Powrót Zyty Oryszyn


Nie sposób przejść obok tej książki obojętnie, a i skreślenie o niej paru słów nie jest rzeczą prostą, by nie popaść w banał i rutynę. Autorka podjęła się niezwykle trudnego i gorącego politycznie tematu, a więc powojennych wysiedleń i wielkiej wędrówki ludów XX wieku.

Zyta Oryszyn: Ocalenie Atlantydy, Świat Książki 2012

Oto biedna, wielopokoleniowa polska rodzina z ziem wschodnich dociera na Dolny Śląsk i tu urządza się na nowo. Nadzieja przeplatana ze strachem. Aura niepewności jutra, codzienne zmaganie się z rzeczywistością PRL-u na nieznanym sobie gruncie i wśród obcych ludzi – oto tło opowieści. Na pierwszym planie rozmaite osobowości, o różnych temperamentach, różnym postrzeganiu rzeczywistości, czasem budzący litość, czasem śmiech, czasem odrazę i niesmak. Wszystko to opowiedziane wysublimowanym piórem, sposobem narracji przypominającym samego Wańkowicza. Ambitna literatura, która skłania do refleksji i pobudza do myślenia. Takie książki nie trafiają do świadomości masowego odbiorcy, który o tamtym czasie ma mgliste pojęcie. Jeśli jednak ten odbiorca na „Ocalenie Atlantydy” się natknie, to – z całą pewnością – pojmie czym tak naprawdę wysiedlenia były  i jak kształtowała się powojenna rzeczywistość. Widać ją zarówno oczami Polaków, jak i Niemców.

Młodszym czytelnikom nazwisko Oryszyn nie powie wiele. Autorka debiutowała w 1970 r. książką „Najada”, po której wydała jeszcze „Melodramat” (1971) oraz „Gaba-Gaba czyli 28 części wielkiego okrętu” (1972). I zniknęła. Niemal na całą dekadę. Wtedy, w 1981 r., objawiła się „Czarną iluminacją” (1981) w podziemnym wydawnictwie NOWA 0raz „Madam Frankensztajn” (1984) i znów zamilkła, tym razem na lat sześć, gdy w PoMoście ukazała się „Historia choroby, historia żałoby” (1990).  Po niej znów kazała o sobie zapomnieć, tym razem aż na 22 lata. Niektórym przypomni się opowieść o Edwardzie Stachurze, któremu żona chciała podarować dwa swoje palce, gdy pociąg odciął mu cztery własne. Tą żoną była właśnie Oryszyn. Według Janusza Andermana, którego wypowiedź przytacza wydawca na okładce, głos autora po tylu latach można nazwać debiutem, bo to już nie tylko inna rzeczywistość, ale zupełnie inny twórca. Nie do końca się z tym zgodzę, wszak – co oznajmia czytelnikom autorka – książka była pisana szmat czasu, a obszerne jej fragmenty stanowią utwory napisane jeszcze w drugim obiegu (plus rozdział „Cudza skóra czyli historia choroby, historia żałoby”). Jest to więc raczej próba przypomnienia się czytelnikowi, być może zapowiedź kolejnego tytułu, sygnał, że Zyta Oryszyn wróciła z dalekiej podróży. Miejmy taką nadzieję.

Przywołałem Wańkowicza nieprzypadkowo. „Ocalenie Atlantydy”, tak w warstwie emocjonalnej, jak i literackiej, nieodparcie nasunęło mi skojarzenia, najpierw z „Zielem na kraterze”, a potem z „Na tropach Smętka”. Z jednej strony Polska, której nie ma, owa zatopiona Atlantyda, z takim sentymentem wspominana przez Wańkowicza, a z drugiej strony Polska, którą „podarowali” Polakom alianci. Obca, inna, strasząca smętkami, budząca lęk. Oczami jednej z bohaterek (Babki) widzimy tę rzeczywistość tak:

Miasto okazało się czymś dziwacznym, zamiast piaszczystej drogi, była w nim brukowana ulica. Po obu jej stronach nie rosły żadne sosny, tylko stały rzędem kamienice. Po wodę nie chodziło się do rzeki, ale do kranu, kran się odkręcało i zakręcało i trzeba się było codziennie myć, a jeść nie z garnka czy patelni, ale (…) z porcelany. Nie było stodół, tylko drewniane komórki. W takiej komórce mieścił się tylko węgiel, za ciasno w niej było na sprytny schowek z wentylacją. Na fekalia i urynę było nie wiadro, ale osobny malutki pokoik z okienkiem, w pokoiku stało porcelanowe krzesło z dziurą, dziura była za mała, żeby się do niej wcisnąć.

W tych warunkach, gdy nie wiadomo było czy wojna nie wybuchnie na nowo, ów komfort był mniej ważny. Ważniejsze było bezpieczeństwo, a więc możliwość ukrycia się i ucieczki.  To podstawa, zawsze gdy czas niepewny. Zyta Oryszyn zdaje się to wciąż czuć – w przenośni dosłownie:

uciekać zawsze było przed czym. Ledwo się zapominało o jednym śmierdzącym moczem i rybimi łuskami strachu, a tu trzeba było się bać czego innego.

Jest coś w tych opowieściach. Coś nieuchwytnego, poruszającego. Oryszyn zdaje się gonić uciekający czas, to swego rodzaju  świadomość spóźnienia. Odchodzą świadkowie tamtej epoki, u części pewne zdarzenia się zacierają. Jak to ujmuje wybitny znawca Kresów prof. Stanisław Nicieja, świadkowie ci odchodzą w smugę cienia, a każdy miesiąc czyni spustoszenie w tkance pamiętających Atlantydę. Oryszyn sprawiła, że nad tym ważnym momentem dziejów, nie zapadła całkiem kurtyna. Atlantyda ocalała.

Wojciech Stańczyk

Reklamy

Posted on Październik 19, 2012, in II Wojna Światowa na Ziemiach Polskich, Komunizm, Lata powojenne, Skutki II Wojny Światowej, Wydawnictwo Świat Ksiązki. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: