyniki badań, eksperymentalne zdjęcia. Wszystko, w jednej chwili, ogarnęły czerwono-czarne płomienie. Nagai pisze, że poczuł się jakby nagle trafił do piekła. Zdał sobie jednak sprawę, że stanął przed olbrzymią, rzadką dla naukowca możliwością, zbadania choroby dotąd nie zbadanej, znanej garstce badaczy i lekarzy radiologów – choroby popromiennej. Zajął sie też badanie skażenia radiacyjnego. Badał próbki ziemi z okolic epicentrum. Zainicjował tez akcję zasadzenia tego obszaru tysiącem krzewów specjalnej odmiany wiśni, którą nazwano jego imieniem. Pod koniec życia, gdy wiedział iz niebawem umrze, postanowił posłużyć jako materiał badawczy dla studentów medycyny, by mogli obserwować odchodzenie człowieka. Był katolikiem, a więc wyznawał wiarę w Japonii rzadką, swego czasu zaciekle zwalczaną i karaną śmiercią.  Podkreślał wielokrotnie, że ma świadomość, iz jego postrzeganie rzeczywistości, wiara i poglądy, mogą nie być podzielane przez Japończyków. Gdy zmarł całe Nagasaki pokryło się żałobą, a gdy zabiły dzwony katedry Urakami, obwieszczające ceremonie żałobną ogłoszona została minuta ciszy.

Nagai zadaje fundamentalne pytanie: Co powinniśmy zrobić z dziećmi, które w wyniku wojny stały się sierotami? Trzeba tu zaznaczyć, że z problemem tym nie radziła sobie nie tylko Japonia, ale i wiele innych krajów. Co więcej jest to temat niezwykle wstydliwy również dla Polski. Sierocińce.  Zdaniem Nagai instytucje te, choć w założeniu miały służyc dobru dziecka, nigdy tego dobra mu nie dały, co zresztą się potwierdziło niemal wszędzie. Uważał, że to bardziej instytucja służąca wygodzie obywateli i rządzących. Zauważa, ze zaglądajac do sierocińca wszystko wyda się na pozór idealne, dzieci wydadzą się szczęśliwe i radosne., lecz gdy sie usłyszy ich płacz, to będzie zupełnie inny płacz niż ten, który usłyszelibyśmy w ich rodzinnym domu. Będzie to płacz wielkiej wszechogarniającej beznadziei.

Płacząca sierota spotyka sie z drwinami starszego kolegi czy koleżanki, krytyką nauczycielki i kazaniem tak zwanego tatusia (dyrektora – przypis WS). Woli więc zacisnąć zęby i stłumić potrzebe płaczu. Kiedy już nie może go powstrzymać, płacze inaczej niz zwykłe dzieci. Płacz sieroty nie jest błahą realizacją naturalnej potrzeby fizjologicznej, lecz wynika z desperacji, z czarnej, niezgłębionej rozpaczy.

Piszemy tu o książkach poświęconych bitwom, skandalom, obozom koncentracyjnym. Warto sie zastanowic nad ceną, jaka zapłaciły za wojnę osoby absolutnie niczemu nie winne. Oczekiwałbym też poważnej pozycji dotykającej tego problemu w Polsce.

Wojciech Stańczyk

Powrót Zyty Oryszyn

Nie sposób przejść obok tej książki obojętnie, a i skreślenie o niej paru słów nie jest rzeczą prostą, by nie popaść w banał i rutynę. Autorka podjęła się niezwykle trudnego i gorącego politycznie tematu, a więc powojennych wysiedleń i wielkiej wędrówki ludów XX wieku.

Zyta Oryszyn: Ocalenie Atlantydy, Świat Książki 2012

Oto biedna, wielopokoleniowa polska rodzina z ziem wschodnich dociera na Dolny Śląsk i tu urządza się na nowo. Nadzieja przeplatana ze strachem. Aura niepewności jutra, codzienne zmaganie się z rzeczywistością PRL-u na nieznanym sobie gruncie i wśród obcych ludzi – oto tło opowieści. Na pierwszym planie rozmaite osobowości, o różnych temperamentach, różnym postrzeganiu rzeczywistości, czasem budzący litość, czasem śmiech, czasem odrazę i niesmak. Wszystko to opowiedziane wysublimowanym piórem, sposobem narracji przypominającym samego Wańkowicza. Ambitna literatura, która skłania do refleksji i pobudza do myślenia. Takie książki nie trafiają do świadomości masowego odbiorcy, który o tamtym czasie ma mgliste pojęcie. Jeśli jednak ten odbiorca na „Ocalenie Atlantydy” się natknie, to – z całą pewnością – pojmie czym tak naprawdę wysiedlenia były  i jak kształtowała się powojenna rzeczywistość. Widać ją zarówno oczami Polaków, jak i Niemców.

Młodszym czytelnikom nazwisko Oryszyn nie powie wiele. Autorka debiutowała w 1970 r. książką „Najada”, po której wydała jeszcze „Melodramat” (1971) oraz „Gaba-Gaba czyli 28 części wielkiego okrętu” (1972). I zniknęła. Niemal na całą dekadę. Wtedy, w 1981 r., objawiła się „Czarną iluminacją” (1981) w podziemnym wydawnictwie NOWA 0raz „Madam Frankensztajn” (1984) i znów zamilkła, tym razem na lat sześć, gdy w PoMoście ukazała się „Historia choroby, historia żałoby” (1990).  Po niej znów kazała o sobie zapomnieć, tym razem aż na 22 lata. Niektórym przypomni się opowieść o Edwardzie Stachurze, któremu żona chciała podarować dwa swoje palce, gdy pociąg odciął mu cztery własne. Tą żoną była właśnie Oryszyn. Według Janusza Andermana, którego wypowiedź przytacza wydawca na okładce, głos autora po tylu latach można nazwać debiutem, bo to już nie tylko inna rzeczywistość, ale zupełnie inny twórca. Nie do końca się z tym zgodzę, wszak – co oznajmia czytelnikom autorka – książka była pisana szmat czasu, a obszerne jej fragmenty stanowią utwory napisane jeszcze w drugim obiegu (plus rozdział „Cudza skóra czyli historia choroby, historia żałoby”). Jest to więc raczej próba przypomnienia się czytelnikowi, być może zapowiedź kolejnego tytułu, sygnał, że Zyta Oryszyn wróciła z dalekiej podróży. Miejmy taką nadzieję.

Przywołałem Wańkowicza nieprzypadkowo. „Ocalenie Atlantydy”, tak w warstwie emocjonalnej, jak i literackiej, nieodparcie nasunęło mi skojarzenia, najpierw z „Zielem na kraterze”, a potem z „Na tropach Smętka”. Z jednej strony Polska, której nie ma, owa zatopiona Atlantyda, z takim sentymentem wspominana przez Wańkowicza, a z drugiej strony Polska, którą „podarowali” Polakom alianci. Obca, inna, strasząca smętkami, budząca lęk. Oczami jednej z bohaterek (Babki) widzimy tę rzeczywistość tak:

Miasto okazało się czymś dziwacznym, zamiast piaszczystej drogi, była w nim brukowana ulica. Po obu jej stronach nie rosły żadne sosny, tylko stały rzędem kamienice. Po wodę nie chodziło się do rzeki, ale do kranu, kran się odkręcało i zakręcało i trzeba się było codziennie myć, a jeść nie z garnka czy patelni, ale (…) z porcelany. Nie było stodół, tylko drewniane komórki. W takiej komórce mieścił się tylko węgiel, za ciasno w niej było na sprytny schowek z wentylacją. Na fekalia i urynę było nie wiadro, ale osobny malutki pokoik z okienkiem, w pokoiku stało porcelanowe krzesło z dziurą, dziura była za mała, żeby się do niej wcisnąć.

W tych warunkach, gdy nie wiadomo było czy wojna nie wybuchnie na nowo, ów komfort był mniej ważny. Ważniejsze było bezpieczeństwo, a więc możliwość ukrycia się i ucieczki.  To podstawa, zawsze gdy czas niepewny. Zyta Oryszyn zdaje się to wciąż czuć – w przenośni dosłownie:

uciekać zawsze było przed czym. Ledwo się zapominało o jednym śmierdzącym moczem i rybimi łuskami strachu, a tu trzeba było się bać czego innego.

Jest coś w tych opowieściach. Coś nieuchwytnego, poruszającego. Oryszyn zdaje się gonić uciekający czas, to swego rodzaju  świadomość spóźnienia. Odchodzą świadkowie tamtej epoki, u części pewne zdarzenia się zacierają. Jak to ujmuje wybitny znawca Kresów prof. Stanisław Nicieja, świadkowie ci odchodzą w smugę cienia, a każdy miesiąc czyni spustoszenie w tkance pamiętających Atlantydę. Oryszyn sprawiła, że nad tym ważnym momentem dziejów, nie zapadła całkiem kurtyna. Atlantyda ocalała.

Wojciech Stańczyk

Przewodnik po powstańczej Warszawie

To zaskakujące jak wiele miejsc dziesiątkom jeszcze żyjących warszawiaków kojarzyć się może z tamtymi dniami, z gorącym latem i bardzo ciepłą jesienią 1944 roku.  I równie zaskakujące jak wielu z tych, którzy mijają wyraźne ślady tamtych wydarzeń, nie zdaje sobie z tego sprawy. „Przewodnik po powstańczej Warszawie” Jerzego S. Majewskiego i Tomasza Urzykowskiego wychodzi na przeciw dynamicznie się rozwijającej gałęzi turystyki: turystyki historycznej i pozwala czytelnikowi odbyć wędrówkę śladami starć, potyczek i miejsc pamięci Powstania Warszawskiego.

   Jerzy S. Majewski Tomasz Urzykowski: Przewodnik po powstańczej Warszawie

Autorzy podzielili przewodnik na rozdziały odpowiadające poszczególnym dzielnicom stolicy. Żoliborz, Ochota, Mokotów, Wola… Widzimy dziesiątki miejsc wciąż niosących ślady kul zadanych w trakcie walk, popękanych murów, zacierających się napisów. Widzimy pamiątkowe tablice, pomniki, krzyże, zapoznajemy się z relacjami naocznych świadków, dokumentami i historycznymi zdjęciami (współpraca z Muzeum Powstania Warszawskiego).  Wszystko podane w zwięzłej formie, nie przegadane ani nie zlekceważone. Dokładnie tak sobie wyobrażam przewodnik turystyczny – właśnie ukierunkowany na historię, lokalność oraz kulturowość – w wersji współczesnej.

Od 27 września dostępna jest już dla zwiedzających stała ekspozycja w Muzeum AK w Krakowie (widziałem i bardzo polecam). Może dobrze byłoby w podobny sposób potraktować liczne przecież ślady kampanii ugrupowań powstańczych w innych regionach kraju. Powstanie warszawskie było hekatombą i rzezią na rzadko spotykaną skalę, ale ileż miast, miasteczek i wsi przypłaciło podobnym obróceniem w perzynę własnej tkanki ludzkiej i materialnej.  Warto pokusić się o podjęcie tej tematyki. Dla autorów „Przewodnika po powstańczej Warszawie” duże słowa uznania.

WS

73. rocznica powstania oddziału majora Henryka „Hubala” Dobrzańskiego

23 września 1939 roku Henryk Dobrzański, ps. Hubal, utworzył w Górach Świętokrzyskich Oddział Wydzielony Wojska Polskiego – pierwszy oddział partyzancki podczas II Wojny Światowej. Była to zarazem jedyna jednostka wojsk II Rzeczpospolitej, która nigdy się nie poddała i która nękała okupanta zanim zaczęły się rodzic zręby Państwa Podziemnego. Hubal poległ w walce 30 kwietnia 1940 r. w okolicach Anielina pod Opocznem. Jego oddział został otoczony przez 7 tysięcy żołnierzy niemieckich. W walce, podczas której Niemcy użyli czołgów, oddział uległ rozproszeniu, a poległego majora hitlerowcy wywieźli z pola bitwy. Do dziś nie są znane losy jego szczątków.

Henryk Dobrzański przyszedł na świat 22 czerwca 1897 r. w Jaśle w rodzinie ziemiańskiej o tradycjach patriotycznych. W 1912 r. Dobrzański wstąpił do Polskich Drużyn Strzeleckich, a w 1914 r. zakończył edukację w szkole realnej w Krakowie. W tym samym roku wstąpił do 2. Pułku Ułanów Legionów Polskich. Jako dowódca plutonu, a później szwadronu, brał udział w bitwie pod Rarańczą oraz walkach w obronie Lwowa. W latach 1919-1921 uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Za odwagę na polu walki został odznaczony czterokrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, a następnie Krzyżem Niepodległości. W 1926 roku rozpoczął służbę w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Rok później przeniesiono go do 18. Pułku Ułanów Pomorskich i awansowano na stopień majora. W latach 1930-1936 służył w 20. Pułku Ułanów w Rzeszowie, 2. Pułku Strzelców Konnych w Hrubieszowie oraz 4. Pułku Ułanów w Wilnie.

Jako znakomity kawalerzysta brał udział w wielu zawodach hippicznych o randze międzynarodowej; był członkiem polskiej reprezentacji jeździeckiej. W 1925 r. jego drużyna zdobyła w Nicei Puchar Narodów. W tym samym roku, podczas zawodów w Londynie, za osiągnięcia sportowe Dobrzański otrzymał od księcia Walii, Edwarda specjalną nagrodę – złotą papierośnicę. Dobrzański był również zawodnikiem rezerwowym w składzie polskiej ekipy na igrzyska olimpijskie w Amsterdamie w 1928 r.

We wrześniu 1939 r. Dobrzański został zastępcą dowódcy rezerwowego 110. Pułku Ułanów w Wołkowysku. Walczył z bolszewikami na Grodzieńszczyźnie. Gdy pod Kolnem rozwiązano pułk, 22 września Hubal wyruszył na czele 180 ułanów na odsiecz Warszawie. W okresie PRL ukrywano te fakty.

Od końca 1939 r. do wiosny 1940 r. oddział Dobrzańskiego stoczył z Niemcami wiele potyczek i bitew, m.in. pod miejscowościami: Cisownik, Huciska, Szałasy. Niemcy prowadzili działania odwetowe wobec ludności cywilnej mordując i paląc wiele wsi na szlaku działalności oddziału „Hubala”. Z końcem kwietnia 1940 r. oddział przeniósł się w lasy spalskie. 30 kwietnia podczas próby cichego przedarcia się przez kordon sił wroga, ułani wpadli w zasadzkę.  Oto jak opisują te wydarzenia biografowie Hubala Andrzej Dyszyński i Henryk Sobierajski:

Wieczorem 29 kwietnia już wiedział, że są okrążeni. Postanowił zmienić miejsce postoju i ruszył z osiemnastoma ludźmi w drogę. O świcie zatrzymali się w zagajniku koło wsi Anielin. Zmęczeni nocnym marszem, ułożyli się do snu. Na warcie pozostał kpr. Lisiecki „Zemsta”. Ale i jego sen zmorzył, a kiedy się obudził, stał przed nim Niemiec z karabinem. „Zemsta” szybko wyrwał mu broń i pobiegł do pchor. Ossowskiego, ten z kolei zaalarmował majora i zaraz cały oddział poderwał się na nogi. „Hubal” zarządził wycofywanie się, a wachm. Alickiemu rozkazał ubezpieczać od strony Pilicy. Wtedy rozległy się pojedyncze strzały, a chwilę później zagajnikiem wstrząsnęła seria niemieckiej broni maszynowej. Jedna z kul ugodziła majora śmiertelnie w serce.
Niemcy wreszcie unieszkodliwili „szalonego majora” – der tollen Major, jak o nim mówili. Wreszcie dopadli tego, który zadawał im ciężkie straty, ośmieszał ich, wychodząc z wielkich okrążeń i obław.
Zrobili „pamiątkowe” zdjęcia nad zwłokami. Później przewieźli ciało do koszar wojskowych Wehrmachtu w Tomaszowie Mazowieckim. Tutaj ślad się urwał i do dzisiaj nie wiadomo, gdzie Niemcy pochowali mjr. Henryka Dobrzańskiego.
Wieść o śmierci dowódcy pogrążyła hubalczyków w smutku. Kiedy wiadomość potwierdziła się, 4 maja 1940 roku definitywnie wydali komunikat następującej treści:
„[…] Dnia 30.04.1940 r. o godz. 5.30 rano, wskutek zdrady, Niemcy zaskoczyli oddział podchodząc krzakami dosłownie na kilka metrów ominąwszy nasze placówki. Po pierwszym strzale z naszej strony, ukryci Niemcy oddali serię strzałów, zabijając naszego dowódcę mjr. »Hubala« – Dobrzańskiego i kpr. »Rysia«.
Major »Hubal« nie żyje. […] Zginął człowiek, który swej przysięgi żołnierskiej nie złamał, honoru polskiego żołnierza nie splamił.
[…] Zostaliśmy my, tracąc w nim przyjaciela, ojca, a przede wszystkim w całym tego słowa znaczeniu dowódcę.
[…] Wiemy, że sami nie przywrócimy wolności, ale dla historii potrzebny jest dowód, że znalazł się w Polsce człowiek, który oparł się ogólnej psychozie strachu. Niech nasi następcy wiedzą, że nie wszyscy w tych tragicznych dla naszej Ojczyzny chwilach opuścili ręce, że był jeden, który honor żołnierza i Polaka cenił ponad życie. Ta świadomość dla przyszłych pokoleń warta jest i tych spalonych przez Niemców wsi, po bojach w pow. koneckim i tych niewinnych ofiar ludności cywilnej, w bestialski sposób pomordowanej.
Major »Hubal« nie żyje. Niech cały naród zda sobie sprawę, że stracił w nim jednego z najbardziej wartościowych ludzi. Ludzi, którzy czynami a nie słowami dowodzili swojej wartości”.

Polecana literatura:

Andrzej Dyszyński, Henryk Sobierajski: „Hubal” major Henryk Dobrzański 1897-1940, Wydawnictwo Rytm 2012

 

Słynny polski bombowiec zrekonstruowany!

Polskie Zakłady Lotnicze w Mielcu stworzyły wierną replikę przedwojennego polskiego bombowca „Łoś”. Samolot skonstruowany w latach 30. brał udział w II wojnie światowej. Do dziś ani jeden jego egzemplarz nie zachował się w dobrym stanie. ​Niestety, choć bombowiec jest odtwarzany w skali 1:1, maszyna nie będzie mogła latać. To tzw. model sylwetkowy – kształtem oraz wielkością przypomina autentyk, nie jest jednak budowany z oryginalnych części i nie zawiera odpowiedniego oprzyrządowania zapewniającego mu wzbicie się w powietrze. Model wzbogaci  przyzakładowe muzeum.

W 1934 roku trójka konstruktorów – Jerzy Dąbrowski, Piotr Kubicki oraz Franciszek Misztal – złożyła w Ministerstwie Spraw Wojskowych projekt średniej wielkości bombowca. Pomysł spotkał się ze sporym zainteresowaniem. Współgrał bowiem z popularną wówczas koncepcją, w myśl której to właśnie bombowce powinny stanowić główną siłę Wojsk Lotniczych. Bardzo szybko ruszyły prace nad prototypem. W grudniu 1936 roku doszło do oblotu pierwszego egzemplarza. Armia przekonała się do bombowca i rozszerzyła pierwotne zamówienie o kolejne maszyny.

- ,,Łoś” jak na owe czasy był samolotem nowoczesnym. Zyskał wysokie oceny nie tylko w Polsce, ale i za granicą – podkreśla prof. Bogusław Polak, historyk z Politechniki Koszalińskiej. Bombowiec był stosunkowo lekki, a przez to szybki. Mógł osiągać prędkość nieco ponad 400 km/h. Jego maksymalny zasięg przy małym obciążeniu został wyliczony na niemal trzy tysiące kilometrów. Był zdolny do przenoszenia bomb o łącznej masie 2500 kilogramów.

,,Łosie” były produkowane w fabrykach PZL w Warszawie oraz Mielcu. Do wybuchu wojny powstało 120 bombowców. Do jednostek trafiło 70. Maszyny służyły w dwóch dywizjach i były wykorzystywane m.in. do bombardowania niemieckich kolumn pancernych. – Nie był to najszczęśliwszy pomysł. Aby zbombardować znajdującą się w ruchu kolumnę, maszyny musiały lecieć stosunkowo nisko. Stanowiły łatwy cel – opowiada prof. Polak. Podczas Kampanii Wrześniowej wiele samolotów zostało zniszczonych. Część trafiło do Rumunii, gdzie tamtejsza armia po prostu je skonfiskowała. ,,Łosie” zostały potem użyte m.in. do bombardowania Koszyc, które należały wówczas do Węgier.

-,,Łosi” było zbyt mało, by mogły mieć realny wpływ na losy Kampanii Wrześniowej. Zresztą w tym czasie nasza armia była w fazie przezbrajania. Zakrojony na szeroką skalę projekt miał się zakończyć w 1944 roku. Wybuch wojny położył mu kres – tłumaczy prof. Polak. Po wojnie produkcja ,,Łosi” nie została wznowiona.

Łukasz Zalesiński/INTERIA.PL

Polecana literatura:

Tymoteusz Pawłowski: Lotnictwo lat 30. XX wieku w Polsce i na świecie. Wydawnictwo Rytm 2011
Obraz polskiego lotnictwa lat trzydziestych XX wieku na tle lotniczych dziejów Europy. Autor przedstawia polskie lotnictwo komunikacyjne, wojskowe i morskie. Prezentuje jego miejsce w polskich siłach zbrojnych oraz nakreśla obraz jego rozbudowy ze szczególnym uwzględnieniem lotnictwa bombowego. Prezentuje też tendencje rozwojowe europejskiego lotnictwa bombowego i myśliwskiego a także komunikacyjnego, w końcu sierpnia 1939 roku. Autor podjął się nadto próby oceny polskiego lotnictwa wojskowego w czasie kampanii wrześniowej 1939 roku.

Kobiety w służbie nazizmu

Niemieccy naziści byli okrutnymi, bezwzględnymi oprawcami, którzy nie liczyli się z ludzkim życiem. Ale ich kobiety w niczym im nie ustępowały, a niejednokrotnie były jeszcze gorsze. Taki podstawowy wniosek można wysnuć po lekturze „Sprawczyń”. Kathrin Kompisch rzetelnie rozprawia się z rolą kobiet w hitlerowskim przemyśle śmierci, ukazując, że nie były li tylko kurami domowymi, których celem było rodzenie jak największej liczby aryjskich dzieci, a przez to pomnażanie rzeczywistego potencjału III Rzeszy, ale również współdziałały w masowym ludobójstwie.

  Kathrin Kompisch: Sprawczynie

„Sprawczynie” to nie pierwsza książka poświęcona kobiecemu udziałowi w nazizmie. Dość wspomnieć chociażby głośną „Piękną Bestię”   Daniela Patricka Browna, poświęconą Irmie Grese, uznawanej za jedną z najokrutniejszych funkcjonariuszek SS w obozie Auschwitz-Birkenau, a także liczne prace poświęcone oprawcom sądzonym w procesach załóg obozowych (np. Bergen-Belsen i Ravensbrück). Praca Kompisch porządkuje ten dość obszerny, choć rozproszony materiał i gromadzi go w jednym miejscu, uzupełniając o takie zagadnienia jak udział kobiet w selekcji i eliminacji (opieka społeczna, służba zdrowia), prześladowaniach na okupowanych terenach (funkcjonariuszki gestapo, policjantki, urzędniczki),  wsparciu dla zbrodniarzy (matki i żony esesmanów) i wreszcie – niejako dla przeciwwagi – zaangażowanie w ruchu oporu i niesienie pomocy ofiarom hitlerowskich zbrodni. Autorka kreśli ponadto obraz zwykłych kobiet – matek, żon, córek, zmuszonych do biernego przyglądania się zaistniałej sytuacji, nie orientujących się do końca, co w tych mrocznych czasach działo się wokół nich. Jest też przypomnienie obowiązującego w ustawodawstwie małżeńskim III Rzeszy przymusu wykonywania badań w celu sprawdzenia przydatności do małżeństwa (słynna ustawa o ochronie krwi niemieckiej i niemieckiej czci z 15 września 1937 roku zakazująca – pod groźbą piętnastu lat więzienia – małżeństw mieszanych, tj. Aryjczyka z Żydówką). Osoby, które nie przeszły tych testów pomyślnie były poddawane sterylizacji. Autorka przypomina też osławione stowarzyszenie opiekuńczo-charytatywne Lebensborn (Źródło Życia), początkowo funkcjonujące w celu pomocy samotnym matkom, a w końcowej fazie, będące instytucją mającą zapewnić przyrost populacji czysto aryjskiej (dzięki kontaktom seksualnym starannie wybranych kobiet z reproduktorami z SS).

Pewnie nie każdy przebrnie przez makabryczne opisy dokonywanych przez „sprawczynie” zbrodni.  Lektura jest momentami wstrząsająca, zwłaszcza wypowiedzi samych zbrodniarek przed sądami, z których wynika, że główną pobudką do podjęcia zatrudnienia w obozach koncentracyjnych były dla nich dobre zarobki, a poziom okrucieństwa oddziaływał na dobrą opinię u pracodawcy. Przykładem modelowym takiej kariery jest Dorota Binz, nadzorczyni z Ravensbrück, która nigdy nie wyuczyła się żadnego prawdziwego zawodu,doskonaląc się za to w katowaniu więźniarek. W latach 1943-1945 pełniła nawet rolę „trenerki” przyszłych nadzorczyń. Binz na każdym kroku maltretowała osadzone i szczuła je psami, rozkazywała by godzinami stały na baczność, policzkowała je podczas przesłuchań, uderzała linijką. Binz dbała także by więźniarki cierpiały z głodu i zimna, a podległe jej funkcjonariuszki odznaczały się odpowiednią brutalnością. Budziła takie przerażenie, iż gdy pojawiała się na apelu, na placu zapadała śmiertelna cisza. Z jej „szkoły” wyszło wiele zbrodniarek, w tym m.in. Ruth Neudeck-Closius, jedna z najokrutniejszych sadystek Ravensbrück.

Kathrin Kompisch: Sprawczynie, Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2012, s. 416

Wojciech Stańczyk

69. rocznica rozbicia organizacji AK w niemieckim obozie Auschwitz

69 lat temu Gestapo w KL Auschwitz wpadło na trop obozowej organizacji Armii Krajowej. Między 16 a 29 września 1943 roku Niemcy aresztowali 74 osoby. Większość z nich została rozstrzelana 11 października. Wśród rozstrzelanych byli wybitni wojskowi, działacze polityczni i społeczni, m.in.: mjr Kazimierz Gilewicz, kpt. Tadeusz Paolone (w obozie pod nazwiskiem Tadeusz Lisowski), ppłk Teofil Dziama, płk Juliusz Gilewicz, Jan Mosdorf, mjr Zygmunt Bończa-Bohdanowski, Józef Poklewski-Koziełł i Kazimierz Szafrański.

Ruch oporu w obozie był organizowany od początku jego istnienia. Jesienią 1940 roku powstała grupa Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), która szybko rozwinęła działalność polityczną i akcję pomocy współwięźniom. Za pośrednictwem cywilnych robotników i organizacji konspiracyjnych nawiązała łączność z podziemiem w Krakowie i Warszawie, dokąd wysyłano informacje z obozu. W październiku 1940 roku rtm. Witold Pilecki (w obozie przebywał pod nazwiskiem Tomasz Serafiński) zorganizował grupę pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej. Praca polegała głównie na zdobywaniu żywności i ciepłej odzieży. Podnoszono też na duchu więźniów, kolportowano informacje z zewnątrz i przekazywano poza obóz meldunki za pośrednictwem uciekinierów.

W lutym 1941 roku płk Kazimierz Rawicz (w obozie pod nazwiskiem Jan Hilkner) założył Związek Walki Zbrojnej (ZWZ), od 1942 roku – Armia Krajowa. W kierownictwie znaleźli się także: płk Dziama, kpt. Paolone i Bernard Świerczyna. W ślad za pierwszymi organizacjami powstawały kolejne, m.in. płk. Aleksandra Stawarza i rtm. Włodzimierza Kolińskiego. Obok grup w Auschwitz zaczęły działać organizacje w Birkenau, m.in. płk. Jana Karcza. Jesienią 1941 roku zaczęły działać grupy prawicowe, rekrutujące się z sympatyków Narodowej Demokracji i Obozu Narodowo-Radykalnego. Ich inicjatorami byli prof. Roman Rybarski i Jan Mosdorf. Pod koniec 1941 roku ZWZ zainicjował akcję scaleniową obozowego ruchu oporu. Dowództwo objął płk Rawicz (ZWZ). Na czele stał komitet, który działał do sierpnia 1942 roku, czyli do czasu wywiezienia Rawicza do KL Mauthausen. Dowództwo po nim przejął płk Juliusz Gilewicz. Do października 1942 roku większość grup podporządkowało się wspólnemu dowództwu.

Grupa działała w obozie macierzystym Auschwitz I, Auschwitz II-Birkenau, a także w podobozie Buna. W 1943 roku Niemcy podjęli szereg akcji przeciwko ruchowi oporu. Kierownictwo wojskowe zostało rozbite. W zbiorowych egzekucjach – 25 stycznia 1943 i 11 października 1943 – zginęło 105 więźniów – działaczy wojskowych i politycznych. Represje nie zdusiły oporu. Tuż po zgładzeniu działaczy powstały dwa nowe ośrodki. Lewicowy, złożony z byłych członków PPS, komunistów i bezpartyjnych działał w obozie macierzystym Auschwitz. Należał do niego m.in. późniejszy premier PRL Józef Cyrankiewicz. Drugi ośrodek powstał w Birkenau, gdzie funkcjonowało w 1943 roku kilka grup, kontaktujących się z podziemiem w KL Auschwitz. W szpitalu istniała komórka konspiracyjna Alfreda Fiderkiewicza. Ratowali więźniów, zwłaszcza wybitnych polityków i naukowców. Czynili także przygotowania do samoobrony w przypadku wybuchu powstania lub próby likwidacji więźniów.

Niezależnie od grup polskich na przełomie lat 1942 i 1943 powstały w obozie organizacje więźniów innych narodów: Austriaków, Belgów, Rosjan, Niemców, Czechów, Jugosłowian, Żydów z Sonderkommanda, czyli specjalnej grupy, którą Niemcy wykorzystywali przy obsłudze komór gazowych i krematoriów. Na początku 1943 roku z inicjatywy Austriaków zaczęto prowadzić tajne rokowania w celu połączenia wszystkich grup – polskich i innych krajów. W maju utworzono wspólną Grupę Bojową Oświęcim (Kampfgruppe Auschwitz). W 1944 roku przyłączyły się do niej ostatecznie także polskie grupy wojskowe, co zaowocowało powołaniem wspólnej Rady Wojskowej Oświęcim.

PAP

Eugeniusz Bodo – przemilczana biografia

Niewiele jest postaci, którym komuniści w tak perfidny sposób zmanipulowali biografię jak Eugeniuszowi Bodo.  I niewiele jest biografii tak smutny i tragiczny przebierających finał.  Niesłychanie wszechstronny artysta, genialny aktor, piosenkarz, tancerz, ulubieniec publiczności, ale również producent, przedsiębiorca, punkt odniesienia kreatorów mody, elegancji i szyku lat 30. XX wieku, zmarł w 1943 r. z głodu i wycieńczenia w sowieckim łagrze w Kotłasie w obwodzie archangielskim. Ten fakt skrzętnie przez lata ukrywano, próbując forsować wersję o rozstrzelaniu go przez hitlerowców podczas oblężenia Lwowa w 1941 r.

  Ryszard Wolański: Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań

Nakładem Wydawnictwa Rebis ukazała się książka autorstwa Ryszarda Wolańskiego „Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań”.  Jest to świetny dokument, odsłaniający przed nami zarówno postać cudownego dziecka polskiego show-biznesu czasu międzywojnia, jak i perfidne metody komunistycznej bezpieki.

Bodo, właściwie Bogdan Eugène Junod, urodził się w 1899 r. w Genewie. Ojciec był Szwajcarem, matka Polką. W niedługi czas po urodzeniu Junodowie przeprowadzili się na ziemie polskie, gdzie trudnili się prowadzeniem kabaretów i kinematografu. W 1903 r. ojciec założył w Łodzi pierwszy bioskop – nieme kino, a następnie teatrzyk typu variétés „Urania”. Małżeństwo rodziców Eugeniusza nie przetrwało jednak próby czasu. Junodowie rozwiedli się, a sam Bodo (pseudonim utworzony z pierwszych sylab imienia Bohdan i trzeciego imienia matki – Dorota) pozostał przy ojcu. Nie był to łatwy okres, gdyż mając 16 lat przyszły ulubieniec polskiej sceny, uciekł od ojca i sam zaczął zarabiać na własne utrzymanie.  Występował w kabaretach i sztukach rewiowych, najpierw w Poznaniu i Lublinie, potem w Warszawie, m.in. w kabaretach: „Qui Pro Quo”, „Morskie Oko”, „Cyganeria” i „Cyrulik Warszawski”. W 1924 r. dostaje do wykonania przeróbkę francuskiej piosenki „Titine” i śpiewa ją tak, że momentalnie staje się wielkim przebojem, a oblegane przez publiczność stołeczne sceny wyrywają sobie Boda z rąk. Rok później debiutuje w filmie „Rywale”,wraz z którym „bodomania” zaczęła wylewać się poza stolicę. Zagrał w ponad trzydziestu produkcjach. Najchętniej obsadzano go w roli amantów, ale nie stronił od ról tragicznych i komediowych. Jest też pionierem reklamy. Promuje krawaty od Chojnackiego, kapelusze Młodkowskiego i marynarki Old England. Odrzuca jednak propozycję zagrania w reklamie alkoholu, tłumacząc, że jest abstynentem i straciłby swoją wiarygodność. Reklamodawca podbija ofertę, ale aktor pozostaje nieugięty.

W 1933 r. Bodo zakłada własną firmę producencką Urania Film, która wprowadza na ekrany siedem hitów, m.in. „Czarną Perłę” z sobą w roli głównej i tahitanką Reri (podówczas również jego partnerką życiową) w roli tytułowej. W 1938 r. zakłada przy ul. Pierackiego 15 (obecnie Foksal) lokal Café Bodo, który prowadzi wspólnie z matką. W tym samym roku debiutuje jako reżyser. W chwili wybuchu wojny kończy pracę nad filmem sensacyjnym „Uwaga – szpieg!”, w którym grał rolę polskiego oficera kontrwywiadu zwalczającego niemiecką agenturę. Z tego powodu, we wrześniu 1939 r. ucieka do sowieckiej strefy okupacyjnej.  Trafia do Lwowa. Od jesieni 1939 r. do połowy 1941 r. występuje na scenach jako gwiazda. Uczestniczy w tournée po radzieckich miastach, nagrywa po rosyjsku piosenkę „Tylko we Lwowie”.  Nie czuje się jednak bezpiecznie i podejmuje decyzję o wyjeździe. Postanawia odkurzyć swe właściwe nazwisko i korzystając z wciąż posiadanego obywatelstwa szwajcarskiego wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Ta decyzja okazała się tragiczna w skutkach. Na NKWD, gdzie Bodo zgłosił się by – zgodnie z prawem i w legalny sposób – załatwić pozwolenie i wizę wyjazdową, postawiono mu zarzut szpiegostwa na rzecz obcego wywiadu… Zarzut wyssany z palca, zupełnie nie posiadający podstaw. Aktor zostaje poddany okrutnym przesłuchaniom, a następnie skazany na 5 lat ciężkiego obozu wychowawczego jako element społecznie niebezpieczny. Nie dane mu było doczekać. Zmarł już po dwóch latach.

Ryszard Wolański „Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań”, Wydawnictwo Rebis 2012, str. 408

Wojciech Stańczyk

Archiwalia: Kazimierz Ryś OBRONA LWOWA W ROKU 1939 (całość)

Kazimierz Ryś OBRONA LWOWA W ROKU 1939, Biblioteka Orła Białego Armii Polskiej na Wschodzie, Palestyna 1943 r.

Obrona-Lwowa.

17 września 1939 r. – agresja sowiecka na Polskę

O świcie 17 września 1939 r. oddziały Armii Czerwonej przekroczyły granicę ryską i zaatakowały broniącą się przed Niemcami Polskę. Napaść ta przypieczętowała los II RP. W oficjalnej propagandzie sowieckiej nie było jednak mowy o agresji, a o „wyzwoleniu” Zachodniej Białorusi i Ukrainy. Tym atakiem Związek Sowiecki pogwałcił wiele umów międzynarodowych – oprócz paktu o nieagresji z 1932 r. i wcześniejszego Protokołu Litwinowa z 1929 r., także Pakt Brianda-Kellogga o wyrzeczeniu się wojny oraz konwencję o określeniu napaści z 1933 r.

Sowiecka agresja przeprowadzona została dwoma frontami: Białoruskim komandarma Michaiła Kowalowa i Ukraińskim komandarma Siemiona Timoszenki. Łącznie przeciwko oddziałom polskim wystawiono ok. 620 tys. żołnierzy, 4,7 tys. czołgów i 3,3 tys. samolotów. Agresorzy atakowali w kierunku na Wilno, Suwałki, Brześć nad Bugiem, Lublin, Lwów i Kołomyję. Najważniejszymi bitwami, stoczonymi przez oddziały polskie (głównie Korpusu Ochrony Pogranicza, Brygady Rezerwowej Kawalerii Wołkowysk i SGO Polesie) były: obrona Wilna, Grodna i Lwowa oraz Rejonu Umocnionego Sarny a także starcia pod Szackiem, Wytycznem, Jabłonią i Milanowem.

Od początku września na terytorium Rzeczpospolitej przerzucano także oddziały sabotażowo-dywersyjne. Już w pierwszych dniach agresji żołnierze sowieccy oraz funkcjonariusze NKWD dopuszczali się zbrodni na żołnierzach polskich oraz miejscowych elitach. W nocie wysłanej do polskiej ambasady w Moskwie (nie przyjętej przez ambasadora Wacława Grzybowskiego) komisarz ludowy spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow pisał:

Wojna polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. W ciągu dziesięciu dni operacji wojennych Polska utraciła wszystkie swoje regiony przemysłowe i ośrodki kulturalne. Warszawa przestała istnieć jako stolica Polski. Rząd polski rozpadł się i nie przejawia żadnych oznak życia. Oznacza to, iż państwo polskie i jego rząd faktycznie przestały istnieć. Wskutek tego traktaty zawarte między ZSRR a Polską utraciły swą moc. Pozostawiona sobie samej i pozbawiona kierownictwa, Polska stała się wygodnym polem działania dla wszelkich poczynań i prób zaskoczenia, mogących zagrozić ZSRR. Dlatego też rząd sowiecki, który zachowywał dotąd neutralność, nie może pozostać dłużej neutralnym w obliczu tych faktów. Rząd sowiecki nie może również pozostać obojętnym w chwili, gdy bracia tej samej krwi, Ukraińcy i Białorusini, zamieszkujący na terytorium Polski i pozostawieni swemu losowi, znajdują się bez żadnej obrony. Biorąc pod uwagę tę sytuację, rząd sowiecki wydał rozkazy naczelnemu dowództwu Armii Czerwonej, aby jej oddziały przekroczyły granicę i wzięły pod obronę życie i mienie ludności zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi. Rząd sowiecki zamierza jednocześnie podjąć wszelkie wysiłki, aby uwolnić lud polski od nieszczęsnej wojny, w którą wpędzili go nierozsądni przywódcy, i dać mu możliwość egzystencji w warunkach pokojowych.

W oficjalnej propagandzie powtarzano te same tezy o wyzwoleniu ludu Zachodniej Białorusi i Ukrainy oraz bankructwie państwa polskiego. Treści te powielano m.in. na plakatach i ulotkach drukowanych w tych dniach.

Z archiwum IPN: http://www.ipn.gov.pl/portal/pl/203/1572/

Żołnierze wyklęci – kim byli i czemu tak bała się ich PRL-owska Polska?

Walki zbrojne w Polsce nie ustały wraz z podpisaniem kapitulacji przez hitlerowskie Niemcy. Peerelowscy pseudohistorycy nazywali ten okres „epoką walki o utrwalenie władzy ludowej”. Tak naprawdę – był to czas, kiedy komuniści pozbywali się ostatnich, prawdziwych obrońców niepodległej Polski. Wielu z nich poległo z bronią w ręku, a innych więziono i poddawano okrutnym torturom. Część z nich zasiadała na ławie oskarżonych w procesach pokazowych, których wynik był z góry przesądzony- natychmiastowy wyrok śmierci. Nazywano ich „zaplutymi karłami reakcji”, a wszystkie niepodległościowe organizacje, do których należeli, określano jako „faszystowskie bandy”. W latach 1945-1956, według ciągle niepełnych danych, z rąk polskich i sowieckich komunistów zginęło 8,6 tys. żołnierzy podziemia niepodległościowego, a 5 tys. skazano na karę śmierci. Dodatkowo, w obozach i więzieniach śmierć poniosło ponad 20 tysięcy „żołnierzy wyklętych”. Tylko nielicznym udało się przetrwać stalinowski reżim, mimo to władza ludowa nie dawała im spokoju. Jako „reakcyjni bandyci” stale znajdowali się pod baczną obserwacją zawsze czujnych służb bezpieczeństwa.

Dla instalującej się władzy ludowej partyzanci stanowili poważne zagrożenie. Żołnierzy podziemia niełatwo było wykryć, a ich działalność, skupiająca się na likwidacji Sowietów i kolaborujących z nimi polskich komunistów, była znakiem sprzeciwu wobec radzieckiej okupacji. Partyzanci podziemia wierzyli w rychły wybuch III wojny światowej, który mógłby Polsce przynieść niepodległość. Jednak sfałszowane wybory z 1947 roku i bierność Zachodu wobec tego faktu, zaczęły rodzić w „leśnych szeregach” pesymizm i przekonanie o bezsensowności dalszego oporu. Ujawnianiu się partyzantów sprzyjała też ustawa amnestyjna wprowadzona w marcu 1947 roku

Amnestie przedstawiono jako akt dobrej woli i łaską zwycięzców nad zwyciężonymi. Aby osiągnąć pożądany sukces, zaangażowano aparat propagandy. Faktycznym celem amnestii była likwidacja zorganizowanego oporu przeciwników władzy ludowej. Obietnic amnestyjnych nie dotrzymano. Zebrana w toku przesłuchań wiedza, posłużyła do późniejszych represji wobec ujawnionych i dotarcie do osób nadal prowadzących walkę. W czasie amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, swoją działalność ujawniło także 23 257 osób przebywających w więzieniach. Łącznie amnestia objęła 76 774 osoby.

Jednak nie wszyscy postanowili się ujawniać, choć działania propagandy sprawiły, że informacja o amnestii trafiła do większości partyzantów. Kiedy trafiła ona do majora Hieronima Dekutowskiego ps. Zapora, dowódcy partyzanckiego oddziału, miał on rzec do swoich żołnierzy: „Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy wojsko polskie”. Zaledwie pół roku po tych słowach „Zapora” został złapany. Przez okres ponad roku był więziony i okrutnie maltretowany. Dla jeszcze większego upokorzenia – majora Dekutowskiego oraz jego podkomendnych, podczas procesu odbywającego się w listopadzie 1948 roku, ubrano w mundury Wermachtu. Na „Zaporę” i jego sześciu żołnierzy zasądzono wyrok śmierci, który niezwłocznie wykonano. W chwili śmierci, pomimo tego, że miał tylko 30 lat, wyglądał jak starzec z siwymi włosami, wybitymi zębami, połamanymi rękami, nosem i żebrami oraz zerwanymi paznokciami. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Przyjdzie zwycięstwo! Jeszcze Polska nie zginęła!”.
Major Dekutowski był jednym z wielu żołnierzy z podziemia niepodległościowego, których po okrutnym śledztwie, na podstawie „prawomocnego wyroku” sądu skazywano na śmierć. Do bardziej znanych „żołnierzy wyklętych” należą chociażby: Józef Kuraś ps.”Ogień”, Zygmunt Szendzielarz ps. „Łupaszka”, Stanisław Sojczyński ps. „Warszyc”, Danuta Siedzikówna ps. „Inka” i wielu, wielu innych. Natomiast ostatnim oficerem polskiego podziemia był Stanisław Marchewka ps. „Ryba”, który zginął z bronią w ręku w marcu 1957 roku. Dłużej od niego przetrwał tylko Józef Franczak ps. „Lalek”, zabity przez SB na Lubelszczyźnie w marcu 1963 roku. Fizyczna eksterminacja żołnierzy antykomunistycznego podziemia nie wystarczyła komunistom. Dobrze wiedzieli, że z ofiary ich życia może w przyszłości powstać mit, z którego nowe pokolenia Polaków będą czerpały siłę do walki z komuną. Podlegli sowietom politycy w Polsce obawiali się , że miejsca złożenia ich ciał staną się miejscem patriotycznych manifestacji społeczeństwa. I właśnie dlatego, zabitych czy też zamęczonych partyzantów chowano potajemnie. Najczęściej nocą, w dołach kloacznych, na torfowiskach, wysypiskach śmieci, często posiłkując się wapnem rozkładającym zwłoki.

Na podstawie: http://niewiarygodne.pl/

Polecana literatura:

        

Wołyń 1943

11 lipca 1943 roku rozpoczęła się masowa akcja przeciwko ludności polskiej przeprowadzona przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) na Wołyniu, która przeszła do historii pod mianem rzezi wołyńskiej.Okrutna, nie mająca precedensu krwawa masakra, dokonana w bestialski i niegodny człowieka sposób. Co takiego stało się, że na styku kilku kultur pokojowo współżyjących ze sobą od wielu wieków, doszło do tak drastycznych wydarzeń? Czym zawiniły tysiące prostych polskich rodzin rozsianych po mniejszych lub większych wioskach Wołynia, że stały się ofiarami barbarzyńskich zbrodni? Na półkach księgarń przybywa pozycji poświęconych tej tematyce. Warto zwrócić uwagę na dwie z nich: „Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947″ Grzegorza Motyki (Wydawnictwo Literackie) oraz „Wołyń 1939-1944. Historia, pamięć, pojednanie” Władysława Filara (Oficyna Rytm).

Autorzy bardzo wnikliwie podjęli się analizy tematu, choć różnią się w ocenach i kwalifikacjach tych wydarzeń. Prof. Władysław Filar stoi na stanowisku, że terminy „spór polsko-ukraiński”, „walki bratobójcze”, „wojna domowa”, z jakimi można się zetknąć w ukraińskich mediach, to dezinformacja mająca na celu wybielenie OUN i UPA. Jego zdaniem, takie interpretowanie wydarzeń nie przyczynia się do naświetlenia źródeł akcji antypolskiej ani jej motywów. Nie sprzyja też prawdziwemu pojednaniu. Dr Grzegorz Motyka jest z kolei zwolennikiem zostawienia Ukraińcom szerszego pola do rozliczenia się z własną przeszłością. To stanowisko niektóre środowiska kresowe odczytują jako niepotrzebny ukłon w stronę wschodnich sąsiadów.

   Władysław Filar: Wołyń 1939-1944. Historia, pamięć, pojednanie

W. Filar to wołyniak, były żołnierz 27 Dywizji Wołyńskiej Armii Krajowej, profesor historii wojskowości, autor ponad 120 publikacji historycznych i wojskowych. Jest jednym z organizatorów seminariów historycznych „Polska – Ukraina: trudne pytania” (1996 – 2001), a także współautorem prac poświęconych działalności Armii Krajowej na Wołyniu, obronie Przebraża oraz rzezi wołyńskiej.

„Wołyń 1939-1944. Historia, pamięć, pojednanie” jest w dużej mierze pracą biograficzną, podróżą w czasie – powrotem w rodzinne strony, które autor jako dziecko był zmuszony opuścić (wzruszający opis spotkania z dawnymi sąsiadami w rodzinnych Iwaniczach). Prof. Filar przypomina, że w swych politykach względem ludności ukraińskiej zarówno Sowieci, jak i Niemcy, grali antypolskimi hasłami. Miało to znaczenie propagandowe oraz ukierunkowało naturalny gniew podbitej ludności na osoby trzecie. U Sowietów utożsamianie tzw. polskiego jarzma z pojęciem Polski i Polaków wytwarzało atmosferę wrogości Ukraińców do wszystkiego, co polskie. Polacy byli wrogami klasowymi, wyzyskiwaczami, którzy przez wieki odzierali miejscową ludność z ich tożsamości narodowej, religii i języka. Niemcy z kolei wykorzystywali ten antagonizm do wzmocnienia represyjnej polityki względem Polaków, oddając w tym zakresie bardzo duże pole do popisu ukraińskim nacjonalistom, w których ręce przekazano nadzór administracyjny i policję. Rozpoczęli oni zakrojoną na dużą skalę agitację antypolską wśród ludności ukraińskiej w ramach przygotowań do „rewolucji narodowej”, mającej doprowadzić do niepodległej Ukrainy. Nawiązywano do tradycji buntów chłopskich i powstań kozackich w XVII–XVIII w., wskazując na Polaków jako głównych wrogów stojących na drodze do niepodległej Ukrainy. Skutki propagandy dość szybko stały się widoczne. Pojedyncze skrytobójcze morderstwa na Polakach zatrudnionych w administracji rolnej i leśnej, zaczęły się już w 1942 r.

Od 11 do 13 listopada 1942 roku miała miejsce pierwsza masowa zbrodnia w kolonii Obórki (gm. Kołki, pow. Łuck) popełniona na ludności polskiej przez policję ukraińską, w której zginęło 37 Polaków (w tym kobiety i dzieci). Masakry dokonano za pomoc udzielaną ukrywającym się Żydom. W niedługim czasie po tym wydarzeniu nacjonaliści ukraińscy przystąpili do eksterminacji ludności polskiej. Zapoczątkowała ją rzeź mieszkańców polskiej kolonii Parośla (gm. Antonówka, pow. Sarny) 9 lutego 1943 roku, gdzie zamordowano 149 Polaków (bez względu na wiek i płeć) oraz 6 przebywających tam Rosjan. Zbrodni dokonała banderowska sotnia pod dowództwem Korziuka Fedira „Kory”, podszywająca się pod sowieckich partyzantów. Od marca 1943 r. tworzone bojówki i oddziały nacjonalistów ukraińskich przystąpiły do systematycznego i planowego oczyszczania Wołynia z ludności polskiej. Terror i masowe rzezie narastały stopniowo wraz z rozwojem zbrojnych bojówek i oddziałów nacjonalistów ukraińskich. Początkowo były to zabójstwa pojedynczych osób i ich rodzin oraz Polaków z małżeństw mieszanych, potem nastąpiły rzezie całych rodzin polskich we wsiach, w których Ukraińcy stanowili większość, a w końcu napady z zaskoczenia i rzezie objęły mniejsze osady i wsie polskie.

Filar wspomina o rozpaczliwej misji poety Zygmunta Rumla, zwanego Baczyńskim Kresów, oficera Batalionów Chłopskich, któremu 10 lipca przypadła ostatnia próba porozumienia się z Ukraińcami. Wraz z innym oficerem Krzysztofem Markiewiczem oraz woźnicą Witoldem Dąbrowskim dotarli do wsi Kustycze, gdzie jednak, zamiast rozmów spotkała ich śmierć. Rozerwano ich końmi nad pobliskim jeziorem. Widok krwi tryskającej z ciał upełnomocnionych do rozmów oficerów polskiego Podziemia zadziałał jak nasączony benzyna lont. Rozpoczęła się rzeź…

   Grzegorz Motyka: Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947

Grzegorz Motyka, w odróżnieniu od Władysława Filara, nie pisze z pozycji osoby dramatem wołyńskim doświadczonej. To książka wyważona w opiniach, ale w żadnym elemencie nie relatywizująca zbrodni ukraińskich nacjonalistów, co pracom tego naukowca pewne środowiska niesłusznie przypisują, uważając go nadto za gloryfikatora UPA.Ciężko znaleźć potwierdzenie dla tych tez, co więcej, jest to raczej polemika z tezami ukraińskiej historiografii, która zwalcza mówienie o wydarzeniach na Wołyniu jako o zbrodni ludobójstwa.

Motyka nie zgadza się z twierdzeniem, że na Wołyniu i w Galicji Wschodniej doszło do równorzędnej wojny partyzanckiej, a pacyfikacjom podlegały tylko wioski bronione przez silne formacje zbrojne. Taka narracja, zdaniem Motyki, to zaciemnianie faktów. Utrwalając takie tezy czytelnikowi trudno się będzie zorientować,  że była to – zorganizowana na niespotykaną w XX wieku skalę – krwawa i ludobójcza czystka etniczna. Motyka sprzeciwia się też innej „prawdzie”, czyli powszechnym twierdzeniu, że mordy Polaków na Wołyniu były przejawem buntu ludowego wywołanego długoletnią polską dominacją i poczuciem krzywdy. Tymczasem, mordy były organizowane przez OUN-UPA. Co więcej, UPA mobilizowała i przymuszała ludność ukraińską do udziału w nich, nawet grożąc śmiercią. Autor polemizuje też z tezą o sowieckiej prowokacji, również w ukraińskiej literaturze lansowaną. Według tego scenariusza czerwoni partyzanci podszywający się pod UPA mieli napadać na polskie wsie, co z kolei wywoływało polski odwet. Sowiecka partyzantka pomagała natomiast przetrwać polskim placówkom samoobrony atakowanym przez UPA. Wreszcie odrzuca też twierdzenia o odwetowym charakterze zajść, do których miało dojść na skutek rzekomego wcześniejszego zabijania Ukraińców na Lubelszczyźnie. Do takich aktów rzeczywiście dochodziło, ale działo się to m.in. pod wpływem tragicznych wieści z Wołynia.

Książka Motyki, co widać w samym jej tytule, traktuje Rzeź Wołyńską jako jeden z elementów trudnych relacji polsko-ukraińskich. Czy tragiczne wydarzenia na Kresach mogły mieć jakiś wpływ na  wybuch i przebieg Akcji „Wisła”, co autor stara się sugerować? W sensie politycznym na pewno nie, gdyż Akcja „Wisła” była zbrodnią komunistyczną. Fakt, że dotknęła ona środowiska banderowców nie miał tu znaczenia. Trudno jednak przypuszczać, by tak nieodległe wydarzenia, nie odcisnęły piętna w ludzkich sercach i umysłach.

Wojciech Stańczyk

ZNAK: Nowości książkowe poświęcone II Wojnie Światowej

  Po wakacyjnej przerwie. wraz z kolejna rocznicą wybuchu II Wojny Światowej w księgarniach pojawiło się dużo ciekawych nowości poświęconych wydarzeniom tego okresu. Jest dużo przekładów, ale również książek polskich autorów. Pojawiło się też kilka wznowień. Na bieżąco, najwartościowsze z tych pozycji, będziemy dla Państwa recenzować.

Wydawnictwo Znak postawiło na tematykę nazistowską i oferuje trzy doskonałe pozycje: „Sekretne życie Rudolfa Hessa” (Stephen McGinty), „Kaci Hitlera. Brudny sekret Europy (Christopher Hale) oraz – utrzymaną w konwencji powieści – „Przypadek Adolfa H.” (Eric-Emmanuel Schmitt). Ta ostatnia pozycja jest już drugim wydaniem, czemu trudno się dziwić, wszak autor ma szerokie rzesze zwolenników swej twórczości.

Eric-Emmanuel Schmitt: Przypadek Adolfa H.

W „Przypadku” Schmitt zestawia biografię Hitlera z Adolfem H. To alter ego wodza III Rzeszy, sytuacja jego domniemanej ścieżki życia, gdyby egzaminy na akademię sztuk pięknych zakończyły się wpisem w poczet studentów.To oczywiście spekulacje, ale filozoficzne wykształcenie Schmitta, jego analityczne myślenie, zmysł obserwacji pozwalają odebrać je jako całkiem realne. Jaki zatem by był ten XX wiek, gdyby posiadaną w sobie wrażliwość Adolf Hitler wykorzystał w sposób twórczy, pełen humanizmu i szacunku do otaczającego go świata i ludzi? Czy świat by o nim kiedykolwiek usłyszał? Z drugiej strony, jak wiemy, historia nie znosi próżni. W miejsce Hitlera jakiego znamy zapewne podarowałaby nam nie mniej gorszego tyrana.

http://www.znak.com.pl/wirtualnaksiazka,id,1831

Stephen McGinty: Sekretne życie Rudolfa Hessa

Jedna z największych zagadek II Wojny Światowej, a więc ucieczka Rudolfa Hessa do Wielkiej Brytanii. W 1941 r. Hess, którego powszechnie uważano za drugiego po Führerze, przedostał się na Wyspy, by – jak napisał w liście do wodza – negocjować układ z Anglikami. Celem miał być pokój i wspólna ofensywa na Związek Radziecki. Autor, którym jest szkocki dziennikarz Stephen McGinty, dotarł do niepublikowanych wcześniej materiałów, w tym listów nazisty do rodziny, propozycji kierowanych do rządu w Londynie i przede wszystkim stenogramów rozmów Hessa i przesłuchujących go oficerów wywiadu, którzy przez trzynaście miesięcy próbowali go złamać, by wyjawił najpilniej strzeżone tajemnice III Rzeszy. McGinty próbuje ustalić czego tak naprawdę mogli się dowiedzieć Anglicy, że uwięziony Hess próbował popełnić samobójstwo, jaki był rzeczywisty cel tej wyprawy i kim tak naprawdę Hess był. Szaleńcem czy zdrajcą? Książka liczy 400 stron, cena 33-40 zł.

http://www.znak.com.pl/wirtualnaksiazka,id,3393

Christopher Hale: Kaci Hitlera. Brudny sekret Europy

O ile „Sekretne życie Rudolfa Hessa” dotyczy wątku sensacyjnego i zagadkowego, to „Kaci Hitlera. Brudny sekret Europy” przywołuje to, co w latach 1939-1945 na naszym kontynencie było najbardziej zawstydzające. Ludzką małość, pogardę dla osób innej narodowości i pochodzenia. Niewątpliwie Hale podjął się niewygodnego – i to dla wielu narodów Europy – tematu. Udziału nie niemieckich ochotników w oddziałach Waffen SS, m.in. na terenie okupowanej Polski. Było ich całkiem sporo, Ukraińcy, Litwini, Łotysze, Chorwaci, Holendrzy, Bośniacy, Duńczycy, Rumuni… Według autora około półtora miliona osób. Półtora miliona osób przekonanych o byciu nadludźmi i wynikających z tego przywilejach. Dodajmy, z których ochoczo korzystali. Pilotowana przez Heinricha Himmlera – od października 1939 r. komisarza Rzeszy ds Umacniania Niemieckich Wartości Narodowych – akcja zaprowadzania „nowego porządku stosunków etnograficznych” w podbitej Polsce oraz na innych okupowanych terenach skupiała się na „odzyskaniu teutońskiej krwi”, jaka została utracona w rezultacie mieszania się rasy nordyckiej z innymi nacjami. Autor analizuje m.in. Zakon Himmlera, zbiór zasad, jakie ten nazistowski oprawca wymyślił dla kierowanej przez siebie policji SS i jej zbrojnego ramienia Waffen SS oraz jak ta szalona koncepcja była wcielana w życie. Jego ambicją było stworzenie nadpaństwa, w którym nie miało być już miejsca dla partii nazistowskiej, ani nawet samego Adolfa Hitlera, ale supermocarstwo, „Europa SS”. Himmler zakładał, że w każdym z podbitych krajów uda się zaprowadzić odpowiedni porządek rasowy, który pozwoli wyodrębnić społeczności nordyckie będące zaczynem prawdziwego niemieckiego państwa. Warto sięgnąć po tą książkę, gdyż rzuca ona nowe światło na zagadnienie polityki okupacyjnej Hitlera. Książka liczy 544 str., a jej koszt to 40-44 zł.

http://www.znak.com.pl/wirtualnaksiazka,id,3417

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: