Proces Miloszewicia

proces miloszewiciaCzym tak na prawdę była wojna w Jugosławii, o co walczono i kto z kim, to wciąż dla polskiego czytelnika temat właściwie nieznany i poruszany bardziej przez polityków i specjalistów od stosunków międzynarodowych, niż historyków.  Proces Slobodana Milosevicza, byłego prezydenta Jugosławii, a potem Serbii, miał – jak sądzono – dać odpowiedź dlaczego do tej wojny doszło. Miloszevic zmarł w 2006 r.  w Hadze, nim w rzeczywistości zdążono mu uzasadnić stawiane mu zarzuty.  O tym, że proces ten okazał się być porażką międzynarodowego i wielce prawdopodobnym uniewinnieniem oskarżonego traktuje książka „Proces Milosevicza”, autorstwa Germinala Civikova.

Sprawa zbrodni popełnionych w Jugosławii (zadawnym sobie w równym stopniu przez Serbów, Chorwatów, Bośniaków i Albańczyków z Kosowa) była przeolbrzymia i to nie podlega dyskusji. Zachowanie instytucji międzynarodowych, zarówno w trakcie konfliktu, jak i po nim budzi jednak sporo kontrowersji. Proces Slobodana Miloszewicia, przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym ds. byłej Jugosławii skompromitował – zdaniem wielu autorytetów z zakresu prawa karnego – międzynarodowe sądownictwo w tym zakresie. Śmierć oskarżonego wybawiła tę instytucję z opresji, jaką byłoby uznanie Miloszewicia za niewinnego, a na to, wobec kruchości dowodów i kompromitujących zeznań składanych przez świadków, poważnie się zanosiło. Jak to możliwe?

Procesowa farsa

Proces Miloszewicia, powszechnie przez opinię publiczną uważanego za dyktatora, tyrana i rzeźnika, już na wstępie rozpoczął się od poważnego błędu samego Trybunału, którego przewodniczący sędzia Richard May wyraził nadzieję, że proces odbędzie się szybko i zakończy się ogłoszeniem winy oskarżonego, zaś główna oskrżycielka Carla del Ponte, że powinna to być kara dożywocia. Del Ponte wniosła akt oskarżenia liczący 66 zarzutów, pod których ciężarem – jak przekonywała opinię publiczną – były dyktator się ugnie. I taka właśnie narracja ukazana została przez media na całym świecie. Zdaniem Civikova, jak też większości prawników, były to kompromitujące błędy procesowe. Prowadzący sprawę sędzia nie może z góry uznać winy oskarżonego, a prokurator ograniczyć swego wywodu do wniesienia o wysokości kary. To by oznaczało, że cały proces nie ma sensu. Oskarżony nie ma nic na swoją obronę i proces zamienia się w farsę. Wyznaczony do sprawy sędzia “z urzędu” przekonywał zaś Miloszewicia, że będzie wnosił o jak niższy wymiar kary, na co ten zrezygnował z posiadania tego typu obrońcy i od początku bronił się sam.

FORMER YUGOSLAV PRESIDENT MILOSEVIC IS ESCORTED INTO THE COURTROOM BY A UN SECURITY OFFICER AS ...

Slobodan Milosevic podczas procesu w Hadze

Prezentacja tych stanowisk, zeznań świadków i „świadków” oraz ekspertów i „ekspertów” (wzięcie w cudzysłowy jest mojego autorstwa) uwidacznia jak nie przygotowana lub owładnięta propagandą była haska palestra. Haska w sensie miejsca, gdzie proces się toczył, gdyż skład sędziowski i prokuratorski był międzynarodowy. Trybunał, jak wynika z zeznań, był cały czas w defensywie. Sędziowie i prokuratorzy – pomijając już wspomniany fakt zamiany swoich ról – byli z konsekwencją obnażani przez oskarżonego  ze swych kompetencji, a właściwie z wątpliwej  ich jakości, zaś brani w krzyżowy ogień jego pytań świadkowie najzwyczajniej gubili się w zeznaniach. Tak jakby zapomnieli lub nie wiedzieli, że były prezydent Jugosławii, wprawdzie był zadeklarowanym komunistą, to jednak zawodowo był prawnikiem i będąc prezesem największego jugosłowiańskiego banku, wystarczająco dobrze poruszał się w zawiłościach systemów politycznych, finansowych i prawnych obowiązujących w Europie i na świecie.

(Nie) wiarygodność świadków

W przebiegu procesu Civikov zauważył, że linia obrony Miloszewicia, zmierzała nie tyle ku zrzuceniu z siebie odpowiedzialności, ale ku wykazaniu, że przedstawione dowody nie stanowią potwierdzenia stawianych mu zarzutów oraz ku podważeniu wiarygodności świadków. Ciekawy jest m.in. dialog, jaki w krzyżowym ogniu pytań przeprowadził z albańskim komendantem z kosowskiej wsi Raczak. Był nim Shukri Buja, który przedstawiał się jako więzień polityczny, który został skazany na 15 lat za udział w demonstracji. Milosević dość szybko sprowadza jego, jak też sąd i prokuraturę na ziemię. Buja nie sądził chyba, że Milosević aż tak dobrze zapamięta jego przypadek, a oskarżyciel, że w jego zeznaniach jest coś nie tak i warto byłoby je skonfrontować z rzeczywistością. Buja przyznaje się do konfabulacji. Nie było to 15 lat, a 13 i nie za udział w demonstracji, a za napad przy użyciu broni na policjantów.  W dodatku nie odsiedział 13 lat, a tylko cztery, a jeden z zaatakowanych policjantów był jego albańskim pobratymcem.  Naciskany przez oskarżonego przyznaje, że nim Serbowie dokonali masakry na mieszkańcach wioski Raczak, na długo przed tym większość mieszkańców wioskę opuściła, po czym zbudowany tam został system bunkrów, okopów i rowów strzeleckich.  Obrońcy zaś byli bardzo dobrze wyposażeni w broń automatyczną, moździerze i granatniki, co stało w sprzeczności z wcześniejszymi zeznaniami, że bronili się jedynie przy użyciu broni myśliwskiej.

Lektura książki pozwala wysnuć jeszcze jeden wniosek, że sam proces Miloszewicia miał jakieś inne tło. Skoro z góry uznano go winnym, to o co chodzi? Jaki był cel tego postępowiania? Wśród wielu obserwatorów sprawa mogła mieć związek z usprawiedliwieniem ataku NATO na Jugosławię (słynna akcja nalotów lotniczych Allied Force), które nastąpiło z pogwałceniem prawa międzynarodowego, jakim jest w tym przypadku rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ. Dziś możemy to uznać za spekulację, gdyż wraz ze śmiercią oskarżonego wiele pytań pozostało bez odpowiedzi. Wydaje się jednak, że byłemu prezydentowi Serbii nie dano prawa do obrony, odmawiano też odpowiedzi lub odbierano mu głos, zresztą w perfidny sposób wyłączając mikrofon – Miloszewić odcięty był bowiem od sali sądowej barierą z pleksi i była to jedyna forma komunikacji. Wyglądało to np. tak, że składane przez Miloszewicia pytania do świadka przerywane były przez sędziego jako nieważne lub niestotne. Civikov zamieszcza wiele tego typu sytuacji, które nie tylko wywoływały irytację oskażonego – często dopiero po jakimś czasie orientował się, że mówi tylko do pilnujących go policjantów, ale w ogóle nie uzasadniały takiej decyzji. Co więcej, przedstawiano to wówczas w mediach jako konieczność wobec buty oskarżonego.

Przepowiednia Del Ponte

Śmierć Miloszewicza pokazuje, że prokurator Carla del Ponte miała rację. Miloszewić dokończył swe życie za kratami. Jednak ani jako winien zarzutów, które mu postawiła, ani nie dostając szansy oczyszczenia się z nich. To dowód na to, że wciąż jest wiele punktów zapalnych w różnych miejscach świata, których rozstrzygnięcie na drodze pokojowej jest szalenie trudnie, a międzynarodowe interwencje zbrojne w takich krajach przynoszą skutek odwrotny od zamierzonego.
Proces ten pokazał również, że społeczność międzynarodowa jest pod wieloma względami zmanipulowana przez media, które bez zastanowienia i głębszej analizy przejmują z góry ustaloną narrację.

Wojciech Stańczyk

Sierow – sowietyzator Polski

Ta książka powinna się stać lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy uparcie propagują tezę, że wraz z przejściem przez Polskę Armii Czerwonej w latach 1944-45, przyniesiona została udręczonej Ojczyźnie upragniona wolność. Że Związkowi Radzieckiemu zawdzięczamy „wyzwolenie”. Nikita Pietrow, wicepr511-mediumzewodniczący Stowarzyszenia Memoriał, rosyjskiej organizacji dokumentującej zbrodnie czasów stalinowskich, w książce „Iwan Sierow – stalinowski kat Polski”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Demart, mówi jasno: nie! Działalność Sierowa na obszarach „wyzwolonych” potwierdza natomiast tezę, że wraz z „wyzwoleniem” Polska poddana została kolejnej, tym razem długotrwałej okupacji, której skutki odczuwalne są do dzisiaj.

Postać Iwana Sierowa, jaka wyziera z książki Nikity Pietrowa, nasunęła mi porównanie z dwoma postaciami. Jedną „zmyśloną” lejtnanta Michaiła Zubowa z „Zapisków oficera Armii Czerwonej” Sergiusza Piaseckiego, drugą jak najbardziej prawdziwą generała Michaiła „Wieszatiela” Murawjowa – bezwzględnego pacyfikatora Powstania Styczniowego. Obu łączyła przepełniona pochlebstwami służalczość wobec przełożonych, z tym, że o ile w przypadku tego pierwszego objawiała się ona na piśmie, to drugiego w czynach. Czynach okrutnych, krwawych, obmierzłych nawet dla innych zbrodniarzy, za które nie poniósł żadnej odpowiedzialności.
Iwan Sierow, pierwszy szef KGB to jedna z najczarniejszych postaci sowieckiego aparatu represji, wyjątkowy przykład prymitywnego i tępego urzędnika, który jakimś cudem dotarł na szczyt komunistycznej „wierchuszki”. Sam fakt wyspecjalizowania w fachu „pojmań, przesłuchań i rozstrzelań”, a przy okazji bycia lizusem, to trochę mało, by to racjonalnie wytłumaczyć, gdyż takich fachowców – albo i lepszych – Sowieci posiadali wielu. Mówią o tym przytaczani przez Pietrowa, współpracownicy Sierowa i historycy. Sam Stalin, dowiedziawszy się o metodzie, jaką Sierow pochwycił przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, miał powiedzieć o nim „prostak”. Podobnie otoczenie cara nazywało metody działania Murawjowa. Z obrzydzeniem przyjmowali informację, że Murawjow lubił brać udział w egzekucjach, a jego zasadą były słowa: „dobry Polak, to Polak powieszony”.
Skąd porównanie do Zubowa? Sierow miał upodobanie w pisaniu listów, których kilka znalazło się w aneksie do książki. Są to listy do Berii, Chruszczowa oraz samego Stalina. Zapewnia w nich o swojej wierności i niezmąconym szczęściu, jakim może być służba komunizmowi. „Służenie Tobie towarzyszu Stalin jest dla mnie jedynym prawem do życia”- pisze w jednym z nich.

Wojciech Stańczyk

Sprawiedliwi

        W roku 1963 państwo Izrael powołało do życia komisję badającą skalę pomocy udzielanej przez Narody Świata eksterminowanym podczas II wojny światowej Żydom. Yad Vashem w Jerozolimie, instytucja Sprawiedliwi. Jak Polacy ratowali ?ydów przed zag?ad?założona specjalnie w tym celu, po skrupulatnej weryfikacji (m.in. potwierdzone notarialnie zeznanie uratowanego) zaczęła następnie przyznawać medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” z wybitymi nań personaliami. Jak do tej pory medalem tym odznaczonych zostało ponad 6 tys. Polaków (25% wszystkich odznaczonych), ale wiadomo, że skala pomocy była wielokrotnie wyższa. Niektórzy historycy – jak podaje Grzegorz Górny w najnowszej książce wydawnictwa Rosikon „Sprawiedliwi. Jak Polacy ratowali Żydów od Zagłady” – mówią, że liczba Polaków zaangażowanych w tę pomoc mogła wynieść nawet milion osób.

Grzegorz Górny opisuje mechanizmy działania Niemców w Generalnej Guberni. Przeplata je opowieściami o ludziach, ich postawach, reakcjach na zastaną rzeczywistość. Wspomnienia świadków – ocalonych przez Polaków – są plastycznym uzupełnieniem książki. planu zagłady, którego poszczególne punkty krok po kroku realizowała na terenie okupowanej Polski nazistowska machina śmierci. Jej przedstawiciele, „naród panów”, widzieli w Polakach podludzi, Żydów zaś wogóle wykluczyli z gatunku ludzkiego, poddając ich masowej eksterminacji. Żyd nie był człowiekiem, był insektem. – Każdy bez wyjątku Żyd, którego pochwycimy, będzie podlegać eksterminacji. Jeżeli nie uda nam się zniszczyć biologicznych podstaw żydostwa, to pewnego dnia Żydzi zniszczą naród niemiecki – mówił w Oświęcimiu Rudolfowi Hessowi Reischfurher SS Heinrich Himmler, wizytujący KL Auschwitz-Birkenau.

Polacy, również skazani byli na wytępienie, ale nim to się miało dokonać, wciągnięci zostali – w ramach powszechnego szerzenia antyżydowskiej propoagandy – w system deprawacji, odwołujący się do dwóch negatywnych uczuć: strachu i chciwości. Z jednej strony pod karą śmierci zabroniono jakiejkolwiek pomocy Żydom, a z drugiej obiecywano nagrody pieniężne za wskazanie każdego ukrywającego się przedstawiciela tego narodu.  Ten system był dopełnieniem niemieckiego terroru.

Szmalcownictwo

Górny przytacza opinie historyków, którzy zjawisko „czarnego marginesu”, czyli m.in. szmalcownictwo (wydawania Niemcom Żydów lub wymuszanie na nich okupu za nie wydawanie), przypisują głównie demoralizacji  i patologii społecznej, dzięki którym rodzą się sprzyjające warunki dla szerzenia się postaw bierności i zobojętnienia. Socjologowie – opisując to zjawisko – również zwracają uwagę na masowe ujawnienie się najniższych instynktów będące właśnie skutkiem załamania się porządku publicznego i upadku obowiązujących norm. – Struktura normalnie funkcjonującego społeczeństwa, ze swymi prawami i instytucjami stabilizuje sytuację, gdyż pozwala kontrolować ludzkie zachowania zgodnie z przyjętymi regułami moralnymi. Gdy tego zabraknie próżnia społeczna pociąga za sobą zapaść etyczną – pisze Górny.

W większości relacji ocalałych z Holocaustu pojawia się motyw nieustannego strachu przed szmalcownikami. Marek Edelman – cytowany przez autora – wspominał, że gdy przechodziło się na „aryjską stronę”, to wrogiem był każdy, bo nikt nie miał na czole napisane, że cię wyda. Wg brytyjskiego historyka Gunnara S. Paulssona, w okupowanej Warszawie mogło być ok. 3-4 tysięcy szmalcowników i szantażystów, a zaangażowanych w pomoc Żydom od 70 do 90 tys. mieszkańców stolicy.  David Cesarani, znany historyk żydowskiego pochodzenia w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, w zdecydowany sposób odpierał utrwalone na Zachodzie stereotypy o wydawaniu Żydów przez Polaków. To zjawisko miało miejsce, ale przez lata komunizmu, utrwaliła się narracja, której polskie władze za żelazną kurtyną nie zauważały, a polskiej emigracji nie udawało się przebić . Dopiero w latach 80. po filmie „Szoah” Claude’a Lanzmanna, bardzo krytycznym wobec Polaków, rozgorzała poważna dyskusja. Tyle, że przez dziesięciolecia ten stereotyp „zapuścił korzenie”, przesiąkły nim podręczniki i utrwalił się w świadomości mieszkańców Zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych.

szoah

Film Claude’a Lanzmanna wskazywał m.in. na współudział Polaków w Zagładzie.

– Szmalcownicy istnieli – mówi Cesarani, ale „polskie państwo podziemne i społeczeństwo, patrzyło na te osoby krytycznie. Poddawano ich ostracyzmowi. To nie było coś, czym można się było pochwalić w towarzystwie. Dziś wiemy, że członkowie AK zabijali szmalcowników jako kolaborantów. Znamy przypadki, że zwykli ludzie, widząc na ulicy, że ktoś chce wydać Żyda, reagowali stanowczo. Odciągali takich ludzi, a Żydom pomagali w ucieczce. Działo się to spontanicznie, mimo niemieckiego terroru i surowych konsekwencji. Robili to zwykli przechodnie. Polscy patrioci uważali, że wydanie żydowskiego współobywatela Niemcom to czyn haniebny moralnie. Hańba dla honoru Polaków. To przeczy mitowi, w który wierzyliśmy na Zachodzie przez tyle lat – że szmalcownicy wydawali Żydów, a reszta polskiego społeczeństwa była obojętna”.

Sprawiedliwi w Kościele

Kolejnym stereotypem, który utrwalił się przez dziesięciolecia była rzekoma bierność Kościoła Katolickiego i wspólnot oraz organizacji kościelnych. Górny przypomina, że oficjalny protest nie mógł zaistnieć w jakikolwiek sposób, gdyż duchowieństwo same było poddane prześladowaniom. Według oficjalnych danych, w czasie II Wojny Światowej na terenach polskich okupowanych przez III Rzeszę, śmierć poniosło 17 proc. duchowieństwa (1932 księży diecezjalnych, 580 zakonników i 289 sióstr zakonnych), w tym blisko tysiąc w samym obozie w Dachau. Są w tej grupie również księża i zakonnice, którzy zginęli za niesioną Żydom pomoc. Należy podkreślić, że sprawa pomocy Żydom w wielu miejscach miała charakter nieformalnych zaleceń biskupich, które obejmowały m.in. wydawanie sfałszowanych metryk chrztu (wydali takie m.in. arcybiskup krakowski Adam Sapieha, lwowski Andrzej Szeptycki, wileński Romual Jałbrzykowski i warszawski Stanisław Gall) dzieciom żydowskim, a następnie umieszczanie ich w sierocińcach prowadzonych przez zakony żeńskie.

siostry_franciszkanki_2

Siostry Franciszkanki Rodziny Maryi ocaliły kilkaset żydowskich dzieci umieszczając je w swoich sierocińcach

Szczególne zasługi położyło tu zwłaszcza Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, którego przełożoną w warszawskiej prowincji była Matylda Getter, zaprzyjaźniona z Zofią Kossak-Szczucką. Współpracując z „Żegotą” umieściła w podległych placówkach kilkaset dzieci skazanych na śmierć.

Najbardziej chyba dobitnym przykładem jak dalece i ten stereotyp się niesprawiedliwie zagnieździł, świadczy przykład ks. Marcelego Godlewskiego z Warszawy, proboszcza parafii Wszystkich Świętych. Przed wojną kapłan ten był znany z sympatii endeckich i ze swoich antysemickich poglądów, czemu dawał wyraz ostrym piórem. Podczas okupacji jego kościół i plebania znalazły się w granicach getta. Ocenia się, że wraz ze swoim wikarym ks. Antonim Czarneckim mógł uratować od tysiąca do trzech tysięcy Żydów. Zapewne nie był to przypadek odosobniony, ale jest głośny, gdyż o jego postawie napisał prof. Ludwik Hirszfeld, światowej sławy mikrobiolog i bakteriolog, odkrywca grup krwi, którego Godlewski przetrzymał na swojej plebanii. „Gdy wymiawam to nazwisko – pisał Hirszfeld – ogarnia mnie wzruszenie. Namiętność i miłość w jednej duszy. (…) Gdy los zetknął go z tym dnem nędzy, odrzucił precz to nastawienie i cały żar swego kapłańskiego serca poświęcił Żydom”.

Sąsiedzi

Szewach-Weis

Szewach Weiss – uratowany przez sąsiadów – zwykł o sobie mówić „Człowiek z innej stodoły”, gdyż w takim miejscu był ukrywany.

W 2000 r. ukazała się głośna książka Tomasza Grossa pt. „Sąsiedzi”, opowiadająca o masakrze w Jadwabnem.Upowszechniła ona masowe zabójstwo ludności żydowskiej w tej miejscowości, którego mieli dokonać spontanicznie Polacy. W wydarzeniu tym faktycznie brali udział Polacy, ale jak wykazało śledztwo IPN, było ono inspirowane przez Niemc

ów, a podana przez Grossa liczba ofiar – 1600 osób – była kilkakrotnie zawyżona. Ekshumacje oraz kwerenda w archiwach wykazały, że w pogromie życie straciło ok. 340 Żydów, przeważnie spalonych żywcem w stodole. Górny odnosząc się do tego wydarzenia przywołuje wiele sytuacji zupełnie odmiennych. Nie do oszacowania jest liczba pogromów, jakich dokonywali na całych wsiach Niemcy, w odwecie za udzielenie pomocy Żydom. Okupant stosował odpowiedzialność zbiorową wychodząc z założenia –

zresztą słusznego, że ludzie naogół wiedzieli o tym, kto ukrywa i udziela pomocy Żydom, a mimo obowiązku

zgłaszania takich przypadków nie wydawali sąsiadów. Przytacza też słowa Szewacha Weissa, który ocalał ukrywany m.in. w stodole w Borysławiu, wypowiedziane podczas uroczystości w Jedwabnem: „ja profesor Szewach Weiss, ambasador Izraela w Polsce, miałem okazję spotkania w życiu również innych sąsiadów. Dzięki nim i ja, i moja rodzina przeżyliśmy Holocaust. Dzięki nim mogę teraz stanąć przed wami. W swoim życiu poznałem także inne stodoły, w których ukrywano Żydów”. Z kolei Nechama Tec, amerykańska socjolog również ocalała z Holocaustu stwierdziła: „Ratujący byli świadomi kary, ale nie myśleli o tym. Wierzyli, że jakoś dadzą sobie radę. Jeśli byli religijni, myśleli, że Bóg im pomoże, a jeśli komunistami, mówili, że ideologia zwycięży”.

Wojciech Stańczyk

Gorny22Grzegorz Górny (ur. 1969)dziennikarz i publicysta.  Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. W 1994 roku wraz z Rafałem Smoczyńskim stworzył kwartalnik „Fronda”, który redagował przez 11 lat. W latach 1995-2001 współtworzył też program telewizyjny pod tym samym tytułem.  Autor filmów dokumentalnych z serii Raport Specjalny dla Telewizji Polsat; współautor reportażu na temat działalności Wojskowych Służb Informacyjnych w polskich mediach telewizyjnych w latach 90. wyemitowanego magazynie reporterskim 30 minut. Od października 2007 do 14 kwietnia 2012 znów był redaktorem naczelnym kwartalnika „Fronda”. W grudniu 2012 został publicystą tygodnika „W Sieci”.

ARCHIWALIA NA DZIŚ: Trzynasty punkt Wilsona

ScreenShot026„Należy utworzyć niepodległe państwo polskie, które musi zawrzeć w sobie   obszary niewątpliwie przez ludność polską zamieszkałe. Państwo to musi posiadać wolny dostęp do morza, jego niezawisłość gospodarczą i nietykalność terytorjalną należy poręczyć układem międzynarodowym”.

(punkt 13. Czternastu Punktów Wilsona)

Thomas_Woodrow_Wilson,_Harris_&_Ewing_bw_photo_portrait,_1919

Prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson

Za cztery lata minie dokładnie setna rocznica orędzia Woodrowa Wilsona, prezydenta Stanów Zjednoczonych, który w pamiętnym orędziu 8 stycznia 1918 roku podał utworzenie Państwa Polskiego jako jednego z warunków zawarcia pokoju po I Wojnie Światowej. W miesiąc później uściślił go dokładniej w kolejnym przemówieniu. „Polska niepodległa, utworzona ze wszystkich graniczących ze sobą ludności polskich, jest sprawą układu europejskiego i naturalnie musi być przyznana”. Pamiętne „14 Punktów” gwarantowało przywrócenie niepodległej Rzeczpospolitej, ale w istocie nie precyzowało o jakie ziemie chodzi, którędy mają przebiegać granice. Irena Pannenkowa, znana działaczka niepodległościowa związana z nurtem chrześcijańsko-narodowym, dziennikarka i współtwórczyni Narodowej Organizacji Kobiet, w swej książce pt. „Punkty Wilsona a Galicja Wschodnia” (wyd. 1919 ) , z dużą swadą i swobodą nakreśliła jak – według niej – niepodległa Polska powinna wyglądać. Z pewnością dostrzeżemy w tym dużo radykalizmu, ale musimy pamiętać, że wciąż toczył się spór o kształt granic, że wciąż trwały walki o ustalenie granicy polsko-ukraińskiej, a od wschodu ciągnął bolszewicki najazd.

Zatrzymać germański militaryzm

Tragiczny wymiar I Wojny Światowej, bezmiar zbrodni i po raz pierwszy w dziejach tak szeroki front walk, połączony z użyciem nowych rodzajów broni, jest dla Pannenkowej wskazówką, by w taki sposób zabezieczyć pokój światowy (używa określenia pacyfikacja świata), by już więcej nie doszło do odrodzenia się pruskiego i austriackiego militaryzmu. Wojna  – pisze Pannenkowa – obaliła różne dawne sztuczne „tytuły prawne” do władania państwowego na danem jakiem terytorjum. Jasną jest bowiem rzeczą, że upadek Niemiec i Austrji symbolizuje niejako upadek haseł, pod któremi państwa te rosły i potężniały, a więc zarówno krzyżacko – pruskiego „prawa zdobyczy”, Bismarkowskiego rozstrzygania „idei” wieku „krwi i żelazem” jak i austryackiego prawa „dynastyczno – sukcesyjnego” oraz Metternichowskiego ,,divide et impera” — tych wszystkich haseł faszywych, sztucznych i nawskróś niemoralnych bo podporządkowujących interesy i potrzeby całych narodów egoistycznym interesom i dążeniom jednej panującej kasty — bądź militarnej bądź urzędniczej — względnie nawet jednej panującej rodziny”.

Pannenkowa nie była w swym antygermanizmie odosobniona. Trudno się temu dziwić, by działaczka niepodległościowa, z dnia na dzień stała się zwolenniczką pojednania i okazania Niemcom jakiejkolwiek litości czy wyrozumiałości. Co więcej przestrzega przed tym i zauważa, że świat nie powinien wyrazić jakiejkolwiek zgody na obudzenie się germańskiego militaryzmu.  „Zapewnienie ładu, spokoju i bezpieczeństwa świata, a zwłaszcza Europy w szczególnoci wobec możliwych prób odwetowych ze strony pokonanej już wprawdzie i upokorzonej, ale duchowo wciąż jeszcze nie przemienionej, materialnie mimo klęski chwilowej — wciąż jeszcze zasobnej i groźnej — potęgi świata germańskiego,  leży w interesie ludzkości”. Czyż trzeba dodawać jak bardzo te wypowiedziane w 1919 r. słowa okazały się być prawdziwe?

Polskie prawa do Galicji Wschodniej

Pannenkowa podnosząc kwestię granic odrodzonej Rzeczpospolitej koncentruje się rzecz jasna na granicy wschodniej, która wciąż nie była pewna, a o której przebieg Polska musiała walczyć z bronią w ręku.  Stawiając pytanie, co Wilson miał na myśli mówiąc o ziemiach zamieszkałych przez ludność polską, które miałyby być podstawą nowego odrodzonego państwa, odpowiada: „najuczciwszą i najściślejszą zarazem interpretacją formuły Wilsona będzie ta, która weźmie słowa jego poprostu, w tem znaczeniu, jakie one faktycznie posiadają, nic im nie ujmując i nie dodając. Otóż wyrazy „obszary niewątpliwie zamieszkałe przez ludność polską”, nie znaczą nic innego, jak „obszary, na których niewątpliwie mieszkają Polacy”, a — nikt zaś nie zaprzeczy, że w Galicji wschodniej niewątpliwie mieszkają Polacy”.  Wydawałoby się, że to dość prostolinijna i banalna refleksja, ale w owym czasie miała ona zasadnicze znaczenie. Słowa Wilsona interpretowano bowiem różnie. Jedni optowali za kryterium terytorialnym, inni historycznym, inni jeszcze za etnograficznym. Pannenkowa twierdzi, że w każdym tych kryteriów, by je zastosować jako jedyne, „stworzymy organizm państwowy nieżywotny, słaby, niezdolny do zachowania pełnej samoistności gospodarczej i politycznej, niezdolny zatem także, a przynajmniej niezupełnie
zdolny, do spełnienia tych zadań, jakie w myśl dążeń koalicji i całego świata cywilizowanego odbudowane państwo polskie spełnić jest powołane”.

A co z ludnością rdzennie nie polską? Jakie otrzymała by prawa? Czy aby na pewno odrodzona Polska miałaby być dla obcych narodowości spełnieniem ich dążeń. Pannenkowa zauważa, że są w Europie kraje, które w kwestiach etnograficznych są w dużo gorszym położeniu, a charakter tych podziałów jest „o wiele poważniejszy i trudniejszy do rozwiązania niż kwestia ruska w Polsce”. Jako przykład podaje kwestię niemiecką w Czechach, bretońską, baskijską i alzacką we Francji oraz flamandzką w Belgii. Dlaczego zatem Polska, sławna z tolerancji i pokojowego współistnienia wielu narodowów, nie miałaby „związać bratniego szczepu ruskiego ze sobą węzłem serca i kultury?” W przekonaniu autorki objęcie polskimi granicami i polską troską ludności ruskiej w Galicji jest strategicznie ważne dla Europy. Lud ruski w Galicji jest – jak pisze – w wielkiej masie analfabetyczny, a więc niedostępny jeszcze wpływom wyższej kultury i w swej narodowości wogóle nieuświadomiony, co czyni go „wdzięcznym i podatnym materiałem dla haseł agitacyjnych o charakterze demagogiczno—bolszewickim”. W obliczu zagrożenia, jakim jest bolszewizm nie powinno się do tego dupuścić, zwłaszcza że ukraińscy nacjonaliści chcą nastawić ich negatywnie wobec Polaków. To bowiem Polacy – jak wmawiają im prowodyrzy – posłali ich na wojnę, to Polacy wieszali ich za zdradę i to Polacy posyłali do Talerhofu (rząd austriacki umieścił tam uchodźców ruskich). Jeśli ludność ta znajdzie się w granicach cywilizacji zachodniej, stanie się to z korzyścią dla wszystkich. Nie ma zresztą powodów, jak pisze Pannenkowa, by to Ukraińcy mieli przejąć nad tymi ziemiami kontrolę.

Jak podaje autorka, na terenie Galicji wschodniej występują bowiem cztery główne grupy Rusinów: Rusini-Ukraińcy (2 mln), Rusini uważający się za Rosjan (500 tys.), Rusini uznający się za Polaków (250 tys.) i Rusini nieuświadomieni narodowościowo, stanowiący surowy materiał etnograficzny (600 tys.). Ta przewaga ilościowa jest rezultatem, wg Pannenkowej, chytrej i przewrotnej polityki Metternicha, który obrał taktykę opartą o dewizę „divide et impera”, dużo gorszą niż brutalna kapralska metoda Bismarcka czy „siła przed prawem” carów rosyjskich. Dowodem na to był nikły rezultat usiłowań pruskich, by ludność kaszubską wyodrębnić z narodu polskiego i fiasko – mimo prześladowań – rosyjskiej polityki szerzenia prawosławia, podczas gdy Austriacy potrafili doprowadzić do tego, że nawet rdzenni Polacy byli w stanie wystąpić przeciwko sobie (rabacja galicyjska w 1846 r.), co pozwoliło stłumić w zarodku mające wybuchnąć powstanie polskie przeciw Austrii.

Przestroga dla świata

„Nauka dziejów w sprawie Galicji wschodniej jest jasna i niewątpliwa,  a przestroga, z niej wynikająca, jest wymowna – czytamy w książce. – Czy ludzie, którzy dziś na kongresie pokojowym tworzyć mają nowy porządek świata, potrafią z niej wycignąć konsekwencję? Na to pytanie musi dać odpowiedź rozum polityczny Europy”. I trudno nie przyznać autorce racji.

Wojciech Stańczyk

05_Pannenkowa

Irena Pannenkowa (ur. 4 listopada 1879 w Warszawie, zm. 10 października 1969 w Górze Kalwarii) – działaczka niepodległościowa, dziennikarka, doktor filozofii.  Należała Związku Odrodzenia Narodu Polskiego, a także do Związku Walki Czynnej. W latach I wojny światowej współpracowała z Departamentem Wojskowym Naczelnego Komitetu Narodowego, na którego czele stał Władysław Sikorski. W latach 1918-1919 zaangażowana w obronę przynależności Galicji Wschodniej do Polski. W 1919 r. współorganizowała Narodową Organizację Kobiecą. Przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą” Stanisława Strońskiego, gdzie pisała o stosunkach Polski z sąsiadami, Górnym Śląsku, Śląsku Cieszyńskim, Gdańsku i Kresach wschodnich. Publikowała również „Warszawiance”, „Tygodniku Ilustrowanym”, „Bluszczu”, „Kurierze Warszawskim”.  W czasie II wojny światowej więziona na Pawiaku,  Ravensbrück, Majdanku oraz Oświęcimiu. Zmarła w zakonnym przytułku w Górze Kalwarii. Spoczywa na Powązkach.

Łagier czyli sowiecka blaga wg Sołoniewicza

W 1933 r. Iwan Sołoniewicz wraz z żoną Iriną, synem Jurą i bratem Borysem podjęli nieudaną próbę wydostania się z sowieckiej Rosji, za co spotyka ich zesłanie do obozu pracy w Kombinacie Białomorsko-Bałtyckim. Po kilku miesiącach adaptacji do życia łagrowego Sołoniewicze uciekają Sołoniewicz1jednak ponownie. Opowieści o tej brawurowej ucieczce – publikowane przez Iwana w odcinkach na łamach emigracyjnego rosyjskiego pisma „Poslednije Nowosti” – śledziła z zapartym tchem cała Europa. Sołoniewicz nie tyle bowiem relacjonował przebieg samej ucieczki, ile z dużą wnikliwością analizował sowiecką rzeczywistość, pokazywał jej absurdy, wyśmiewał stachanowski entuzjazm i myślenie kategoriami łagrowymi. Nowe wydanie „Rosji w łagrze” ukazało się nakładem Domu Wydawniczego PWN, we współpracy z Ośrodkiem Karta.

Wspomnienia Sołoniewicza Zachód – trzeba to jasno powiedzieć – czytał z niedowierzaniem. Sowieckim bolszewizmem intelektualne elity z całej Europy były wciąż zafascynowane i z pewnością nie brakowało osób, które opowieści te brały za konfabulację. Z tego też zapewne powodu początkowo odmawiano Sołoniewiczowi ich publikacji w całości. Pierwsze rosyjskie wydanie nastąpiło dopiero jesienią 1936 r. (wcześniej ukazały się w języku czeskim) staraniem środowiska rosyjskiej emigracji w Sofii. Dwutomowe zapiski rozeszły się błyskawicznie. Po nim nastąpiła fala przekładów na niemal wszystkie języki europejskie, w tym również j. polski (akurat ówczesny przekład nie był najlepszy i obejmował tylko fragmenty wspomnień). Z dużym zainteresowaniem spotkały się m.in. w nazistowskich Niemczech. Joseph Goebbels w swoim dzienniku z 1937 r., zanotował po jej lekturze: „przyszłe dni w życiu naszej partii będą znów poświęcone walce z bolszewizmem”.

Wszechrosyjska blaga

Zdaniem Sołoniewicza, najwłaściwszym określeniem na rzeczywistość Rosji Sowieckiej, jest blaga. To nie jest prawdziwe, z czegoś takiego nie da się zbudować państwa na miarę oczekiwań obywateli. Każdy sowiecki obywatel (podobnie instytucja czy organizacja) obciążony jest niezliczoną ilością przymusowych „entuzjazmów” i zadań niemożliwych do wykonania, które – gdyby je na poważnie i w pełnej rozciągłości wprowadzać w życie – uniemożliwiłyby normalne funkcjonowanie. Dlatego, do dobrego tonu – wśród co mądrzejszych obywateli ZSRR – należało eliminowanie zjawiska poważnego traktowania „entuzjazmów”. Jak ujmuje to Sołoniewicz „byleby ludzie w miarę możności nie zdychali, a poza tym niech diabli wezmą wszystko”. Ale blaga miała twarz, którą byli wszelkiej maści aktywiści, powołani do życia, by szpiegować, gnębić i rabować. Z punktu widzenia kremlowskiej administracji, każdy obywatel sowiecki był z gruntu nieprawomyślny, więc należało go w maksymalny sposób otoczyć szpiclami.  Aktywiści ci czasem działali w pojedynkę, czasem grupowo, a czasem instytucjonalnie. Sołoniewicz mnoży wiele przykładów, które pokazują blagę, prawdziwe oblicze sowieckiej Rosji. By pozostać w kręgu jego doświadczeń, jaskrawym tego przykładem jest inicjatywa ożywiania kółek sportowych.

Sołoniewicz, który, jako były lekkoatleta, był również działaczem sportowym, wspomina jak próbował – wraz z innymi działaczami – wyciągnąć z marazmu lokalne organizacje sportowe.   Chodziło o to, by przy braku poważnego treningu (trzeba zaznaczyć, że powszechne w Rosji głód, nędza i zniechęcenie odciągnęły ludzi od sportu), dać młodzieży trochę ruchu na świeżym powietrzu, aby w choć minimalnym stopniu powstrzymać stopień zwyrodnienia fizycznego. Wychowanie fizyczne nie interesowało specjalnie partii i rządu, więc inicjatywa zaczęła się rozkręcać. Młodzi ludzie garnęli się do sportu, również starsi zaczęli zauważać w nim pozytywne strony. I wszystko byłoby OK, gdyby nie pojawili się aktywiści, którzy uznali, że ćwiczenia gimnastyczne nie mogą być apolityczne i doprowadzili do wpisania do zajęć i treningów pogadanek . W związku z tym, że inicjatywa kółek była dobrowolna, w przeciągu roku ich działalność została w ten sposób zarżnięta.

Walka z takimi rozporządzeniami i kwestionowanie kompetencji aktywistów były niemożliwe i najczęściej kończyły się zsyłką na Sołowki, a niekiedy i rozstrzelaniem. Taki los spotkał grupę inżynierów, którzy zwalczali połączenia bezpośrednie na kolei. Połączenia wprowadzono, ale pośpiesznie się z nich wycofano, gdyż sparaliżowały całą trakcję i uznano je za szkodliwe. Kilkuset profesorów wywieziono nad Morze Białe za protest przeciwko skróceniu nauki i obcięciu zajęć akademickich. Po upływie trzech lat, programy trzeba było rozszerzyć z powrotem, a inżynierów posłać na uczelnie celem dokształcania.

Określenie „aktywista” urasta u Sołoniewicza do rangi symbolu, który uosabia system komunistyczny. – Wszechrosyjska blaga, na której wypasają się i robią karierę stada nieuków i głupców – kwituje autor. – To jest typ człowieka o mózgu barana, szczękach wilka, a wyczuciu moralnym protoplazmy. Typ człowieka, który jako szesnasty z kolei uczestniczy w zbiorowym gwałcie.

Mentalność łagrowa

O łagrach napisano wiele, głównie o ich okropnościach, o terrorze, o zniewoleniu pracą i psychicznym okrucieństwie. Sołoniewicz nie koncentruje się na tej sferze. Twierdzi natomiast, że są one ucieleśnieniem sowieckiej Rosji. Rzeczywistość łagrowa niczym nie różni się od typowej rzeczywistości poza łagrem. – Tak, niewątpliwie jest to katorga, ale gdzie w Rosji, poza Newskim Prospektem i Kuznieckim Mostem, nie ma katorgi – pyta retorycznie.

Sołoniewicz tuszuje tę rzeczywistość, ale nie po to, by ją zakłamywać, ale by uwypuklić rządzące się nimi zasady i pokazać ludzkie postawy. Są oczywiście ludzie, dla których łagier jest o wiele gorszy od wolności, są tacy, dla których różnica jest właściwie niedostrzegalna, ale nie brakuje i takich, którzy widzą w nim więcej plusów niż w wolności. Jak to ujmuje autor, dla nich wolność jest gorsza od łagru. Nieprawdopodobne, ale prawdziwe. I nie chodzi o sytuację w jakiej znalazła się chociażby inteligencja czy co bardziej oświeceni obywatele. To głupstwo – odpowiada Sołoniewicz. Głupstwo, w porównaniu z oceanem niezmierzonych udręk wielomilionowego chłopstwa rosyjskiego, dla którego łagier i tak – uwzględniając realia panujące np. na południowej Ukrainie – jest wyborem lepszego zła.  Jest beznadziejnie, okropnie, ale w pewnych granicach. W rzeczywistości łagrowej wszystko jest ustalone, nic nie ma prawa się wydarzyć, a jeśli już się wydarzy, będzie to wydarzenie o jeszcze gorszych konsekwencjach. Takim wydarzeniem podczas niewoli autora była zapowiedź, że osadzeni w łagrze przerzuceni zostaną na budowę Bajkalsko-Amurskiej Magistrali (BAM).

„Więźniowie – niemal 50 tysięcy – poczuli się ogłuszeni (…). Nad setkami metrów rozwieszonych w barakach i na barakach, rozciągniętych nad łagrowymi ulicami transparentów z hasłami o odrodzeniu i przemianie (…), nad całym łagrem zawisł jeden niewidzialny, ale najważniejszy: Zginiemy!”. Naruszona została monotonia. W łagrowej gazecie napisano o wielkim entuzjazmie i bolszewickim tempie z jakim budowana jest BAM, co już brzmiało groźnie, ale czarę goryczy przelała informacja o ulgach. Rozkaz obiecywał bowiem pracownikom niesłychane przywileje, m.in. skrócenie czasu odsiadki, przeniesienie do kolonii osiedleńczej czy nawet ułaskawienie. Jak pisze Sołoniewicz, brzmiało to jak „dzwon nad pogrzebanymi żywcem”. Władza sowiecka – o czym zdążono się już przekonać – niczego za darmo nie obiecywała. Skoro zaś obiecała, to można było przyjąć, że warunki pracy będą wprost niesłychane. W łagrze wybuchła panika, rozpoczęły się zamieszki, podpalano baraki, a nawet lokomotywy. Były próby ucieczek, szybko kasowane łącznie ze skasowaniem samych uciekinierów. Niektórzy osadzeni odcinali sobie kończyny, byle nie zostać wywiezieni na budowę. Dziś ocenia się, że w nieludzkich warunkach, w jakich powstawała ta linia kolejowa, zginęło ponad 150 tys. osób. Trudno znaleźć na kuli ziemskiej przedsięwzięcie, które pochłonęło taką liczbę ofiar. Przy budowie Kanału Panamskiego, chyba największego wyzwania inżynierskiego na jakie zdecydował się człowiek, życie straciło „zaledwie” 25 tys. robotników.

bam

Katorżnicza praca przy budowie Bajkalsko-Amurskiej Magistrali

Mentalność łagrowa to – jak twierdzi Sołoniewicz – jeden z fundamentów sowieckiej „techniki rządzenia”. Technika zapobiegająca „odchyleniom”. Żadna inna władza w historii ludzkości nie stawiała sobie tak ogromnych wyzwań i żadna też, na drodze do spełnienia tych zamiarów, nie nagromadziła takiej ilości ofiar. To łagrowe myślenie, wtłaczane masom z żelazną konsekwencją, miało na celu zawładnięcie ich umysłami, by wytworzyć w nich przekonanie o niemożności odejścia od komunizmu (tępienie mas).

Zamach

„Rosja w łagrze” była pierwszą pozycję opowiadającą o rzeczywistości sowieckiej oraz nieludzkich łagrach. O prawie 40 lat wyprzedziła ona „Archipelag Gułag” Sołżenicyna (1973). Jej wydanie przyniosło autorowi splendor, a honararium (wraz z pieniędzmi jakie wygrał jego brat w walkach zapaśniczych) pozwoliło na założenie i wydawanie pisma adresowanego do rosyjskiej emigracji. Pierwszy numer „Gołosu Rossii” (Głosu Rosji) ukazał się w czerwcu 1936 r. w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy i w zasadzie, w związku z tym, że siedziba redakcji znajdowała się w Sofii, obliczony był na emigrację mieszkającą w Bułgarii. Dość szybko zyskała jednak uznanie wśród Rosjan mieszkających w innych krajach. Nim wybuchła II Wojna Światowa docierała ona do czytelników w 52. krajach. Gazeta swą popularność zawdzięczała prostemu przekazowi i polemicznemu tonowi, nie unikała też trudnych tematów i starała się nie zasklepiać w poglądach. Była jednak przez część emigracji krytykowana, gdyż Sołoniewicz zaczął traktować ją jako tubę dla swoich radykalnych poglądów. Obwołał się na jej łamach „sztabskapitanem”, stając się swego rodzaju guru dla zwolenników reprezentowanych przez siebie poglądów. Ta deklaracja dała zresztą początek Ruchowi Ludowo-Monarchistycznemu, którego członków zaczęto nazywać właśnie sztabskapitanami.

Działalność polityczna Sołoniewicza nie mogła ujść uwadze NKWD, które śledziło jego każdy ruch. 3 lutego 1938 r. do sofijskiej redakcji „Gołosu”, w którym oprócz Iwana pracowała jego żona Tamara oraz syn Jurij, przyniesiono przesyłkę z bombą. Była zaadresowana imiennie na Iwana, ale otworzył ją sekretarz redakcji Nikołaj Michajłow i to on oraz Tamara stali się ofiarami eksplozji. Iwan z synem przeżyli, gdyż znajdowali się w innym pomieszczeniu. Po zamachu środowisko emigracyjne w Bułgarii odsunęło się od Sołoniewiczów i zaczęło nawet postulować u bułgarskich władz o zamknięcie pisma. Ostatecznie Sołoniewicze wyjechali do Niemiec, gdzie Iwan skorzystał na swojej popularności głosząc odczyty, z których honoraria pozwoliły mu założyć nową gazetę.

Wojciech Stańczyk

soloniewicz3 Iwan Sołoniewicz – Z wykształcenia prawnik, z zawodu dziennikarz — w 1933 roku, uznając, że nie może dalej żyć w państwie totalitarnym, postanowił uciec z Rosji bolszewickiej. Wraz z bratem Borysem i synem Jurijem zostali złapani w trakcie próby ucieczki i skazani na wieloletni pobyt w poprawczych obozach pracy. Trafili do największego w tym czasie systemu łagrowego — Kanału Białomorsko-Bałtyckiego. Od samego początku pobytu w łagrze, nie widząc szans na normalne życie w państwie bolszewików, myśleli o powtórnym zorganizowaniu ucieczki. Dzięki sprytowi, inteligencji i niezwykłej sprawności fizycznej (wszyscy byli sportowcami), Sołoniewiczom udało się wydostać z łagru i przejść przez zieloną granicę do Finlandii.

Mark Felton „Polowanie na Ostatnich Nazistów”

feltonTemat ścigania zbrodniarzy nazistowskich został opisany w światowej literaturze setki razy. Książka Marka Feltona „Polowanie na Ostatnich Nazistów” nie jest zatem jakimś novum, ale i inny wydaje się był zamysł autora. Nie epatować szczegółami ze zbrodniczej działalności oprawców, poza suchymi faktami jakiego typu są im stawiane zarzuty, gdzie dopuszczali się tych zbrodni i ile istnień ludzkich mają na sumieniu, ale ukazać jak wielu z nim udawało się (i udaje się do dzisiaj) ujść przed wymiarem sprawiedliwości. Podstawowy dylemat podnoszony przez autora, a ma on zastosowanie również w Polsce (wobec komunistycznych oprawców), to czy stawiać pod sąd ludzi starych i ciężko chorych? Felton jest raczej przeciwnikiem litowania się nad nimi, opowiada się po stronie tych, którzy sprawiedliwość i nieuchronność kary za udział w zagładzie, traktują z największą powagą. Czy Demaniuk i inni opisani przez niego oprawcy mieli w sobie tego typu odruchy?

Antoni Kępiński, w eseju „Rytm życia” (książka wydana po raz pierwszy w latach 60. XX w.), zadał dwa fundamentalne pytania. Pierwsze z nich to, czy w przyszłości, dla określenia współczesnych mu czasów, będzie się mówiło wiek Einsteina, cybernetyki, lotów w kosmos, czy raczej wiek Oświęcimia, Majdanka i Buchenwaldu? Drugie zaś,  czy zbrodniarze wojenni, zatrudnieni w realizacji masowej zagłady, byli zwyrodniałymi sadystami, czy też zwykłymi ludźmi, którzy w innych warunkach byliby „normalnymi obywatelami”? Co na to Felton?

Niestety, ale totalitaryzm niemiecki i zagłada wielu milionów ludzi różnych ras i narodowości, wyparły ze świadomości ogółu  pozytywne dokonania XX w. Widać to w programach telewizyjnych, widać to w kinie, widać to w księgarniach. Wspaniałe (polecam przy okazji) książki Dominque’a Lapierre’a o odkrywaniu wirusa HIV i rywalizacji między francuskimi i amerykańskimi naukowcami czy o Kalkucie i działalności Matki Teresy ustępują pod naporem literatury poświęconej zbrodniom hitlerowskim i – szkoda, że w mniejszym stopniu – stalinowskim. Z dużo większym zainteresowaniem wydawców, księgarzy i czytelników spotykają się biografie Hitlera, Goebellsa i Goeringa, niż wspomnianego już Einsteina.

Odpowiedź na drugie pytanie jest trudniejsza. Kępiński pisał te słowa gdy znakomita większość sadystycznych strażników i strażniczek beztrosko przemieszczała się po świecie, gdyż polowano – z różnym skutkiem – na dużo większe ryby, które wymykały się „szczurzymi” kanałami do Ameryki Południowej, Syrii czy Egiptu, przybierając nową tożsamość i przepadając bez wieści.  Losy zbrodniarzy i zbrodniarek, zarówno grubych ryb, jak i płotek, układały się różnie. Jak to w życiu, jedni doszli do całkiem pokaźnych majątków, inni z trudem wiązali koniec z końcem. Jedni umierali nagle, niektórzy ciężko chorowali, jeszcze inni dożywali błogo starości. Jedni mieli szczęście w miłości, innym go bardzo brakowało, jeszcze inni stawali się ofiarami rozmaitych rodzinnych konfliktów. Najlepszym przykładem są losy najgłośniejszych zbrodniarzy: koordynatora Planu Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Żydowskiej Adolfa Eichmanna, „Anioła smierci” z Auschwitz, czyli Josepha Mengele oraz komendanta Treblinki Franza Stangla. Eichmann walczył z problemami finansowymi, samotnością i odosobnieniem, Mengele wiódł szczęśliwe życie udzielając sie towarzysko, zaś Stangl został wydany przez byłego zięcia sfrustrowanego rozpadem małżeństwa. Na każdego przyszedł jednak koniec. Pochwycony w Argentynie, a następnie sądzony przez izraelski wymiar sprawiedliwości Eichmann, proszący w ostatnim słowie Żydów o wybaczenie, został skazany na śmierć, Mengele, który uważał, że swoimi czynami raczej pomagał ludzkości zmarł na tak serca podczas beztroskich wakacji, zaś Stangl – w odruchu litości niemieckich sądów skazany jedynie na dożywocie – umarł w więzieniu  uprzednio udzielając obszernego wywiadu dziennikarce.

Nie jest być może łatwo przesłuchiwać schorowanego starca, ale częstokroć okazywało się, że miłosierni sędziowie, kierując się ludzkim odruchem, skazywali z tego powodu bez orzekania kary czy stosując ją w zawieszeniu. Liczne były też przypadki zwalniania z więzień. Luise Danz, strażniczka obozowa z Płaszowa, Majdanku i Malchow, skazana w procesie oświęcimskim (1946) na dożywocie, wyszła na wolność po dziesięciu latach. Przez dalsze 40 lat wiodła spokojne życie, aż ponownie trafiła pod sąd za zbrodnie na dzieciach w obozie Malchow. Uniknęła kary z racji zaawansowanego wieku i złego stanu zdrowia. Od czasu tego orzeczenia mija 17 lat, ale Luise wciąż żyje. Takich przykładów jest mnóstwo. Czy odruch litości, jak najbardziej ludzki, to właściwa postawa wobec sadystycznych oprawców? Obserwując powojenne losy wielu nazistowskich zbrodniarzy można odnieść wrażenie, że nie wszystkie kraje były dostatecznie zdeterminowane w ich ściganiu, że w pewnym momencie uznano tę sprawę za zbyt odległą, by się nią z należytą starannością i powagą zajmować. W końcowym rozdziale książki, zatytułowanym „Nadzieja”, Felton przytacza oświadczenie Efraima Zuroffa z Centrum Szymona Wiesenthala, najbardziej bezkompromisowej instytucji ścigających zbrodniarzy nazistowskich, że z ich strony jednak nigdy nie będzie spowolnienia starań. „Przynajmniej kilku nazistowskich morderców stanie jeszcze przed sądami, wbrew dość rozpowszechnionego założenia, że jest już za późno, aby ich oddać w ręce sprawiedliwości” – mówi cytowany Zuroff.

Wojciech Stańczyk

mark-feltonMark Felton jest brytyjskim naukowcem i pisarzem. Pochodzi z Colchester, Essex. Przez 8 lat mieszkał w Chinach, gdzie wykładał na uniwersytecie Fudan.  Jest autorem kilkunastu książek poświęconych tematyce II Wojny Światowej.

Jak to z Chłopczykiem było?

hiroszimka

6 sierpnia 1945 r. Wybuch bomby atomowej nad Hiroszimą

Podczas gdy świat z coraz większym niepokojem spogląda na Daleki Wschód i atomowe pogróżki Korei Północnej, proponuję zapoznać się z historią wynalazku, o którym węgierski fizyk Leo Szilard powiedział: „był jednym z największych błędów w dziejach, który doprowadził gatunek ludzki do ostatecznego upadku statusu moralnego”. Pasjonującą opowieść o tym, jak to z tą bombą było, przynosi książka Andrew J. Rottera „Bomba atomowa. Świat wobec zagrożenia”. Przedstawia ona zarówno tło polityczne decyzji o budowie bomby, rezultaty naukowych odkryć i w końcu skutki, jakie ów „projekt badawczy” przyniósł. W dodatku przedstawia wiele nieznanych wcześniej szczegółów, gdyż Rotter miał dostęp do szeregu materiałów dopiero co odtajnionych.

Mniejsze zło?

Zrzucenie bomby jądrowej na Hiroszimę 6 sierpnia 1945 r. wydaje się być faktem pełnym prostoty i logiki.  Jeden samolot, jedno miasto, jeden sierpniowy poranek i jedna bomba, pieszczotliwie nazwana „Chłopczykiem” ( „Little Boy”). Paul W. Tibbets, dowódca bombowca „Enola Gay”, powiedział po latach, że nikt nie miał wątpliwości, że użycie tej broni przeciwko Japonii było moralnie oczywiste. Japończycy byli zbrodniarzami. Zdradziecko zaskoczyli Pearl Harbor, okrutnie postępowali z jeńcami, nie mieli litości dla cywilów i bezwzględnie traktowali podbite przez siebie kraje w rejonie Azji Południowo-Wschodniej i na Pacyfiku.  Bomba atomowa, zdaniem wielu, była właściwą karą dla narodu, który przyniósł światu wojnę i nędzę, karą współmierną do wszystkich japońskich zbrodni. Do dziś nie brakuje historyków, twierdzących, że zgładzenie Hiroszimy i Nagasaki, uchroniło Japonię i świat od jeszcze większego rozlewu krwi i ilości ofiar śmiertelnych.  Nim Stany Zjednoczone zdecydowały się sięgnąć po to rozwiązanie trwały przecież bezwzględne naloty na japońskie miasta, które przynosiły przecież tysiące ofiar, a na cesarzu Hirohito wydawało się to nie robić żadnego wrażenia. Zwolennicy użycia broni atomowej przeciwko Japończykom starają się tę decyzję uzasadnić argumentem „mniejszego zła”. Owszem jest to ohydna broń, owszem zło, ale jego ostatecznym celem było przecież zakończenie wojny. A wojna to przecież zło w czystej postaci. Ładunek niesiony przez Enola Gay był zatem zalążkiem pokoju, a więc przyniósł dobro. Czy aby na pewno?

Pomijając oczywisty fakt, że żadni ludzie, niezależnie od tego jak postępują ich rządy, nie zasługują na to, by ulec unicestwieniu za sprawą broni tak strasznej jak bomba nuklearna i nic nie uzasadnia sięgnięcia po to rozwiązanie, zrzucenie bomb na Hiroszimę i Nagasaki pchnęło wiele rządów na drogę nuklearnych eksperymentów. Gdy Józef Stalin usłyszał o Hiroszimie, natychmiast poparł przełomowy program budowy sowieckiej bomby jądrowej, którego efektem było zdetonowanie megaładunkowej bomby „Big Iwan” w rejonie Morza Arktycznego (w 1961 r.). Na własny program zdecydowali się też dumni ze swojego wkładu w „Projekt Manhattan” Brytyjczycy (w laboratorium w Los Alamos pracowało dziewiętnastu obywateli Zjednoczonego Królestwa), a w niedługi czas później Francuzi, którzy na Saharze i polinezyjskim Atolu Mururoa w latach 1960-1996 wykonali ponad dwieście prób jądrowych. W ślady mocarstw świata zachodniego poszły następnie Chiny, Indie, Pakistan oraz Korea Północna. Podejrzewany o posiadanie tej broni Iran, jeśli nawet nie skonstruował ładunków, to jest już zdolny do wytworzenia masy krytycznej kluczowej dla nuklearnej reakcji łańcuchowej.  Zdolne do tego są ponadto Izrael i RPA. Taka jest cena mniejszego zła.

Compton, Fermi, Lawrence czyli nobliści w służbie bomby atomowej

Trzeba od razu zaznaczyć, że amerykański potencjał naukowy przełomu lat 30. i 40. XX wieku nie był tak wszechstronny i bogaty, by móc samodzielnie i bez posiłków z zewnątrz zrealizować projekt badawczy, któremu nadano potem nazwę Manhattan. Potencjał finansowy był jednak wystarczający, by ściągnąć do Los Alamos naukowców z różnych stron świata i rzucić ich na szeroką wodę badań nad skonstruowaniem bomby atomowej. Administracja Roosevelta, wojskowi amerykańscy i wszyscy, którzy w tej wojnie stali po „słusznej stronie”, nawet – jak pisał później Winston Churchill – ani chwili nie dyskutowali nad tym czy powinno się tej bomby użyć czy nie.  Leslie Groves, twórca i kierownik Projektu Manhattan, napisał w swej historii, że nie miał cienia wątpliwości, że broń, nad którą jego zespół pracuje, miała zostać użyta przeciwko wrogom Stanów Zjednoczonych. Nie wiedział tylko którym, dopiero po 7 grudnia 1941 r., a więc po japońskiej napaści na Pearl Harbor, nabrał pewności kto stanie się ofiarą ich prac.  To przekonanie powszechne jednak nie było, gdyż Niemcy również pracowali nad bombą i istniała obawa, że to ich naukowcy mogą wygrać w tym korespondencyjnym wyścigu. Poza tym, mimo wszystko, nazizm budził większą odrazę niż imperialne zapędy Tokio. Za twierdzeniem Grovesa przemawiało jednak coś więcej niż tylko chęć odwetu za Pearl Harbor. Gdyby bowiem bomba okazała się niewypałem, a takie ryzyko istniało, Niemcy – w przeciwieństwie do Japończyków – byli ją w stanie z korzyścią dla siebie zdemontować i poddać analizie, a do tego nie można było dopuścić.

groves-and-oppenheimer1

Leslie Groves i J. Robert Oppenheimer podczas prób atomowych w Nevadzie

Początkowo prace nad amerykańską bombą toczyły się na kilku frontach naraz. W Columbii pracowano nad budową reaktora (stosu) do uzyskania reakcji łańcuchowej oraz eksperymentowano z pozyskaniem U-235 metodą dyfuzji gazowej. W Princeston również pracowano nad stosem, ale seperacji uranu próbowano dokonać w wirówce i dyfuzji termalnej. Prace prowadzono też w Chicago i Berkeley, gdzie Lawrence próbował pozyskać rozszczepialny uran z wykorzystaniem cyklotronu. Artur Compton, podówczas autorytet w zakresie fizyki jądrowej, noblista z 1927 r. (za odkrycie zjawiska rozpraszania promieniowania elektromagnetycznego po zetknięciu z materią) zestawiając wyniki prac wszystkich ośrodków uznał, że wiele wniosków się dubluje i badania na kilka ośrodków są nieefektywne. Mając wszelkie prerogatywy w swoich rękach skupił wszystkie prace w jednym miejscu. W Chicago – prace  tego ośrodka na tle pozostałych szły tu wprawdzie najwolniej, ale miasto to, znajdując się wgłąb kontynentu nie było narażone na bombardowania i było dość dobrze rozwinięte. Powstały z połączenia ośrodków instytut nazwano Laboratorium Metalurgicznym, który przeszedł do historii pod nazwą Met Lab. Compton postawił przed nim trzy zadania: po pierwsze, uzyskać reakcje łańcuchową z użyciem uranu naturalnego; po drugie, uzyskać z rozszczepionego uranu pluton; po trzecie, wynieść z tego pilotażowego doświadczenia przekonanie i wiedzę potrzebną do budowy fabryki na tyle dużej, by wyprodukować paliwo nuklearne do bomby. Potrzebny był reaktor jądrowy, zadanie jego wykonania otrzymał włoski fizyk Enrico Fermi, opromieniony sławą odkrywcy nowych pierwiastków promieniotwórczych (Nobel w 1938 r.) i z zadania tego wywiązał się znakomicie. 2 grudnia 1942 r., na korcie do squasha w opuszczonym kompleksie sportowym Amos Alonzo, Fermi skonstruował stos, w którym uzyskał pożądana reakcję łańcuchową.

drawing-two-of-chicago-pile1

Sala do squasha posłużyła E. Fermiemu do skonstruowania reaktora. Podczas próby uruchomienia reakcji łańcuchowej nie pozwolono wykonywać fotografii – ilustracja opiera się na szkicach i opowiadaniach uczestników

W tym samym mniej więcej czasie, pracujący w Berkeley kolejny noblista Ernest Lawrence (1939 r. za stworzenie cyklotronu) zbudował urządzenie, w którym udało mu się wzbogacić uran do obiecującego poziomu 35 procent. Compton przyjął jego osiągnięcia z entuzjazmem, choć nie dał tego po sobie poznać stwierdzając enigmatycznie, że trzeba jeszcze pokonać liczne przeszkody techniczne. Ostatecznie do poprowadzenia prac nad skonstruowaniem bomby zatrudniono J. Roberta Oppenheimera, potomka żydowskich emigrantów z Niemiec, bliskiego współpracownika Lawrence’a z Berkeley. Oppie, jak go powszechnie nazywano, miał jedną niesłychaną cechę. Umiał z dziesiątków teorii i hipotez wyprowadzić krzyżujące się wątki. Jego genialny instynkt nadał pracom zespołu niesłychanej dynamiki. Historia Oppenheimera to zresztą osobny rozdział, niewygodny symbol naukowego i technicznego sukcesu, osiągniętego nie tyle w celu postępu, ale dla unicestwienia setek tysięcy osób za jednym zamachem. Oppie czuł się winny z powodu swej roli w budowie bomby. Miał powiedzieć Trumanowi, że ma (według innych relacji: „mamy”) krew na rękach. Na co prezydent, jak sam wspominał, odpowiedział sarkastycznie: „To drobiazg. Zejdzie jak je pan umyje”. Zgodnie z innymi relacjami miał nawet wręczyć uczonemu chusteczkę.

Uzbrajanie Chłopczyka

5 kwietnia 1945 r., kilka dni po amerykańskim lądowaniu na Okinawie, Hirohito dokonał rekonstrukcji gabinetu.

Cesarz Japonii Hirohito

Cesarz Japonii Hirohito

Dotychczasowy nie był bowiem zdolny – przynajmniej zdaniem cesarza – na takie prowadzenie walk, by nieuchronny koniec odbył się drogą częściowych ustępstw. Bezwarunkowa kapitulacja, a takiej domagali się od Japonii alianci, nie leżała ani w charakterze, ani w tradycji tego narodu. Nie było na to zgody ani u cesarza, ani wśród wojskowych, ani u przeciętnego Japończyka. W gruncie rzeczy Hirohito chodziło o jedno, gwarancję nienaruszalności. Gotów był poddać się, ale nie na takich warunkach. W samym gabinecie nowego premiera Kantaro Suzukiego również nie było co do tego zgody, a i wśród dowództwa ścierały się na tym tle przeciwstawne koncepcje. Amerykanie, którzy czytali przechwycone japońskie depesze, nie mieli jasnego przekazu jaka jest tak naprawdę wizja kapitulacji Japończyków. Czego, oprócz gwarancji dla cesarza oczekują, jak też z czego mogą zrezygnować. Nie podobała się też w Białym Domu koncepcja Hirohito, by Amerykanie odstąpili od okupacji Japonii. Przechwytywane depesze mówiły też o jednym. Japończycy wciąż są gotowi na kontynuowanie wojny, a ich dowództwo przygotowało plan ostatecznej, totalnej bitwy obronnej. Co więcej plany te słusznie przewidywały, którędy Amerykanie będą chcieli zaatakować, by zdobyć Tokio i nawet pozwalały im na zdobycie przyczółków. Tym, co budziło jednak przerażenie Amerykanów, był sposób w jaki Japończycy zamierzają się bronić.  W oczekiwaniu na siły inwazyjne ponad dwadzieścia japońskich dywizji miało być rozmieszczonych na południu wyspy Kiusiu, do walk wciągnięci mieli zostać sami mieszkańcy. W pogotowiu było też pięć tysięcy pilotów kamikadze. Tylko pobieżny rzut oka na tę strategię mówił jedno. Będzie to wyczerpująca bitwa, która pociągnie niewyobrażalne straty nie tylko po stronie japońskiej, ale i po stronie aliantów.  Gdy w lipcu Truman otrzymał zapewnienie Stalina o wejściu do wojny na Pacyfiku, napisał do swojej żony: „wierzę, że Japki ugną się zanim wejdą Sowieci. Jestem pewien, że ugną się gdy nad ich głowami rozbłyśnie Manhattan”. Uranowy rdzeń „Chłopczyka” był już w drodze na Tinian, niewielką wyspę w archipelagu Marianów Północnych, gdzie stacjonowała eskadra amerykańskich bombowców.

Podpułkownik Paul W. Tibbets, pilot bombowca B-29 „Enola Gay” i dowódca eskadry, był jedynym człowiekiem na Tinian, którego wprowadzono w szczegóły Projektu Manhattan.  W październiku 1944 r.  otrzymał zadanie zbudowania w Wendover Field w stanie Utah załogi pilotów, którzy ostatecznie zakończą II Wojnę Światową. Pod jego dowództwem 509. zgrupowanie bombowców – wraz z całą obsługą naziemną – liczyło 1,8 tys. ludzi, z czego 117 stanowiło załogę trzynastu superfortec, szkoloną – bez ich wiedzy – do zrzucenia bomby atomowej.  Ćwiczyli nad Utah, Nevadą i Kalifornią zimą z 1944 na 1945 r. W słoneczny dzień wznosili się na wysokość 9 tys. metrów, brali kurs na okrągłe tarcze wyryte na pustyni i spuszczali ciężkie bomby z betonu, z materiałem wybuchowym umieszczonym z przodu. Tibbets instruował pilotów, by natychmiast po zrzuceniu bomb skręcali ostro o 155 stopni i jak najszybciej odlatywali z miejsca zrzutu. Po okresie prób, zaczęto tego typu bomby (z uwagi na rozmiar i pomarańczowy kolor nazywano je dyniami) zrzucać na japońskie cele na japońskich Marianach i Karolinach. Dowództwo liczyło, że w ten sposób nie tylko przygotuje się załogi do lotów z bombami atomowymi, ale i zwiedzie Japończyków, że pojedynczy B-29 nad ich niebem nie stanowi istotnego zagrożenia. Ładunki wybuchowe umieszczone w betonowych dyniach nie wyrządzały bowiem większych szkód.

little boy

Little Boy – bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę

Montaż „Chłopczyka” zakończył się ostatniego dnia lipca i 1 sierpnia mógł być już właściwie użyty, gdyż każda z trzynastu załóg była gotowa do spełnienia swego zadania. 2 sierpnia Tibbets wraz ze swoim celowniczym Thomasem Ferebee oraz generałem Curtisem LeMayem, dowódcą amerykańskiego lotnictwa na Pacyfiku, usiedli do map i nakreślili strategię zrzutu „Chłopczyka”.  W misji miało wziąć łącznie dziewięć bombowców. Pierwsze trzy, rozpoznawczo, miały przelecieć nad obranymi celami. Jeden nad Hiroszimą, jeden nad Kokurą i jeden nad Nagasaki. Miały zdać relację na temat warunków pogodowych. Czwarty oddelegowano na Iwo Jimę, jako rezerwę, gdyby bombowiec niosący bombę uległ jakiejś awarii, a wraz z nim dwa kolejne jako bombowce towarzyszące. Siódmy i ósmy stanowić miały asystę bombowca z ładunkiem nuklearnym. Dziewiątym był „Enola Gay” z Tibbetsem za sterami. Ustalono, że celem nr 1 będzie Hiroszima, a „Little Boy”  zostanie upuszczony w pobliżu mostu Aioi na rzece Ota. Dwa dni później odbyła się odprawa, podczas której uchylono pilotom rąbka tajemnicy. Nie użyto wprawdzie ani razu słowa „atomowy” czy „nuklearny”, ale zasygnalizowano, że w wyniku eksplozji powstanie coś na kształt grzyba i należy zrobić wszystko, by być od niego jak najdalej.

Pika-don

Hiroszimie, jako jednemu z miast celów atomowych, siły generała Curtisa LeMaya wyraźnie nie wyrządzały krzywdy. Trochę to nawet dziwiło mieszkańców miasta, stąd mnożyły się domysły. Przypuszczano m.in., że w Hiroszimie przebywa bliska rodzina Trumana (ciotka, a nawet być może matka), że piękno miasta urzekło Amerykanów i po kapitulacji Hirohito w Hiroszimie utworzą kurort, czy wreszcie, że postanowiono ją oszczędzić z uwagi na dużą ilość cudzoziemców tam mieszkających. Tak czy owak Hiroszima była nietknięta nalotami, a większość obywateli w głębi serca wiedziała, że wcześniej czy później i na ich miasto spadną bomby. Nie istnieje jednak standardowa opowieść o tym dniu w Hiroszimie. Każdy z ocalałych po wybuchu miał inne wspomnienia. Jednak zbombardowani podzielali pewne reakcje, w podobnych słowach i obrazach opisując swoje doświadczenia. Najczęściej pojawiającymi sią określeniami były słowa „pika-don”, czyli „błysk i huk”, a potem cisza i oszołomienie.  Wielu ludzi było po wybuchu obnażonych. Rotter przywołuje przypadek robotnika z fabryki zbrojeniowej, który ujrzał w deszczu nagą, błagającą o pomoc kobietę. Jej ciało było pokryte oparzeniami,  ale od udzielenia pomocy powstrzymywały go nie rany, ale nagość dziewczyny. Jednocześnie osobliwy przypadek rządził tym, kto ginął, a kto ocalał, unikając obrażeń. Tych opowieści nagromadziło się przez dziesięciolecia tysiące i nie sposób je tu przytoczyć.

Zgliszcza Hiroszimy

Zgliszcza Hiroszimy

Mimo prób zaprzeczenia, „Chłopczyk” wywołał ogromny szok. Hirohito miał powiedzieć do swojego szefa dyplomacji, że – skoro powstała taka broń – kontynuowanie wojny nie ma sensu i trzeba zrobić wszystko, by  zakończyć wojnę bez targowania się o jak najkorzystniejsze warunki kapitulacji.  Za tymi słowami nie poszły jednak czyny. Japonia wciąż nie zgadzała się na akceptację deklaracji poczdamskiej,  a żaden z jej dygnitarzy nie zmienił po Hiroszimie swojego stanowiska w tej sprawie. W takich okolicznościach zapadła decyzja o użyciu drugiej bomby, której celem przeznaczenia miała być pierwotnie Kokura, dopiero w drugiej kolejności Nagasaki.

Wojciech Stańczyk

Polski Lwów przez pryzmat domów

Ksenija Borodin, Iwanna Honak: Lwów po polsku. Imie domu oraz inne napisy; Lwów 2012

Lwow_po_polsku

Pochłonąłem tę książkę jednym tchem, z fascynacją i przygnębieniem zarazem. Oto dwie młode lwowianki, Ksenija Borodin i Iwanna Honak, podjęły się ekscytującego wyzwania. Prześledzenia polskich śladów w przestrzeni współczesnego Lwowa: starych napisów, tablic informacyjnych, ksiąg metrykalnych budynków, detali architektonicznych. Autorki skoncentrowały się na Lwowie „domowym”, a więc budynkach mieszkalnych, nie będących jakimiś zabytkami samymi w sobie, ale poprzez zachowane szczegóły przypominającymi dawną świetność miasta, a więc czasy gdy był wiodącym polskim ośrodkiem miejskim międzywojnia, a wcześniej stolicą Galicji,

Książka została podzielona na kilka rozdziałów, których tytuły oddają zamysł autorek. „Dom jako znak jakości”, „Dom jako nośnik tradycji”, „Księga metrykalna budynku”, „Dom w przestrzeni geograficznej” i „Dom jako biografia urbanistyczna”. Na końcu książki umieszczony został indeks wymienionych ulic, dzięki któremu spacerując zaułkami starego Lwowa łatwiej wychwycimy zauważone przez autorki detale. Najwięcej pozostało na ulicy Doroszenki (8), po sześć na Kopernika i Łyczakowskiej oraz po pięć na ulicach Hnatiuka, Horodockiej, Kotlarewskiego i Rutkowycza. Łącznie udokumentowanych zostało 240 śladów na 135 ulicach i skwerach. Na wspomnianej ul. Doroszenki (d. ul. Sykstuska) symbolika owego znaku jakości ujawnia się w wykończeniach budowlanych. Na klatkach schodowych dwóch kamienic (nr 32 i 38) natkniemy się np. na dawne ceramiczne płytki oraz posadzki, pośród których zachowały się „wstawki” z informacjami o producencie kafelek „Bracia Mund, Lwów”, czy „Jan Lewiński, Lwów – za Barta&Tichy w Pradze”.  Na powierzchniach alabastrowych czy marmurowych, których we Lwowie wciąż się zachowało niemało, producent umieszczał znak w postaci wyrytego napisu. Na Doroszenki taki znak – przy wejściu do kamienicy Landaua (nr 19) – informuje, że elementy te powstały w Fabryce Marmuru B. Królik.

Lwowski dom odzwierciedlał duchowe i estetyczne potrzeby ich mieszkańców. Był traktowany jako schronienie, oaza bezpieczeństwa oraz ostoja tradycyjnych wartości i wiary. Zakakująco dużo tej symboliki przetrwało lata komunizmu. Znajdujące się we wnękach domów posągi Najświętszej Maryi Panny, której kult był we Lwowie bardzo silny, władze sowieckie niszczyły z zawziętością, ale kilka udało się uchronić. Podobnie z figurami świętych oraz polskich władców, pisarzy i artystów, którzy w czasie zaborów przypominali o bogatej historii Polski oraz budzili narodowego ducha. Nad sklepem instrumentów muzycznych przy Doroszenki 11 zachowało się wspaniałe popiersie Fryderyka Chopina oraz inskrypcje rzeźbiarskie (dzięki autorkom dowiadujemy się ponadto, że są w mocno sfatygowanym stanie i zagraża im destrukcja). W ogóle rzeźby i dekoracje rzeźbiarskie na budynkach były bardzo silnym wyróżnikiem Lwowa. Na przełomie XIX i XX wieku i w okresie międzywojennym działali w nim bowiem renomowani rzeźbiarze i mistrzowie sztuki użytkowej, m.in. Juliusz Wojciech Bełtowski, Piotr Bazyli Wójtowicz, Tadeusz Błotnicki, Kazimierz Piotrowicz, Stanisław Plichal czy Zygmunt Kurczyński. Reprezentowali rozmaite style i techniki, dzięki czemu można się wiele dowiedzieć o historii miasta, chronologii jego rozwoju oraz samych mieszkańcach. To niepowtarzalne nawarstwienie epok, które zaobserwować można również, ale na mniejszą skalę, w Krakowie, spowodowało, że miasto zyskało sławę i zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Jedynym mankamentem publikacji jest jego niedostępność w polskich księgarniach, czy to książkowych czy internetowych. Książkę można jednak nabyć bezpośrednio u autorek. Wystarczy napisać maila lub zadzwonić. lviv.po.polsku@gmail.com tel. 00 38 097 945 43 60

Wojciech Stańczyk

ONI I WOJNA: Jack London

Cykl tekstów “ONI I WOJNA przedstawia sylwetki pisarzy i wpływ, jaki na ich twórczość i życie wywarła wojna. Rozpocząłem go tekstem poświęconym J.R.R. Tolkienowi. Drugi dotyczy Jacka Londona (1876-1916), pisarza niesłusznie zapomnianego, źle odczytanego i zredukowanego do roli ikony młodzieżowej powieści przygodowej. Tymczasem ta twórczość stanowi zaledwie niewielką część bogatej spuścizny pisarza. Owszem, piękną i wyjątkową, ale tylko część. Zdaniem wielu współczesnych literaturoznawców chyba żaden pisarz należący do kanonu literatury nie jest tak fałszywie rozumiany i oceniany jak London. I chyba żaden nie padł ofiarą tak wielu uproszczeń w ocenie głoszonych poglądów politycznych i społecznych, jak też nie poniósł tak daleko idących tego konsekwencji. Dziś wielu historyków uważa, że gdyby w latach 40. XX w. amerykańskie dowództwo na Pacyfiku zapoznało się wnikliwie z jego korespondencjami z frontu wojny rosyjsko-japońskiej (1904-05), II Wojna Światowa w tej części globu mogła przybrać dużo korzystniejszy dla Stanów Zjednoczonych przebieg.

J_London_writing_1905Jack London

Rosja kontra Japonia

W początkach dwudziestego stulecia w wielu miejscach na świecie wzmagać się zaczęły nastroje militarystyczne. Uwagę świata przykuł zwłaszcza konflikt na Dalekim Wschodzie. Królestwo Korei, na skutek wewnętrznego osłabienia, straciło zdolność politycznej niezależności i stało się przedmiotem konfliktu między carską Rosją, a odbudowującą swoją potęgę Japonią. Trzydzieści lat wcześniej wielcy japońscy posiadacze ziemscy obalili uciążliwe rządy szogunów i przywrócili na tron cesarza. To dało impuls. Japonia zaczęła się w niesłychanym tempie rozwijać, a jej przemysłowa potęga budziła podziw całego świata. W tym samym czasie Rosja była z kolei w toku energicznej ekspansji terytorialnej. Dotarła nad Pacyfik, gdzie zbudowała potężny port we Władywostoku, ale to nie zaspokajało ambicji cara. Port przez dużą część roku był skuty lodem i Rosjanie, by uzyskać stały dostęp do oceanu skłonili osłabione Chiny do wydzierżawienia położonego za zachód od Korei Port Arthur (obecnie Lüshun) nad Morzem Żółtym. Japonia poczuła się zagrożona, gdyż Port Arthur leżał na Półwyspie Liaotuńskim, który po zwycięstwie nad Chinami w 1895 r., znajdował się w jej strefie wpływu. Głowy Japończyków rozgrzały się, gdy Rosjanie – dla wzmocnienia portu – podjęli się budowy odnogi kolejowej przez Mandżurię. Świat wstrzymał oddech, a amerykańscy i europejscy wydawcy rozpoczęli gorączkowe poszukiwania korespondentów wojennych. Jednym z nich – zatrudnionym przez kalifornijski Examiner – został 28-letni Jack London, opromieniony bezprzykładnym sukcesem opowieści o psie Bucku, który został porwany od kochającej go rodziny, po czym stoczył heroiczną walkę o przetrwanie w dzikich ostępach Alaski Powieść ta, znana kilku pokoleniom czytelników na całym świecie pod nazwą „Zew krwi”, wciąż cieszy się dużą popularnością, podsycaną wzruszającymi filmami familijnymi.

Na własną rękę

Wraz z Londonem do Japonii wyruszyła cała masa wysłanników (w tym słynny Dick Davis), już podczas podróży zacierająca ręce na krwawą jatkę, jaką podejrzewano zobaczyć na Dalekim Wschodzie. W Tokio zakwaterowano ich w hotelu Imperial, gdzie mieli czekać, aż japońskie władze zorganizują wyjazd do Korei. Oczekiwanie to przeciągało się ponad miarę. London, jako jeden z pierwszych dostrzegł, że Japończycy ich oszukują, że żadnej wyprawy do Korei nie zamierzają im zorganizować, a kwaterunek w Imperialu to de facto zamknięcie w klatce. Wymknął się z hotelu, by przedostać się do Korei na własną rękę.  Droga i perypetie Londona podczas tej podróży mogłyby posłużyć za scenariusz sensacyjnego thrillera. Wyruszył pociągiem z północy na południe Japonii, by drogą morską, podłej jakości statkiem, okrążyć Półwysep Koreański i dostać się do Seulu. Niestety po drodze władze japońskie zarekwirowały statek. London, który był przekonany, że działania wojenne rozpoczną się lada moment, nie miał chwili do stracenia. Musiał za wszelką cenę dotrzeć do Korei, ale sposób, w jaki to zrobił, był skrajnie niebezpieczny. Najlepiej oddają to słowa innego reportera Roberta Dunna, który tak jak on na własną rękę opuścił Tokio, a którego odnalazł w porcie Czemulpo: „Nie poznałem go. Był istną ruiną człowieka. Miał odmrożone uszy, odmrożone palce u rąk, odmrożone stopy”. Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że gdyby London nie był człowiekiem morza, to ta samowolka skończyłaby się dla niego tragicznie.

Wojujące żółte niebezpieczeństwo

Sposób relacjonowania wojny przez Londona był bardzo realistyczny i wnikliwy. Jego obserwacje były zwięzłe, celne, ale nosiły piętno uprzedzeń rasowych, od których pisarz się nawet nie odżegnywał. O Japończykach bezceremonialnie pisał „wojujące żólte niebezpieczeństwo” porównując ich do „szarżujących świń pekari z południowej Afryki”.  Lodnona raziły sprzeczne z wzorcami utrwalonymi w kulturze zachodniej aspekty kulturowe Azjatów. Służalcze udawanie, podstępne atakowanie wroga, atak bez wypowiedzenia wojny czy okrutne traktowanie zwierząt. O zdarzeniu, kiedy Japończycy pokazali reporterom celę z jeńcami rosyjskimi, opowiadał, że odczuł przypływ rasowej sympatii dla uwięzionych, których oczy były bardziej niebieskie od jego własnych. Te wtręty w pewnym sensie zaważyły na ocenie jego korespondencji, choć w swej istocie wnioski z nich płynące były bardzo trafne. London obserwował front z bliska, inaczej niż większość korespondentów. Zauważył przede wszystkim, że Japończycy nie cenią życia tak, jak ludzie Zachodu. Ich generalicja nie ulega presji opinii  publicznej na takiej zasadzie jak ulegają w Stanach Zjednoczonych czy w Europie domagając się rozliczenia z kosztów wojny. Japońskie społeczeństwo domaga się zwycięstwa, wspaniałego i bez względu na koszty. „Taka jest już ich natura, że nic, z wyjątkiem totalnego unicestwienia, nie jest w stanie ich zatrzymać”. W innym miejscu skonstatował: „Zawsze parli naprzód i nigdy się nie wahali. Dwakroć wzmacniali swoje szeregi, pokonując biegiem niczym nie osłoniętą piaszczystą plażę pod nieustajacym, zmasowanym ogniem wszystkich baterii artyleryjskich”.

Nie odrobiona lekcja

London zdawał sobie sprawę, że konflikt sprowokowali Rosjanie, ale od początku przypuszczał, że Japończycy potraktują to jako okazję do zademonstrowania swojej siły. Twierdził, że pokonanie Rosji będzie wyzwaniem rzuconym białemu człowiekowi, na co Ameryka powinna zwrócić szczególną uwagę w kontekście utrzymania status quo na Pacyfiku.  Japońska marynarka okazywała bowiem niebywałą ruchliwość umiejętnie przerzucając swoje siły z jednej linii frontu na drugą, stosując przy tym taktykę – bardzo mocno przez Londona krytykowaną – frontalnego ataku na pozycje wroga. Według tego samego schematu, okupionego wprawdzie dużymi stratami ludzkimi, Japonia opanowała podczas II Wojny Światowej niemal większość wysp basenu Oceanu Spokojnego, nie wahając się w swym fanatyzmie przed zaatakowaniem baz amerykańskich. Nawet gdy byli zmuszeni do odwrotu i odpierania ataku wściekle się odgryzali, czego doskonałym przykładem była obrona Okinawy w 1945 r., w której wprawdzie ulegli potędze amerykańskiej, ale zadali jej wielkie straty powtarzając wiele rozwiązań taktycznych zastosowanych w 1904 i 1905 r. przeciwko Rosjanom (np. ataki nocne, manewry na tyłach wroga, kontruderzenia). „Japończycy są narodem żołnierzy – pisał London w jednej z korespondencji – ich szeregowcy są żołnierzami i ich oficerowie też są żołnierzami. Patriotyzm jest ich religią i w imię ojczyzny umierają męczeńską śmiercią, tak jak przedstawiciele innych narodów oddają życie za swoich bogów„.

Triumf pisarza

Wojna rosyjsko-japońska uczyniła Londona bogatym. Za swoją ciężką i ofiarną pracę został sowicie wynagrodzony (cztery tysiące dolarów to były na prawdę olbrzymie pieniądze). Jego relacje były porywające nawet wówczas, gdy nie miał w nich nic do zrelacjonowania. W dodatku przywiózł ze sobą bogaty materiał zdjęciowy, powszechnie uznawany za najpełniej oddający przebieg konfliktu. Przed swoim powrotem do kraju odwiedził jeszcze w Tokio Dicka Davisa, który napisał potem: „Bardzo mi się spodobał. Jest prostolinijny i skromny, emanuje z niego niezwykła siła i witalność. Jest głęboko zniechęcony do wspaniałych małych ludzików i twierdzi, że irytacja to jedyne uczucie, z jakim wyjeżdża”. Davisowi, najbardziej doskwierała zapewne świadomość, że oto on, najsłynniejszy amerykański korespondent wojenny, dał się zamknąć Japończykom w Hotelu Imperial. „Bardzo mu zazsdrościłem, gdyż dzięki swej odwadze i przemyślności zobaczył wojnę, na którą ja nawet nie wyruszyłem” – napisał. Zdaniem krytyków i biografów, swoim krótkim czterdziestoletnim życiem napisał wspaniałą powieść, w wielu wypadkach ciekawszą od tych, które wyszły spod jego pióra.

Wojciech Stańczyk

Literatura tematu:

James L. Haley: Wilk. Szlaki życia Jacka Londona, Świat Książki 2012

300_0_productGfx_c82e00a19ca225b45ae670da03f6bd61

Takashi Nagai – święty z Urakami

Sięgnąłem po tą książkę zachęcony okładkową zapowiedzią wydawcy: tragedia Nagasaki we wspomnieniach świadka. Mam bowiem w zanadrzu tekst poświęcony bombie atomowej i – pomyślałem – dobrze będzie zobrazować go opisem osoby, która na własnej skórze odczuła skutki wybuchu. Po jej przeczytaniu doszedłem jednak do wniosku, że książka zasługuje na uwagę również z innych powodów, w tym, jakby pomijanego i śladowo obecnego w literaturze tematu sieroctwa powojennego.

Takashi Nagai: Listy do dzieci, Promic 2012

Takashi Nagai (1908-1951) był lekarzem radiologiem, u którego wiosną 1945 r. – nim bomba atomowa zmiotła Nagasaki z powierzchni ziemi – zdiagnozowano przewleką chorobę popromienną  wywołaną promieniami X. Rozwijająca się białaczka i rokowania dające mu dwa-trzy lata życia, skłoniły jego i żonę do przygotowania dzieci na odejście ojca.  „Listy do dzieci” miały być dla nich swoistym testamentem, drogowskazem życiowym.  Bomba zweryfikowała te plany i okazała, jak nieprawdopodobne bywają koleje losu. Takashi przeżył wybuch, choroba popromienna przeszła z fazy przewlekłej w ostrą, a on sam żył jeszcze sześć lat. Były to lata pracy, ale również lata poświęcenia, cierpień i bólu. Wybuchu nie przeżyła natomiast jego żona oraz cała mieszkająca w Nagasaki rodzina. Życie dzieci udało się ocalić wywożąc je kilka dni wcześniej w góry do rodziców.

Jak odchodziłem od moich ukochanych dzieci – tak rozpoczyna swoją opowieść Nagai. I jest to książka na wskroś osobista, pełna wiary, miłości i oddania. Ukazująca zmagania owdowiałego i schorowanego ojca dwójki małych dzieci, których niebawem będzie musiał opuścić. Tragedia Nagasaki przewija się w tle.

Byłem wtedy w laboratorium, gdzie prowadziłem terapię radem. Zobaczyłem oślepiający blask światła. W tej samej sekundzie obróciły się w perzynę moja teraźniejszość i przeszłość, w gruzach legła także przyszłość (…). Z mojej żony, której powierzyłem opiekę nad dziećmi po spodziewanej własnej śmierci, pozostał jedynie stosik nadpalonych kości, które umieściłem w wiaderku. Spłonęła tak, jak stała, w kuchni.

Nagai nie wyszedł całkowicie ze szwanku. Oprócz zaostrzonej choroby popromiennej doznał poważnych obrażeń prawej strony ciała, w wyniku których stał się inwalidą niezdolnym do chodzenia bez cudzej pomocy.  Stracił też wieloletni dorobek naukowy, latami zbierane materiały, wyniki badań, eksperymentalne zdjęcia. Wszystko, w jednej chwili, ogarnęły czerwono-czarne płomienie. Nagai pisze, że poczuł się jakby nagle trafił do piekła. Zdał sobie jednak sprawę, że stanął przed olbrzymią, rzadką dla naukowca możliwością, zbadania choroby dotąd nie zbadanej, znanej garstce badaczy i lekarzy radiologów – choroby popromiennej. Zajął sie też badanie skażenia radiacyjnego. Badał próbki ziemi z okolic epicentrum. Zainicjował tez akcję zasadzenia tego obszaru tysiącem krzewów specjalnej odmiany wiśni, którą nazwano jego imieniem. Pod koniec życia, gdy wiedział iz niebawem umrze, postanowił posłużyć jako materiał badawczy dla studentów medycyny, by mogli obserwować odchodzenie człowieka. Był katolikiem, a więc wyznawał wiarę w Japonii rzadką, swego czasu zaciekle zwalczaną i karaną śmiercią.  Podkreślał wielokrotnie, że ma świadomość, iz jego postrzeganie rzeczywistości, wiara i poglądy, mogą nie być podzielane przez Japończyków. Gdy zmarł całe Nagasaki pokryło się żałobą, a gdy zabiły dzwony katedry Urakami, obwieszczające ceremonie żałobną ogłoszona została minuta ciszy.

Nagai zadaje fundamentalne pytanie: Co powinniśmy zrobić z dziećmi, które w wyniku wojny stały się sierotami? Trzeba tu zaznaczyć, że z problemem tym nie radziła sobie nie tylko Japonia, ale i wiele innych krajów. Co więcej jest to temat niezwykle wstydliwy również dla Polski. Sierocińce.  Zdaniem Nagai instytucje te, choć w założeniu miały służyc dobru dziecka, nigdy tego dobra mu nie dały, co zresztą się potwierdziło niemal wszędzie. Uważał, że to bardziej instytucja służąca wygodzie obywateli i rządzących. Zauważa, ze zaglądajac do sierocińca wszystko wyda się na pozór idealne, dzieci wydadzą się szczęśliwe i radosne., lecz gdy sie usłyszy ich płacz, to będzie zupełnie inny płacz niż ten, który usłyszelibyśmy w ich rodzinnym domu. Będzie to płacz wielkiej wszechogarniającej beznadziei.

Płacząca sierota spotyka sie z drwinami starszego kolegi czy koleżanki, krytyką nauczycielki i kazaniem tak zwanego tatusia (dyrektora – przypis WS). Woli więc zacisnąć zęby i stłumić potrzebe płaczu. Kiedy już nie może go powstrzymać, płacze inaczej niz zwykłe dzieci. Płacz sieroty nie jest błahą realizacją naturalnej potrzeby fizjologicznej, lecz wynika z desperacji, z czarnej, niezgłębionej rozpaczy.

Piszemy tu o książkach poświęconych bitwom, skandalom, obozom koncentracyjnym. Warto sie zastanowic nad ceną, jaka zapłaciły za wojnę osoby absolutnie niczemu nie winne. Oczekiwałbym też poważnej pozycji dotykającej tego problemu w Polsce.

Wojciech Stańczyk

Powrót Zyty Oryszyn

Nie sposób przejść obok tej książki obojętnie, a i skreślenie o niej paru słów nie jest rzeczą prostą, by nie popaść w banał i rutynę. Autorka podjęła się niezwykle trudnego i gorącego politycznie tematu, a więc powojennych wysiedleń i wielkiej wędrówki ludów XX wieku.

Zyta Oryszyn: Ocalenie Atlantydy, Świat Książki 2012

Oto biedna, wielopokoleniowa polska rodzina z ziem wschodnich dociera na Dolny Śląsk i tu urządza się na nowo. Nadzieja przeplatana ze strachem. Aura niepewności jutra, codzienne zmaganie się z rzeczywistością PRL-u na nieznanym sobie gruncie i wśród obcych ludzi – oto tło opowieści. Na pierwszym planie rozmaite osobowości, o różnych temperamentach, różnym postrzeganiu rzeczywistości, czasem budzący litość, czasem śmiech, czasem odrazę i niesmak. Wszystko to opowiedziane wysublimowanym piórem, sposobem narracji przypominającym samego Wańkowicza. Ambitna literatura, która skłania do refleksji i pobudza do myślenia. Takie książki nie trafiają do świadomości masowego odbiorcy, który o tamtym czasie ma mgliste pojęcie. Jeśli jednak ten odbiorca na „Ocalenie Atlantydy” się natknie, to – z całą pewnością – pojmie czym tak naprawdę wysiedlenia były  i jak kształtowała się powojenna rzeczywistość. Widać ją zarówno oczami Polaków, jak i Niemców.

Młodszym czytelnikom nazwisko Oryszyn nie powie wiele. Autorka debiutowała w 1970 r. książką „Najada”, po której wydała jeszcze „Melodramat” (1971) oraz „Gaba-Gaba czyli 28 części wielkiego okrętu” (1972). I zniknęła. Niemal na całą dekadę. Wtedy, w 1981 r., objawiła się „Czarną iluminacją” (1981) w podziemnym wydawnictwie NOWA 0raz „Madam Frankensztajn” (1984) i znów zamilkła, tym razem na lat sześć, gdy w PoMoście ukazała się „Historia choroby, historia żałoby” (1990).  Po niej znów kazała o sobie zapomnieć, tym razem aż na 22 lata. Niektórym przypomni się opowieść o Edwardzie Stachurze, któremu żona chciała podarować dwa swoje palce, gdy pociąg odciął mu cztery własne. Tą żoną była właśnie Oryszyn. Według Janusza Andermana, którego wypowiedź przytacza wydawca na okładce, głos autora po tylu latach można nazwać debiutem, bo to już nie tylko inna rzeczywistość, ale zupełnie inny twórca. Nie do końca się z tym zgodzę, wszak – co oznajmia czytelnikom autorka – książka była pisana szmat czasu, a obszerne jej fragmenty stanowią utwory napisane jeszcze w drugim obiegu (plus rozdział „Cudza skóra czyli historia choroby, historia żałoby”). Jest to więc raczej próba przypomnienia się czytelnikowi, być może zapowiedź kolejnego tytułu, sygnał, że Zyta Oryszyn wróciła z dalekiej podróży. Miejmy taką nadzieję.

Przywołałem Wańkowicza nieprzypadkowo. „Ocalenie Atlantydy”, tak w warstwie emocjonalnej, jak i literackiej, nieodparcie nasunęło mi skojarzenia, najpierw z „Zielem na kraterze”, a potem z „Na tropach Smętka”. Z jednej strony Polska, której nie ma, owa zatopiona Atlantyda, z takim sentymentem wspominana przez Wańkowicza, a z drugiej strony Polska, którą „podarowali” Polakom alianci. Obca, inna, strasząca smętkami, budząca lęk. Oczami jednej z bohaterek (Babki) widzimy tę rzeczywistość tak:

Miasto okazało się czymś dziwacznym, zamiast piaszczystej drogi, była w nim brukowana ulica. Po obu jej stronach nie rosły żadne sosny, tylko stały rzędem kamienice. Po wodę nie chodziło się do rzeki, ale do kranu, kran się odkręcało i zakręcało i trzeba się było codziennie myć, a jeść nie z garnka czy patelni, ale (…) z porcelany. Nie było stodół, tylko drewniane komórki. W takiej komórce mieścił się tylko węgiel, za ciasno w niej było na sprytny schowek z wentylacją. Na fekalia i urynę było nie wiadro, ale osobny malutki pokoik z okienkiem, w pokoiku stało porcelanowe krzesło z dziurą, dziura była za mała, żeby się do niej wcisnąć.

W tych warunkach, gdy nie wiadomo było czy wojna nie wybuchnie na nowo, ów komfort był mniej ważny. Ważniejsze było bezpieczeństwo, a więc możliwość ukrycia się i ucieczki.  To podstawa, zawsze gdy czas niepewny. Zyta Oryszyn zdaje się to wciąż czuć – w przenośni dosłownie:

uciekać zawsze było przed czym. Ledwo się zapominało o jednym śmierdzącym moczem i rybimi łuskami strachu, a tu trzeba było się bać czego innego.

Jest coś w tych opowieściach. Coś nieuchwytnego, poruszającego. Oryszyn zdaje się gonić uciekający czas, to swego rodzaju  świadomość spóźnienia. Odchodzą świadkowie tamtej epoki, u części pewne zdarzenia się zacierają. Jak to ujmuje wybitny znawca Kresów prof. Stanisław Nicieja, świadkowie ci odchodzą w smugę cienia, a każdy miesiąc czyni spustoszenie w tkance pamiętających Atlantydę. Oryszyn sprawiła, że nad tym ważnym momentem dziejów, nie zapadła całkiem kurtyna. Atlantyda ocalała.

Wojciech Stańczyk

ONI I WOJNA: J. R. R. Tolkien

Cykl tekstów „ONI I WOJNA” przedstawia sylwetki pisarzy i wpływ, jaki na ich twórczość i życie wywarła wojna. Zaczynamy od Johna Ronalda Reuela Tolkiena (1892-1973), którego 120. rocznicę urodzin obchodziliśmy w styczniu 2012 roku, zaś czterdziestą śmierci obchodzić będziemy za rok. Czeka poza tym już na swoją premierę film oparty na przygodach Bilbo Bagginsa, a więc długo wyczekiwany „Hobbit”.

J.R.R. Tolkien

Na froncie

Tolkien był weteranem I Wojny Światowej.  Wraz ze swoim 11. batalionem wziął udział w bitwie nad Sommą (lipiec-listopad 1916 r.), a więc w największej i najbardziej tragicznej  bitwie I WŚ, która pochłonęła ponad milion ofiar, w tym jego przyjaciela Roba Gilsona.  Tolkien był tym faktem zdruzgotany.  Podczas zaciekłych walk ludzie umierali wprawdzie na jego oczach, czuł zapach krwi i sam zabijał, ale nie stracił wcześniej nikogo równie bliskiego. Pisał, że miał wrażenie, jakby ktoś wydarł mu część jego przeszłości. Na froncie w północnej Francji Tolkien spędził pięć miesięcy. Został odesłany do kraju z objawami gorączki okopowej, której metody leczenia jeszcze nie znano. Po kuracji wracał na krótko do oddziału, by ponownie poddać się leczeniu. Choroba de facto wykluczyła go z dalszego udziału w wojnie. Gdy zaczęła się zbliżać II Wojna Światowa Tolkien wstępował właśnie na niwę literacką. W 1937 roku, roku pełnym tragicznych zdarzeń – takich jak bombardowanie Guerniki  czy japoński desant na Szanghaj – ukazuje się „Hobbit”. Książka przyjęta została entuzjastycznie, choć początkowo na wielki sukces się nie zanosiło. Wydawca widział jednak jak olbrzymi talent drzemie w piórze Tolkiena i usilnie namawiał go do kontynuacji przygód Bagginsa. Pisarz wiedział, że nie może zwlekać, ale prace nad nową książką co rusz utykały w martwym punkcie. Musiało minąć 12 lat, by dzieło to, które początkowo miało nosić tytuł „Nowy Hobbit”, wykrystalizowało się  w dzieło, które znamy jako „Władcę pierścieni”.

Wojna w zaciszu gabinetu

Tolkien pracował nad „Władcą pierścieni” wytrwale, miewał krótsze lub dłuższe przerwy w pisaniu, jednak nie miał – jak sam powtarzał – wykrystalizowanej koncepcji biegu zdarzeń. Nie wiedział też jak dużą będzie książka miała objętość. Gdy we wrześniu 1939 r. bohaterowie powieści, hobbici, docierali do Rivendell, na kontynencie wybuchła II WŚ. W swoim gabinecie w Oxfordzie, sporym wysiłkiem woli, próbował wymazać tę ponurą rzeczywistość i zanurzyć się w fantastyczny świat Śródziemia, choć i to napotykało na problemy (np. brakowało papieru). Tolkienowskie odczucia związane z wojną, podzielane przez prawie wszystkich jego przyjaciół, scharakteryzować można w kilku słowach: niedorzeczność, marnotrawstwo życia, czasu i energii. Czy świat nie wyciągnął lekcji z poprzedniej wojny? Tolkien nie lubił określenia Brytyjczyk i zawsze podkreślał, że jest Anglikiem. Nie akceptował imperium brytyjskiego i Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Nienawidził faszyzmu i gardził Hitlerem, nazywając go przeklętym, małym ignorantem. Wściekał się, że wielki naród niemiecki dał się zdeprawować takiemu indywiduum.  Był m.in. oburzony listem, jaki w 1938 r. jego wydawca otrzymał z niemieckiego wydawnictwa chcącego zakupić prawa do „Hobbita”, w którym zapytywało czy aby na pewno Tolkien jest Aryjczykiem. O dziwo, mimo ostrej reakcji pisarza, Niemcy odkupili prawa do przekładu. Wojna spowodowała spowolnienie pracy nad książką. W 1940 r., w trzy lata od rozpoczęcia pisania, dotarł jedynie do połowy tego, co ostatecznie stać się miało księgą drugą „Władcy Pierścieni”.  Gdy drużyna elfów, hobbitów, krasnoludów i ludzi odkrywała właśnie grobowiec Balina, autor wstrzymał pisanie. Przerwa trwała rok i mogła mieć związek z chorobą syna Michaela, który w styczniu 1941 został poważnie ranny (był artylerzystą w baterii przeciwlotniczej w Oxford). Na domiar złego rok później magazyn wydawnictwa, zawierający zapas egzemplarzy „Hobbita”, został zniszczony podczas nalotu. Rezultatem całego zamieszania było kolejne wstrzymanie prac. Tolkien był w tym momencie tak uwikłany w szczegóły, że stracił z oczu wątek główny. Synowi Christopherowi, który również służył w RAF-ie, zwierzył się,  że każda strona to tortura, a do przodu brnie z dużym mozołem. Czy jednak ten trud, okoliczności wojny, bunt wobec totalitaryzmów XX wieku nie był najbardziej ożywczym tchnieniem dla takiego, a nie innego poprowadzenia fabuły i ostatecznego zakończenia „Władcy Pierścieni”? Czy Wojna o Pierścień może stanowić odbicie II Wojny Światowej? Tolkien zaprzeczał podejrzeniom, że dzieło jest alegorią i radził, by nie doszukiwać się odniesień czy porównań.  Śledząc jednak losy bohaterów oraz zdarzenia opisane w książce nie sposób tego uniknąć.

Władca Pierścieni

Biograf Tolkiena Michael White twierdzi, że odniesienia narzucają się same. Są przynajmniej trzy oczywiste: posłużenie się czernią i bielą w celu określenia dobra i zła; obfitość spółgłosek gardłowych w języku orków, co może sprawiać wrażenie skrajnego zniekształcenia potocznej niemczyzny; i, co najbardziej znaczące, usytuowanie wojujących nacji na obszarze Śródziemia. Ponadto jest szereg subtelnych, ale samo narzucających się alegorii, które wychwycimy, o ile posiadamy szerszą wiedzę historyczną. Np. naradę u Elronda (II Księga), podczas której tak potężne postaci jak Elrond z Gandalfem konstatują, że dopiero niedawno pojęli rozmiary zagrożenia ze strony Saurona, można odczytywać jako zarzut pod adresem Wielkiej Brytanii i jej sojuszników za kiepskie przygotowanie do wojny. Hitler zbroił się na wiele lat przed wybuchem wojny i można było przewidzieć, że w konkretnym celu (rozdział ten Tolkien napisał na początku września 1939 r.). Rayner Unwin, właściciel wydawnictwa, w którym Tolkien opublikował „Władcę Pierścieni” wysunął nadto przypuszczenie, że już sam Pierścień Władzy nasuwa skojarzenia z wagnerowskim Pierścieniem Nibelungów, który przecież, jak dowiedziono, „natchnął” Hitlera do myśli o władaniu nad światem i prymacie rasy nordyckiej nad innymi. Według niektórych zwolenników alegorii Mordor to jednak nie Niemcy, a bolszewicka Rosja. Tolkien, choć nie interesował się bliżej polityką, krytykował komunizm i w sojuszu ze Stalinem dostrzegał zagrożenie, a nie pomysł na doprowadzenie do pokoju. Tolkien zdecydowanie odcinał się od tych spekulacji. Przyjaciołom mówił, że więcej natchnienia czerpał z wiary i religii (był gorliwym katolikiem), a fabuła „Władcy Pierścieni” epizodycznie odzwierciedla jego przeżycia z czasów wojny i to bardziej I WŚ, w której przecież  walczył. Przyznał m.in., że  Sam Gamgee uosabia dobrego, rzetelnego i lojalnego żołnierza, takiego jakimi byli jego towarzysze broni znad Sommy. Dlaczego zatem autor tak stanowczo odrzucał sugestie o alegoryzm „Władcy Pierścieni”? White wysnuwa teorię, że nawiązania do świata, w którym miały miejsce dramatyczne wydarzenia, trafiły do jego dzieła bez świadomego zamysłu. Gdy siadał do pisania, przez Europę przetaczały się czołgi, a świat zaczęła ogarniać przemoc. Dopiero gdy czytelnicy zaczęli odnajdywać analogie, zdał sobie sprawę z obecności mimowolnych elementów alegorycznych i, tylko z sobie znanych powodów, postanowił odpierać takie sugestie.

Wojciech Stańczyk

Literatura tematu: Andrew Murray: Zagadki Tolkienowskie, Wydawnictwo Amber 2012 1200 pytań oraz odpowiedzi dotyczących twórczości i biografi i J.R.R. Tolkiena, dzięki którym sprawdzimy i poszerzymy swoją wiedzę o zdumiewającej krainie fikcji autora Hobbita, Władcy Pierścieni i Silmarillionu. Michael White: Tolkien biografia, Rebis 2003 Autor biografii skrupulatnie opisał całe życie pisarza – dzieciństwo w Afryce Południowej i West Midlands, tragiczną, przedwczesną śmierć rodziców, burzliwy związek z Edith Bratt, pobyt na froncie I wojny światowej, gdzie podczas bitwy nad Sommą Tolkien zapadł na gorączkę okopową, lata spędzone na pracy akademickiej na Oksfordzie, przyjaźń z C. S. Lewisem i dwuznaczne skutki hobbitomanii, która wybuchła w latach sześćdziesiątych.

Przed aron ha-kodesz

Lizzie Doron: Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? WWL Muza, 2012

Aron ha-kodesz (j. hebr. „święta szafa”) to miejsce w synagodze, w którym przechowuje się zwoje Tory. W ten właśnie sposób Helena, główna bohaterka książki Lizzie Doron, nazywała część swojej szafy, do której nikt inny nie miał dostępu, a wejścia do niej strzegł mały zardzewiały klucz noszony przez bohaterkę cały czas przy sobie. O tym, co skrywa szafa, jaką przechowuje tajemnicę, jej córka Elizabeth (alter ego Lizzie Doron) dowie się dopiero po wielu latach, gdy Helena rozpocznie swoją „ostatnią życiową podróż”, to znaczy dozna udaru mózgu, a w konsekwencji – jak ujmuje to autorka – przeniesie się „ze świata doczesnego do tego, który nadchodzi po nim”.  Piękna i wzruszająca opowieść córki o swojej matce. Kilkanaście z pozoru błahych opowiastek, ukazujących jak wielkie piętno na życiu tej kobiety wywarł czas II Wojny Światowej i widok okropności, których sama doświadczyła. Opowiastek z przeszłości, dopełnionych niekiedy refleksją jak najbardziej współczesną, rozjaśniającą tajemniczy świat, w którym żyła bohaterka.

Helena to żydówka ocalała z holokaustu, która po wojnie trafia do Izraela. O swojej przeszłości mówi niewiele, a i to w sposób zawoalowany, nie wprost i raczej skłaniający do samodzielnego wyciągania wniosków. Pochodzę „stamtąd” – zwykła obrazowo odpowiadać, gdy już ktoś o jej przeszłość zapytał, czasem dopowiadając, że z „wielkiego miasta”.  Pod koniec książki dowiemy się, że stamtąd to Polska, a wielkie miasto to Kraków, choć właściwym miejscem urodzenia Heleny jest jakaś podkrakowska wieś.  Pod koniec książki dowiemy się też, gdzie dokonała się stygmatyzacja psychiki kobiety i z jakim miejscem wiążą się np. jej koszmary senne.  To Buchenwald. „Pamiątki” po okresie pobytu w obozie koncentracyjnym Helena skrywała przez całe życie w swoim symbolicznym aron ha-kodesz,  w zamkniętej dodatkowo na kłódce walizce. „W walizce – pisze Doron – znalazłam robaki, larwy, pasiak, w którym było więcej dziur niż materiału, żółte łaty, chodaki i zapach śmierci”.

Książka nie jest jeszcze jednym świadectwem okropności holokaustu, nie zawiera drastycznych opisów obozowego życia. Helena nie epatowała tym córki, nie wyjawiała szczegółów, choć strzępy takich informacji gdzieniegdzie – również nie wprost i raczej w sposób niezamierzony – zdarzyło się jej ujawnić. Jest natomiast oskarżeniem wobec samych Żydów, mieszkańców Izraela, dla których shoah nie stanowi wyrazu męczeństwa narodu w jego faktycznym wymiarze, lecz jest paradoksalnie symbolem wyższości nad innymi nacjami, a cierpienie dotkniętych nim osób zdaje się być mniej ważne od fasadowej religijności i obrzędowości.  Najdobitniej wyraża się to chyba w opisie święta Jom Kipur, gdy zjawiała się w pobliskiej osiedlowej  synagodze, by odbyć jizkor (modlitwę w intencji zmarłych). Wywoływała tym zawsze poruszenie, gdyż modlitwę odprawiano przed aron ha-kodesz, miejscem do którego nie wolno było przystępować kobietom:

Na początku próbowali tłumaczyć:
– Pomyliłaś się, przejdź do pokoju obok.

Helena wyjaśniała patrząc im prosto w oczy:

– Nie pomyliłam się. Jestem w odpowiednim miejscu.

Zdecydowanym ruchem odwracała się plecami do modlących się, twarzą do aron ha-kodesz, i w ciszy rozlegał się jej donośny głos:

– Tutaj, przed tymi ludźmi, ja, Helena, przedstawicielka wymordowanej rodziny, przychodzę do Ciebie w imię straty jaką poniosłam, w imię roli, której sama nie wybrałam, by wspominać dusze zmarłych. Tylko Ty wiesz dlaczego akurat ja. Stoję tu zamiast nich. Gdyby żyli, to oni staliby przed aron ha-kodesz, a wtedy także ja byłabym na swoim miejscu.

Na granicy łez obracała się raptem i posyłała spojrzenie ludziom, przed chwilą wbijającym wzrok w jej plecy.

– Co się patrzycie? To w ogóle nie jestem ja. Jestem tymi wszystkim, których nie ma! (…) Wyczytam tylko imiona. (…)

Jej długie, smukłe palce podnosiły się jeden po drugim jak członkowie jakiejś poważnej komisji, jeden palec dla każdego imienia, dla każdego palca imię , a liczba wyprostowanych palców zgadzała się z liczbą imion. Lista Heleny była długa. W synagodze zapadała cisza. W grupie mężczyzn znać było, że gardła modlących się wyschły, w oczach pojawiła się zgroza. Po stronie kobiet chusteczki wysuwały się, by otrzeć płynące łzy. (…) Pod koniec nie było już słychać szlochu Heleny, lecz lament całego chóru. Na ostatek dziękowała wszystkim, którzy pomagali jej wypełnić przysięgę i wychodziła. (…) Tak działo sie co roku w Jom Kipur w osiedlowej synagodze.

Doron przywołuje też ostatnią drogę życia matki, gdy wraz z mężem stawiają się na cmentarzu, by pochować matkę. Są tylko we dwójkę.

– Przyszliśmy na pogrzeb Heleny – powiedzieliśmy ściszonym głosem do kantora (…)

– Obyście nie zaznali więcej smutku (…) Tylko wy dwoje?

– Tak.

– Ale potrzebny jest minian (modlitwa wykonywana przez minimum dwunastu mężczyzn – przypis WS) – zaprotestował zakłopotany.

– Także za życia – powiedziałam napastliwie – potrzebowała minianu, ale go nie było.

Kantor spuścił wzrok i nie pytał więcej.

Helena mieszała fantazję z rzeczywistością. Starała się zacierać dowody, a z drugiej strony nie umiała sobie poradzić z ciężarem przeszłości. Jej psychika była mocno wykrzywiona, ale dla Elizabeth nie było to ani powodem wstydu, ani zmieszania, ani wyrzutu. Kochała swoją matkę i zaciekle jej broniła. Zdecydowanie zaprzeczała wszelkim pomówieniom o jej pomieszanie zmysłów przysięgając zarazem przed czytelnikami, że wszystkie opisane historie są szczerymi i prawdziwymi opowieściami. Nie mamy powodów, by w to nie wierzyć.

Wojciech Stańczyk

Franklin D. Roosevelt i George Patton: przeciwstawne koncepcje

Jesień, 1932 rok. Kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych wkracza w decydującą fazę. Franklin D. Roosevelt szykuje się do objęcia Białego Domu, a jedną z pierwszych jego decyzji politycznych będzie uznanie przez USA Związku Sowieckiego i nawiązanie z nim stosunków dyplomatycznych. Ten fakt, którego elementem będzie legitymizacja zbrodni stalinowskich i udzielenie poparcia Stalinowi, spowoduje, że przejdzie do historii  jako symbol amerykańskiej obecności na frontach II Wojny Światowej. Czy flirt ze Stalinem musiał jednak przybrać tak przykre, chociażby dla Polski,  rezultaty? Czy nie lepiej byłoby wdrożyć koncepcję wyparcia wojsk radzieckich za Bug, którą to koncepcję – w wersji charakterystycznej dla siebie – lansował generał George Patton, twardy krytyk prosowieckiej polityki Białego Domu? Czy za tajemniczą śmiercia Pattona nie kryła się radziecka intryga?

George S. Patton (1885-1945)

Gdy 8 maja 1945 r., kapitulacja Niemców stała się faktem, a Winston Churchill, Harry Truman i Józef Stalin zabrali się za urządzanie Europy na nowo, Patton zaszokował świat słowami:
„To, co zrobili dzisiaj politycy w Waszyngtonie i Paryżu, podobni do ołowianych żołnierzyków, to historia, o której będziecie pisać przez jakiś czas. (…) Pozwolili nam wykopać w cholerę jednego gnoja, a jednocześnie zmusili, żebyśmy pomogli usadowić się następnemu, równie złemu albo jeszcze gorszemu niż tamten. (..) Dzisiaj powinniśmy powiedzieć Rosjanom, że mają iść w cholerę, zamiast ich słuchać, kiedy nam mówią, że mamy się cofnąć. To my powinniśmy im mówić, że jeśli im się nie podoba, niech idą w pizdu, i wydać im wojnę. (…) Niestety, niektórzy z naszych przywódców są po prostu cholernymi durniami i nie mają pojęcia o historii Rosji. Mam wątpliwości, czy wiedzą, że Rosja jeszcze niecałe sto lat temu zajmowała Finlandię, wyssała krew z Polski i zrobiła z Syberii więzienie dla własnego narodu. Zwykłe dzikusy. Moglibyśmy ich rozpirzyć w cholerę”.
Patton, który – jako żołnierz – rozpoczął swój szlak bojowy jeszcze w I Wojnie Światowej, a w drugiej stał za najtrudniejszymi i najbardziej spektakularnymi akcjami militarnymi w Afryce i Europie, zginął w wypadku samochodowym. Nikt nie wierzył, a jeszcze bardziej nie wierzy dzisiaj, że był to przypadek. Niesłychanie popularny w ojczyźnie, kochany przez żołnierzy, był naturalnym rywalem do objęcia – wcześniej czy później – owalnego gabinetu. Jego wizja była dla porządku jałtańskiego zagrożeniem. 11 maja, w trzy dni po zakończeniu IIWŚ mówił:
„Każdego dnia do mojego sztabu przychodzą jacyś biedni czescy, austriaccy, węgierscy, a nawet niemieccy oficerowie. Ze łzami w oczach mówią:  Na Boga, generale, przyjdź ze swą armią zająć resztę naszego kraju. Daj nam szanse utworzyć własny rząd. Daj nam tę ostatnią szansę, żebyśmy mogli żyć, zanim będzie za późno, zanim Rosjanie zrobią z nas wiecznych niewolników. Mówią mi coś takiego i każdy z nich mi proponował, że będzie walczyć pod moim sztandarem i przyprowadzi swoich ludzi. (…) Na Boga, chciałbym ich do tego wykorzystać. Jeśli tego nie zrobię, będę się czuł jak zdrajca”. Nie zważając na konsternację, jaką wywołały jego słowa, Patton kontynuował: „Ci ludzie mają rację. Nie będą mieli szansy. Spisaliśmy ich na straty. Powinniśmy podrzeć te cholerne, podłe porozumienia z Sowietami i ruszyć prosto na wschodnie granice”.

W czerwcu 1945 roku, gdy pojawił się w ojczyźnie, witały go tłumy. Patton wyczuwał oczekiwania Amerykanów, widział ich nieufność wobec polityki Roosevelta. Z drugiej strony nie miał cienia wątpliwości. Był przekonany, że „tchórzliwe waszyngtońskie sukinsyny przeprowadzą demobilizację. Powiedzą, że znów zapewnili bezpieczeństwo demokracji na świecie. Rosjanie nie są frajerami, wykorzystają tę politykę do zwiększenia swoich wpływów na świecie.  Tymczasem wciąż toczyła się wojna z Japonią i walka o wpływy na Pacyfiku. Patton usilnie starał się o objęcie tam dowództwa, ale został mianowany wojskowym gubernatorem Bawarii. Jego polityka od razu wywołała kontrowersje. Najpierw wystąpił przeciwko repatriacji rosyjskich jeńców służących w oddziałach niemieckich (według Stalina „faszystowskich zdrajców”), a następnie zaprotestował przeciwko koncepcji przekształcenia Niemiec w państwo rolnicze.  Obawiał się, że w ten sposób uniemożliwi sie rozwój niemieckiej gospodarki, przez co kraj ten stanie się podatny na teorie komunistyczne i penetrację ze strony sowieckiej.

Z czasem, po wielu wypowiedziach  „nie licujących” z amerykańską strategią działania w Europie, Patton stał się celem dla wielu ludzi z administracji Białego Domu, na czele z ówczesnym wiceprezydentem Dwightem Eisenhowerem. Robert Wilcox, autor książki „Cel: Patton” (Osssolineum, 2011), uważa wręcz, że „Ike” nigdy nie zostałby wybrany prezydentem, gdyby Patton dożył wyborów w 1953 r., mówiąc to, co mówił i co chciał jeszcze powiedzieć. Znał sekrety, które zrujnowałyby niejedną karierę, na czele z karierą Eisenhowera, którego oskarżał, że aby zadowolić sowieckiego sojusznika, poświęcił życie tysięcy amerykańskich żołnierzy. Celowo powstrzymywał bowiem ofensywę na froncie wschodnim, aby amerykańskie wojska nie weszły na teren przyznanej Związkowi Sowieckiemu „strefy wpływów” (Amerykanie zjawili się na przedmieściach Berlina już 13 kwietnia, ale dostali rozkaz wstrzymania ofensywy). To znacznie przedłużyło wojnę, a co więcej zmniejszyło też zasięg terytorialnych zdobyczy U.S. Army. Według generała to Amerykanie mogli zająć Berlin i wyzwolić Pragę. Zirytowany tym wszystkim Patton, po powrocie do Stanów planował porzucić armię i iść na wojnę z komunistami. Te przypuszczenia i zapowiedzi doprowadziły do jego śmierci.

Wilcox nie ma wątpliwości, że tragiczna śmierć Pattona, nie była przypadkiem i stały za nią połączone służby NKWD i amerykańskiego wywiadu. Przypomnijmy, że Patton zmarł w szpitalu wojskowym na terenie okupowanych Niemiec 21 grudnia 1945 roku. Dwa tygodnie wcześniej, w dniu, w którym miał odlecieć do Stanów Zjednoczonych, generał miał poważny wypadek samochodowy. Jego cadillac został staranowany przez wojskową ciężarówkę. W szpitalu, pomimo poważnych obrażeń, stan Pattona szybko się ustabilizował, a następnie znacznie poprawił. Mimo to niespodziewanie zmarł.

– Ta śmierć od razu była podejrzana, ale nie było nikogo, kto by rzetelnie mógł tę mistyfikację opisać – twierdzi Wilcox, który dopiero pod koniec lat 90. dotarł do agenta z czasów wojny Douglasa Bazaty. Ten ujawnił, że w 1945 roku otrzymał rozkaz, aby wyeliminował Pattona. Zlecenie miało przyjść od Williama Donovana, ówczesnego szefa amerykańskiego wywiadu (Biuro Służb Strategicznych, OSS).  Bazata miał umyślnie spowodować wypadek, a następnie postrzelić generała w kręgosłup. Właśnie ten strzał ma tłumaczyć, dlaczego innym pasażerom samochodu nic się nie stało. Gdy okazało się jednak, że zamach się nie udał i Patton zaczął dochodzić do zdrowia, robotę mieli dokończyć zabójcy NKWD. Generał został uśmiercony przez nich za pomocą zastrzyku z trucizną. Wszystko to za zgodą Amerykanów. Potwierdzeniem relacji agenta OSS jest kwerenda wykonana przez Wilcoksa w amerykańskich archiwach.  Autor uważa, że kluczowe dokumenty dotyczące śledztwa w sprawie „wypadku samochodowego” generała zostały z nich usunięte. Ponadto kierowca ciężarówki, która rozbiła jego cadillaca, został natychmiast przeniesiony do Wielkiej Brytanii, zanim zdążono go przesłuchać. Sam cadillac generała, wystawiony na ekspozycji  w muzeum w Fort Knox, okazuje się nie być tym cadillakiem. W którymś momencie pojazdy zostały podmienione i zwiedzający oglądają zupełnie inną maszynę niż tą, którą jeździł Patton.

Wojciech Stańczyk

Więcej o generale Georgu Pattonie:

Terry Brighton:  Gry wojenne. Patton, Monty i Rommel. Wydawnictwo Znak. Litera Nova, 2011

Starcie trzech największych dowódców II wojny światowej. Walczyli ze sobą na kilku frontach, w tym właśnie w Afryce. Doskonała analiza postaci, wiele ciekawostek z życia każdego z nich, jak i przykładów wzajemnego szacunku i animozji (to między Pattonem i Montgomerym). Tytani wojny pancernej i militarni geniusze. Gdyby postawić ich na jednym ringu, polałaby się krew. W “Grach wojennych” Terry Brighton pokazuje, jak historia i losy całych armii zależą od emocji i wielkich ambicji charyzmatycznych dowódców.

Robert K. Wilcox: Cel: Patton, Ossolineum 2011

George Smith Patton był postacią bardzo kontrowersyjną. Po wojnie, kiedy został gubernatorem Bawarii, słynne stały się jego niedyplomatyczne, niecenzurowane wypowiedzi dla prasy. Śmierć Pattona w efekcie wypadku samochodowego w 1945 r. w Niemczech do dziś budzi wiele wątpliwości. Czy dokonano zamachu? Kto mógł być zleceniodawcą? Robert K. Wilcox dociera do naocznego świadka wydarzeń oraz nieujawnianych dotąd dokumentów. Książka, prezentująca zarazem bezkompromisowe działania służb specjalnych, rzuca nowe światło na tę zagadkową sprawę. Autor jest amerykańskim pisarzem, dziennikarzem i wydawcą; interesuje go historia najnowsza i współczesne konflikty militarne.

Wojny Mussoliniego

W jednym z odcinków kultowego serialu „Jak rozpętałem II Wojnę Światową” główny bohater, Franek Dolas, ląduje nagle w sercu włoskiej jednostki wojskowej. Przekaz filmowy życia żołnierskiego w tym obozie jest prosty: bałagan, brak zorganizowania i rozpowszechniona prostytucja.Taki obraz sił zbrojnych Italii, wykreowany jeszcze przez alianckich propagandystów, przetrwał do dzisiaj. Tymczasem rzeczywistość była zupełnie inna.  Włosi prowadzili zaawansowany program nuklearny (z planem zrzucenia ładunku jądrowego na Nowy Jork włącznie), mieli niekonwencjonalne metody walki oraz doskonały sprzęt wojskowy własnej produkcji. Frank Joseph, znany amerykański autor specjalizujący się w tematyce historyczno-wojskowej,  przekonuje, że wcale nie było tak, że Mussolini był kulą u nogi Hitlera. Był pełnoprawnym partnerem. Hitler doceniał jego umiejętności, w tym strategiczne myślenie, miał też bardzo dobre zdanie na temat włoskiej myśli technicznej w zakresie uzbrojenia.

   Frank Joseph: Wojny Mussoliniego

Historię piszą zwycięzcy. Tę myśl, przypisywaną niekiedy Goebbelsowi, należałoby przywołać na wstępie i dodać do niej, że przegrani też mają prawo do tworzenia swojej. Bo książka Franka Josepha, w miarę jej zgłębiania pozostawia nieodparte wrażenie, że autor uległ czarowi Duce, a nawet stara się go wybielić. Tymczasem, i trzeba to wyraźnie zastrzec, Mussolini nigdy nie przestał być faszystą, jego rządy niemal od zarania były totalitarne i nie cofał się przed likwidacją swoich przeciwników.  Autor stara się jednak forsować myśl, że wszelkie wypaczenia oraz niepowodzenia były rezultatem niedoinformowania wodza, że do wielu niefortunnych zdarzeń mogłoby nie dojść, gdyby sztabowcy nie okłamywali Mussoliniego. Za taką akcję, której nie byłoby, gdyby Mussolini wiedział o faktycznych siłach swoich i przeciwnika, Joseph uznaje np. nieudany atak na Grecję.  Krótko mówiąc trzeba miec jednak pewien dystans do tez autora, gdyż książka jest naprawdę nieźle napisana, zawiera mnóstwo liczb i faktów, a przez to może nasunąć nie całkiem słuszne konstatacje. Trudno orzec czy zamierzone przez autora.

70. rocznica kampanii pustynnej w Afryce Północnej

W 1942 roku operacje wojskowe na Czarnym Lądzie, a właściwie w rejonie basenu Morza Śródziemnego, wkraczać zaczęły w decydującą fazę. Siły włosko-niemieckie zdawały się reprezentować niepokonane połączenie. Pewni siebie i wyposażeni w ulepszona broń, dowódcy Osi zaprzysięgli odejście od podstępnych strategii defensywnych, które frustrowały przeciwnika. Szykowali się do objęcia kluczowych miast, w tym samego Kairu. „Wiem, że nie proponuję wam wiele: piasek, upał i skorpiony, ale dzielimy to wszystko razem. Jeszcze jeden, ostatni wysiłek i będziemy w Kairze” – mówił do swoich podkomendnych feldmarszałek Erwin Johannes Rommel, legendarny Lis Pustyni, dowódca  Deutsches Afrikakorps (DAK). Jednak to nie sam Kair był celem Rommela. Pokonanie wojsk alianckich miało pozwolić przedostać się na Bliski Wschód i via Syria, Irak, Iran i Armenię, dotrzeć na Kaukaz. Stamtąd Lis Pustyni miał wkroczyć do Rosji i uderzyć na Sowietów.

Pierwsi żołnierze Afrikakorps pojawili się w Libii 11 lutego 1941 r. Włosi zaczynali słabnąć, ponosili kolejne porażki, dodatkowo wdarła się w ich szeregi demoralizacja. Kulminacją kryzysu była klęska pod Beda Fomm, gdzie gen. O’Connor kompletnie rozbił włoską armię. Jednak, wbrew wydawałoby się wszelkim przeciwnościom, nieliczne jeszcze oddziały DAK, dowodzone przez anonimowego generała, uderzyły na Cyrenajkę. Przez kolejne 18 miesięcy DAK, wraz z odziałami włoskimi, walczył przeciw oddziałom brytyjskim i Brytyjskiej Wspólnoty Narodów z olbrzymia determinacją, wywalczając nadto niesamowitą popularność swemu dowódcy. Rommel obrósł legendą wybitnego oficera, dumnie i w ciężkich warunkach frontowych walczącego za swoja ojczyznę. Jego mit kultywowany był zresztą jeszcze całe dziesięciolecia po zakończeniu II WŚ.

Na początku 1942 r. siły włosko-niemieckie przystąpiły do kolejnej ofensywy, odbijając m.in. Beda Fomm oraz wkraczając do Bengazi. Wkrótce potem rozpoczęło się oblężenie Gazali, wskutek którego Brytyjczycy, tracąc 1400 żołnierzy, czterdzieści czołgów i wiele sztuk artylerii polowej, zmuszeni zostali do poddania tego strategicznego portu. Brytyjska armia pustynna kurczyła się z miesiąca na miesiąc. Dopiero w czerwcu sztab dowodzący kampanią zauważył, że trzeba za wszelka cene wydostać sie z tego położenia, gdyż niechybnie zmierza ona ku katastrofie. 5 czerwca ruszyła kontrofensywa pod nazwą Aberdeen. Wojska brytyjskie okrążyły niemiecką 15. Brygadę i zagroziły jej całkowitym zniszczeniem. Ostatecznie wojska niemieckie i włoskie odparły atak, przeprowadzając następnie zmasowaną ofensywę lotniczą na Tobruk, ale był to sygnał, że królewska armia jeszcze nie złożyła broni.  Pod koniec miesiąca, niespodziewanie, Rommel ugrzązł pod El-Alajmen (tzw. I Bitwa pod El-Alamejn). Bitwa nie przyniosła jeszcze rozstrzygnięcia. Jej przebieg pokazał jednak, że dowództwo brytyjskie nagle zaczęło uprzedzać ruchy DAK. Gdziekolwiek Rommel rzucił swoje czołgi, wszędzie czekały na niego wzmocnione dywizje i działa przeciwpancerne nieprzyjaciela. Przestał zaskakiwać. Przypadek, jeszcze większy geniusz operacji pancernych, tyle, że po drugiej stronie? Nic z tego! Do głosu doszły tajne alianckie służby, do których należała również, posiadająca doskonałych kryptologów, ekspozytura polskiego wywiadu, kierowana przez gen. Mieczysława Słowikowskiego „Rygora”.

Po wielu miesiącach analiz polskim kryptologom udało się znaleźć klucz do odczytywania niemieckich raportów (system ULTRA secret). Kiedy Rommel podjął próbę zajęcia wzgórza Alam el Halfa czekały na niego wzmocnione oddziały alianckie. W cztery dni DAK utracił 2450 żołnierzy, 49 czołgów i 50 dział pancernych, a kierujące się wskazówkami ULTRY patrole morskie na Morzu Śródziemnym zaczęły rozbijać ściągające na odsiecz włoskie posiłki. Były to znaczne straty, ale jeszcze nie takie, by DAK nie mógł przechylić szali zwycięstwa na swoja stronę. Jednak 23 września, pracujący nad strategią kolejnego uderzenia feldmarszałek nagle zasłabł. Samolotem wywieziono go do Europy, by tam, w którychś ze szpitali dojść do zdrowia. Fakt ten nie uszedł uwadze Brytyjczykom. Gdy tylko gen. Bernard Montgomery wszedł w posiadanie informacji o udaniu się Rommla na rekonwalescencję, rozpoczął kolejną ofensywę pod El-Alamein (tzw. II Bitwa pod El-Alamein). Hojnie obdarzony amerykańskimi działami Montgomery przechylił ostatecznie szale zwycięstwa na swoja korzyść. Był to punkt zwrotny w kampanii pustynnej.

Abstrahując od wpływu choroby Rommla na losy II Bitwy pod El-Alamejn (zwaną również operacją Lightfoot) trzeba powiedzieć, że siły alianckie dysponowały już wtedy olbrzymia przewagą liczebną. 230 tysięcy żołnierzy Wspólnoty Brytyjskiej miało na przeciw siebie armię złożoną z 80 tysięcy Niemców i Włochów. Do boju wysłano ok. siedemset samolotów osi (w tym 330 myśliwców i bombowców nurkujących), podczas gdy alianci dysponowali około tysiącem samych samolotów szturmowych. Siły pancerne to 210 niemieckich czołgów i 280 włoskich czołgów lekkich kontra 1230 Shermanów, Grantów, Lee, Crusaderów… Do tego ULTRA, dzięki której alianci wiedzieli o poczynaniach DAK zanim padł rozkaz pierwszego strzału…

CDN

Wojciech Stańczyk

Polecana literatura:

Frank Joseph: Wojny Mussoliniego, Wydawnictwo Bellona 2012

II wojna światowa w literaturze historycznej sprowadzana jest zwykle do starcia pomiędzy Wielką Brytanią, Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim z jednej strony oraz Trzecią Rzeszą z drugiej, mogącą liczyć, co najwyżej na garstkę nieudolnych sojuszników, którzy częściej wchodzili jej w drogę niż pomagali w odnoszeniu sukcesów. Za przykład szczególnego nieudacznika i istnej kuli u nogi Adolfa Hitlera uchodzi najczęściej włoski przywódca, Benito Mussolini. Ten jednowymiarowy, prześmiewczy obraz lidera państwa faszystowskiego wykreowali jeszcze w trakcie wojny alianccy propagandziści. Frank Joseph postawił sobie za cel udowodnienie, że w rzeczywistości sytuacja była
o wiele bardziej złożona. Benito Mussolini był równoprawnym uczestnikiem II wojny światowej
i utalentowanym strategiem, a Włosi pod wieloma względami przodowali w rozwoju techniki wojskowej. Czy Mussolini mógł wygrać swoją wojnę? Z pewnością był bliżej zwycięstwa, niż wynikałoby to z tradycyjnych opracowań historii politycznej i militarnej.

Mieczysław Słowikowski „Rygor”: W Tajnej Służbie. Jak Polski Wywiad Dał Aliantom Zwycięstwo w Afryce Północnej , Wydawnictwo Rebis 2011

Sensacyjne wspomnienia generała Mieczysława Słowikowskiego pseudonim „Rygor”. Oficer przedwojennej „Dwójki” po klęsce Francji z własnej inicjatywy organizuje świetnie działające szlaki przerzutowe dla polskich żołnierzy chcących kontynuować walkę w Anglii.  Od maja 1941 do września 1944 r. jest szefem ekspozytury polskiego wywiadu w Afryce Północnej, gdzie współpracuje m.in. z majorem Ciężkim, członkiem zespołu, który złamał szyfry Enigmy. Pod przykrywką zamożnego biznesmena prowadzi śmiertelnie niebezpieczną grę z władzami Vichy i niemieckimi tajnymi służbami. Wraz ze swymi agentami zbiera informacje, które okazały się kluczowe dla sukcesu operacji „Torch” – lądowania aliantów w Afryce Północnej 8 listopada 1942 r.

Pier Paolo Battistelli: Afrikakorps Rommla od Tobruku do El Alamein , Wydawnictwo Bellona 2010

W 1940 roku brytyjska ofensywa na Pustyni Zachodniej doprowadziła do wielkiej, militarnej katastrofy wojsk włoskich. Na początku 1941 r. Cyrenajka została przez nie utracona, a niemiecka pomoc okazała się konieczna, aby zapobiec utracie Libii. 14 lutego 1941 r. pierwsze wysunięte eszelony oddziałów niemieckich zaczęły w błyskawicznym tempie docierać do portu w Trypolisie, rozpoczynając niemiecką kampanię w Afryce Północnej, która trwała 27 miesięcy. Książka ta opisuje złożoną i często zmieniającą się organizację i strukturę niemieckich sił zbrojnych w Afryce Północnej.

Terry Brighton:  Gry wojenne. Patton, Monty i Rommel. Wydawnictwo Znak. Litera Nova, 2011

Starcie trzech największych dowódców II wojny światowej. Walczyli ze sobą na kilku frontach, w tym właśnie w Afryce. Doskonała analiza postaci, wiele ciekawostek z życia każdego z nich, jak i przykładów wzajemnego szacunku i animozji (to między Pattonem i Montgomerym). Tytani wojny pancernej i militarni geniusze. Gdyby postawić ich na jednym ringu, polałaby się krew. W „Grach wojennych” Terry Brighton pokazuje, jak historia i losy całych armii zależą od emocji i wielkich ambicji charyzmatycznych dowódców.

Przewodnik po powstańczej Warszawie

To zaskakujące jak wiele miejsc dziesiątkom jeszcze żyjących warszawiaków kojarzyć się może z tamtymi dniami, z gorącym latem i bardzo ciepłą jesienią 1944 roku.  I równie zaskakujące jak wielu z tych, którzy mijają wyraźne ślady tamtych wydarzeń, nie zdaje sobie z tego sprawy. „Przewodnik po powstańczej Warszawie” Jerzego S. Majewskiego i Tomasza Urzykowskiego wychodzi na przeciw dynamicznie się rozwijającej gałęzi turystyki: turystyki historycznej i pozwala czytelnikowi odbyć wędrówkę śladami starć, potyczek i miejsc pamięci Powstania Warszawskiego.

   Jerzy S. Majewski Tomasz Urzykowski: Przewodnik po powstańczej Warszawie

Autorzy podzielili przewodnik na rozdziały odpowiadające poszczególnym dzielnicom stolicy. Żoliborz, Ochota, Mokotów, Wola… Widzimy dziesiątki miejsc wciąż niosących ślady kul zadanych w trakcie walk, popękanych murów, zacierających się napisów. Widzimy pamiątkowe tablice, pomniki, krzyże, zapoznajemy się z relacjami naocznych świadków, dokumentami i historycznymi zdjęciami (współpraca z Muzeum Powstania Warszawskiego).  Wszystko podane w zwięzłej formie, nie przegadane ani nie zlekceważone. Dokładnie tak sobie wyobrażam przewodnik turystyczny – właśnie ukierunkowany na historię, lokalność oraz kulturowość – w wersji współczesnej.

Od 27 września dostępna jest już dla zwiedzających stała ekspozycja w Muzeum AK w Krakowie (widziałem i bardzo polecam). Może dobrze byłoby w podobny sposób potraktować liczne przecież ślady kampanii ugrupowań powstańczych w innych regionach kraju. Powstanie warszawskie było hekatombą i rzezią na rzadko spotykaną skalę, ale ileż miast, miasteczek i wsi przypłaciło podobnym obróceniem w perzynę własnej tkanki ludzkiej i materialnej.  Warto pokusić się o podjęcie tej tematyki. Dla autorów „Przewodnika po powstańczej Warszawie” duże słowa uznania.

WS

73. rocznica powstania oddziału majora Henryka „Hubala” Dobrzańskiego

23 września 1939 roku Henryk Dobrzański, ps. Hubal, utworzył w Górach Świętokrzyskich Oddział Wydzielony Wojska Polskiego – pierwszy oddział partyzancki podczas II Wojny Światowej. Była to zarazem jedyna jednostka wojsk II Rzeczpospolitej, która nigdy się nie poddała i która nękała okupanta zanim zaczęły się rodzic zręby Państwa Podziemnego. Hubal poległ w walce 30 kwietnia 1940 r. w okolicach Anielina pod Opocznem. Jego oddział został otoczony przez 7 tysięcy żołnierzy niemieckich. W walce, podczas której Niemcy użyli czołgów, oddział uległ rozproszeniu, a poległego majora hitlerowcy wywieźli z pola bitwy. Do dziś nie są znane losy jego szczątków.

Henryk Dobrzański przyszedł na świat 22 czerwca 1897 r. w Jaśle w rodzinie ziemiańskiej o tradycjach patriotycznych. W 1912 r. Dobrzański wstąpił do Polskich Drużyn Strzeleckich, a w 1914 r. zakończył edukację w szkole realnej w Krakowie. W tym samym roku wstąpił do 2. Pułku Ułanów Legionów Polskich. Jako dowódca plutonu, a później szwadronu, brał udział w bitwie pod Rarańczą oraz walkach w obronie Lwowa. W latach 1919-1921 uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Za odwagę na polu walki został odznaczony czterokrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, a następnie Krzyżem Niepodległości. W 1926 roku rozpoczął służbę w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Rok później przeniesiono go do 18. Pułku Ułanów Pomorskich i awansowano na stopień majora. W latach 1930-1936 służył w 20. Pułku Ułanów w Rzeszowie, 2. Pułku Strzelców Konnych w Hrubieszowie oraz 4. Pułku Ułanów w Wilnie.

Jako znakomity kawalerzysta brał udział w wielu zawodach hippicznych o randze międzynarodowej; był członkiem polskiej reprezentacji jeździeckiej. W 1925 r. jego drużyna zdobyła w Nicei Puchar Narodów. W tym samym roku, podczas zawodów w Londynie, za osiągnięcia sportowe Dobrzański otrzymał od księcia Walii, Edwarda specjalną nagrodę – złotą papierośnicę. Dobrzański był również zawodnikiem rezerwowym w składzie polskiej ekipy na igrzyska olimpijskie w Amsterdamie w 1928 r.

We wrześniu 1939 r. Dobrzański został zastępcą dowódcy rezerwowego 110. Pułku Ułanów w Wołkowysku. Walczył z bolszewikami na Grodzieńszczyźnie. Gdy pod Kolnem rozwiązano pułk, 22 września Hubal wyruszył na czele 180 ułanów na odsiecz Warszawie. W okresie PRL ukrywano te fakty.

Od końca 1939 r. do wiosny 1940 r. oddział Dobrzańskiego stoczył z Niemcami wiele potyczek i bitew, m.in. pod miejscowościami: Cisownik, Huciska, Szałasy. Niemcy prowadzili działania odwetowe wobec ludności cywilnej mordując i paląc wiele wsi na szlaku działalności oddziału „Hubala”. Z końcem kwietnia 1940 r. oddział przeniósł się w lasy spalskie. 30 kwietnia podczas próby cichego przedarcia się przez kordon sił wroga, ułani wpadli w zasadzkę.  Oto jak opisują te wydarzenia biografowie Hubala Andrzej Dyszyński i Henryk Sobierajski:

Wieczorem 29 kwietnia już wiedział, że są okrążeni. Postanowił zmienić miejsce postoju i ruszył z osiemnastoma ludźmi w drogę. O świcie zatrzymali się w zagajniku koło wsi Anielin. Zmęczeni nocnym marszem, ułożyli się do snu. Na warcie pozostał kpr. Lisiecki „Zemsta”. Ale i jego sen zmorzył, a kiedy się obudził, stał przed nim Niemiec z karabinem. „Zemsta” szybko wyrwał mu broń i pobiegł do pchor. Ossowskiego, ten z kolei zaalarmował majora i zaraz cały oddział poderwał się na nogi. „Hubal” zarządził wycofywanie się, a wachm. Alickiemu rozkazał ubezpieczać od strony Pilicy. Wtedy rozległy się pojedyncze strzały, a chwilę później zagajnikiem wstrząsnęła seria niemieckiej broni maszynowej. Jedna z kul ugodziła majora śmiertelnie w serce.
Niemcy wreszcie unieszkodliwili „szalonego majora” – der tollen Major, jak o nim mówili. Wreszcie dopadli tego, który zadawał im ciężkie straty, ośmieszał ich, wychodząc z wielkich okrążeń i obław.
Zrobili „pamiątkowe” zdjęcia nad zwłokami. Później przewieźli ciało do koszar wojskowych Wehrmachtu w Tomaszowie Mazowieckim. Tutaj ślad się urwał i do dzisiaj nie wiadomo, gdzie Niemcy pochowali mjr. Henryka Dobrzańskiego.
Wieść o śmierci dowódcy pogrążyła hubalczyków w smutku. Kiedy wiadomość potwierdziła się, 4 maja 1940 roku definitywnie wydali komunikat następującej treści:
„[…] Dnia 30.04.1940 r. o godz. 5.30 rano, wskutek zdrady, Niemcy zaskoczyli oddział podchodząc krzakami dosłownie na kilka metrów ominąwszy nasze placówki. Po pierwszym strzale z naszej strony, ukryci Niemcy oddali serię strzałów, zabijając naszego dowódcę mjr. »Hubala« – Dobrzańskiego i kpr. »Rysia«.
Major »Hubal« nie żyje. […] Zginął człowiek, który swej przysięgi żołnierskiej nie złamał, honoru polskiego żołnierza nie splamił.
[…] Zostaliśmy my, tracąc w nim przyjaciela, ojca, a przede wszystkim w całym tego słowa znaczeniu dowódcę.
[…] Wiemy, że sami nie przywrócimy wolności, ale dla historii potrzebny jest dowód, że znalazł się w Polsce człowiek, który oparł się ogólnej psychozie strachu. Niech nasi następcy wiedzą, że nie wszyscy w tych tragicznych dla naszej Ojczyzny chwilach opuścili ręce, że był jeden, który honor żołnierza i Polaka cenił ponad życie. Ta świadomość dla przyszłych pokoleń warta jest i tych spalonych przez Niemców wsi, po bojach w pow. koneckim i tych niewinnych ofiar ludności cywilnej, w bestialski sposób pomordowanej.
Major »Hubal« nie żyje. Niech cały naród zda sobie sprawę, że stracił w nim jednego z najbardziej wartościowych ludzi. Ludzi, którzy czynami a nie słowami dowodzili swojej wartości”.

Polecana literatura:

Andrzej Dyszyński, Henryk Sobierajski: „Hubal” major Henryk Dobrzański 1897-1940, Wydawnictwo Rytm 2012

 

Słynny polski bombowiec zrekonstruowany!

Polskie Zakłady Lotnicze w Mielcu stworzyły wierną replikę przedwojennego polskiego bombowca „Łoś”. Samolot skonstruowany w latach 30. brał udział w II wojnie światowej. Do dziś ani jeden jego egzemplarz nie zachował się w dobrym stanie. ​Niestety, choć bombowiec jest odtwarzany w skali 1:1, maszyna nie będzie mogła latać. To tzw. model sylwetkowy – kształtem oraz wielkością przypomina autentyk, nie jest jednak budowany z oryginalnych części i nie zawiera odpowiedniego oprzyrządowania zapewniającego mu wzbicie się w powietrze. Model wzbogaci  przyzakładowe muzeum.

W 1934 roku trójka konstruktorów – Jerzy Dąbrowski, Piotr Kubicki oraz Franciszek Misztal – złożyła w Ministerstwie Spraw Wojskowych projekt średniej wielkości bombowca. Pomysł spotkał się ze sporym zainteresowaniem. Współgrał bowiem z popularną wówczas koncepcją, w myśl której to właśnie bombowce powinny stanowić główną siłę Wojsk Lotniczych. Bardzo szybko ruszyły prace nad prototypem. W grudniu 1936 roku doszło do oblotu pierwszego egzemplarza. Armia przekonała się do bombowca i rozszerzyła pierwotne zamówienie o kolejne maszyny.

– ,,Łoś” jak na owe czasy był samolotem nowoczesnym. Zyskał wysokie oceny nie tylko w Polsce, ale i za granicą – podkreśla prof. Bogusław Polak, historyk z Politechniki Koszalińskiej. Bombowiec był stosunkowo lekki, a przez to szybki. Mógł osiągać prędkość nieco ponad 400 km/h. Jego maksymalny zasięg przy małym obciążeniu został wyliczony na niemal trzy tysiące kilometrów. Był zdolny do przenoszenia bomb o łącznej masie 2500 kilogramów.

,,Łosie” były produkowane w fabrykach PZL w Warszawie oraz Mielcu. Do wybuchu wojny powstało 120 bombowców. Do jednostek trafiło 70. Maszyny służyły w dwóch dywizjach i były wykorzystywane m.in. do bombardowania niemieckich kolumn pancernych. – Nie był to najszczęśliwszy pomysł. Aby zbombardować znajdującą się w ruchu kolumnę, maszyny musiały lecieć stosunkowo nisko. Stanowiły łatwy cel – opowiada prof. Polak. Podczas Kampanii Wrześniowej wiele samolotów zostało zniszczonych. Część trafiło do Rumunii, gdzie tamtejsza armia po prostu je skonfiskowała. ,,Łosie” zostały potem użyte m.in. do bombardowania Koszyc, które należały wówczas do Węgier.

-,,Łosi” było zbyt mało, by mogły mieć realny wpływ na losy Kampanii Wrześniowej. Zresztą w tym czasie nasza armia była w fazie przezbrajania. Zakrojony na szeroką skalę projekt miał się zakończyć w 1944 roku. Wybuch wojny położył mu kres – tłumaczy prof. Polak. Po wojnie produkcja ,,Łosi” nie została wznowiona.

Łukasz Zalesiński/INTERIA.PL

Polecana literatura:

Tymoteusz Pawłowski: Lotnictwo lat 30. XX wieku w Polsce i na świecie. Wydawnictwo Rytm 2011
Obraz polskiego lotnictwa lat trzydziestych XX wieku na tle lotniczych dziejów Europy. Autor przedstawia polskie lotnictwo komunikacyjne, wojskowe i morskie. Prezentuje jego miejsce w polskich siłach zbrojnych oraz nakreśla obraz jego rozbudowy ze szczególnym uwzględnieniem lotnictwa bombowego. Prezentuje też tendencje rozwojowe europejskiego lotnictwa bombowego i myśliwskiego a także komunikacyjnego, w końcu sierpnia 1939 roku. Autor podjął się nadto próby oceny polskiego lotnictwa wojskowego w czasie kampanii wrześniowej 1939 roku.

Kobiety w służbie nazizmu

Niemieccy naziści byli okrutnymi, bezwzględnymi oprawcami, którzy nie liczyli się z ludzkim życiem. Ale ich kobiety w niczym im nie ustępowały, a niejednokrotnie były jeszcze gorsze. Taki podstawowy wniosek można wysnuć po lekturze „Sprawczyń”. Kathrin Kompisch rzetelnie rozprawia się z rolą kobiet w hitlerowskim przemyśle śmierci, ukazując, że nie były li tylko kurami domowymi, których celem było rodzenie jak największej liczby aryjskich dzieci, a przez to pomnażanie rzeczywistego potencjału III Rzeszy, ale również współdziałały w masowym ludobójstwie.

  Kathrin Kompisch: Sprawczynie

„Sprawczynie” to nie pierwsza książka poświęcona kobiecemu udziałowi w nazizmie. Dość wspomnieć chociażby głośną „Piękną Bestię”   Daniela Patricka Browna, poświęconą Irmie Grese, uznawanej za jedną z najokrutniejszych funkcjonariuszek SS w obozie Auschwitz-Birkenau, a także liczne prace poświęcone oprawcom sądzonym w procesach załóg obozowych (np. Bergen-Belsen i Ravensbrück). Praca Kompisch porządkuje ten dość obszerny, choć rozproszony materiał i gromadzi go w jednym miejscu, uzupełniając o takie zagadnienia jak udział kobiet w selekcji i eliminacji (opieka społeczna, służba zdrowia), prześladowaniach na okupowanych terenach (funkcjonariuszki gestapo, policjantki, urzędniczki),  wsparciu dla zbrodniarzy (matki i żony esesmanów) i wreszcie – niejako dla przeciwwagi – zaangażowanie w ruchu oporu i niesienie pomocy ofiarom hitlerowskich zbrodni. Autorka kreśli ponadto obraz zwykłych kobiet – matek, żon, córek, zmuszonych do biernego przyglądania się zaistniałej sytuacji, nie orientujących się do końca, co w tych mrocznych czasach działo się wokół nich. Jest też przypomnienie obowiązującego w ustawodawstwie małżeńskim III Rzeszy przymusu wykonywania badań w celu sprawdzenia przydatności do małżeństwa (słynna ustawa o ochronie krwi niemieckiej i niemieckiej czci z 15 września 1937 roku zakazująca – pod groźbą piętnastu lat więzienia – małżeństw mieszanych, tj. Aryjczyka z Żydówką). Osoby, które nie przeszły tych testów pomyślnie były poddawane sterylizacji. Autorka przypomina też osławione stowarzyszenie opiekuńczo-charytatywne Lebensborn (Źródło Życia), początkowo funkcjonujące w celu pomocy samotnym matkom, a w końcowej fazie, będące instytucją mającą zapewnić przyrost populacji czysto aryjskiej (dzięki kontaktom seksualnym starannie wybranych kobiet z reproduktorami z SS).

Pewnie nie każdy przebrnie przez makabryczne opisy dokonywanych przez „sprawczynie” zbrodni.  Lektura jest momentami wstrząsająca, zwłaszcza wypowiedzi samych zbrodniarek przed sądami, z których wynika, że główną pobudką do podjęcia zatrudnienia w obozach koncentracyjnych były dla nich dobre zarobki, a poziom okrucieństwa oddziaływał na dobrą opinię u pracodawcy. Przykładem modelowym takiej kariery jest Dorota Binz, nadzorczyni z Ravensbrück, która nigdy nie wyuczyła się żadnego prawdziwego zawodu,doskonaląc się za to w katowaniu więźniarek. W latach 1943-1945 pełniła nawet rolę „trenerki” przyszłych nadzorczyń. Binz na każdym kroku maltretowała osadzone i szczuła je psami, rozkazywała by godzinami stały na baczność, policzkowała je podczas przesłuchań, uderzała linijką. Binz dbała także by więźniarki cierpiały z głodu i zimna, a podległe jej funkcjonariuszki odznaczały się odpowiednią brutalnością. Budziła takie przerażenie, iż gdy pojawiała się na apelu, na placu zapadała śmiertelna cisza. Z jej „szkoły” wyszło wiele zbrodniarek, w tym m.in. Ruth Neudeck-Closius, jedna z najokrutniejszych sadystek Ravensbrück.

Kathrin Kompisch: Sprawczynie, Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2012, s. 416

Wojciech Stańczyk

%d blogerów lubi to: