Category Archives: Biografie

Sierow – sowietyzator Polski

Ta książka powinna się stać lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy uparcie propagują tezę, że wraz z przejściem przez Polskę Armii Czerwonej w latach 1944-45, przyniesiona została udręczonej Ojczyźnie upragniona wolność. Że Związkowi Radzieckiemu zawdzięczamy „wyzwolenie”. Nikita Pietrow, wicepr511-mediumzewodniczący Stowarzyszenia Memoriał, rosyjskiej organizacji dokumentującej zbrodnie czasów stalinowskich, w książce „Iwan Sierow – stalinowski kat Polski”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Demart, mówi jasno: nie! Działalność Sierowa na obszarach „wyzwolonych” potwierdza natomiast tezę, że wraz z „wyzwoleniem” Polska poddana została kolejnej, tym razem długotrwałej okupacji, której skutki odczuwalne są do dzisiaj.

Postać Iwana Sierowa, jaka wyziera z książki Nikity Pietrowa, nasunęła mi porównanie z dwoma postaciami. Jedną „zmyśloną” lejtnanta Michaiła Zubowa z „Zapisków oficera Armii Czerwonej” Sergiusza Piaseckiego, drugą jak najbardziej prawdziwą generała Michaiła „Wieszatiela” Murawjowa – bezwzględnego pacyfikatora Powstania Styczniowego. Obu łączyła przepełniona pochlebstwami służalczość wobec przełożonych, z tym, że o ile w przypadku tego pierwszego objawiała się ona na piśmie, to drugiego w czynach. Czynach okrutnych, krwawych, obmierzłych nawet dla innych zbrodniarzy, za które nie poniósł żadnej odpowiedzialności.
Iwan Sierow, pierwszy szef KGB to jedna z najczarniejszych postaci sowieckiego aparatu represji, wyjątkowy przykład prymitywnego i tępego urzędnika, który jakimś cudem dotarł na szczyt komunistycznej „wierchuszki”. Sam fakt wyspecjalizowania w fachu „pojmań, przesłuchań i rozstrzelań”, a przy okazji bycia lizusem, to trochę mało, by to racjonalnie wytłumaczyć, gdyż takich fachowców – albo i lepszych – Sowieci posiadali wielu. Mówią o tym przytaczani przez Pietrowa, współpracownicy Sierowa i historycy. Sam Stalin, dowiedziawszy się o metodzie, jaką Sierow pochwycił przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, miał powiedzieć o nim „prostak”. Podobnie otoczenie cara nazywało metody działania Murawjowa. Z obrzydzeniem przyjmowali informację, że Murawjow lubił brać udział w egzekucjach, a jego zasadą były słowa: „dobry Polak, to Polak powieszony”.
Skąd porównanie do Zubowa? Sierow miał upodobanie w pisaniu listów, których kilka znalazło się w aneksie do książki. Są to listy do Berii, Chruszczowa oraz samego Stalina. Zapewnia w nich o swojej wierności i niezmąconym szczęściu, jakim może być służba komunizmowi. „Służenie Tobie towarzyszu Stalin jest dla mnie jedynym prawem do życia”- pisze w jednym z nich.

Wojciech Stańczyk

ONI I WOJNA: J. R. R. Tolkien

Cykl tekstów „ONI I WOJNA” przedstawia sylwetki pisarzy i wpływ, jaki na ich twórczość i życie wywarła wojna. Zaczynamy od Johna Ronalda Reuela Tolkiena (1892-1973), którego 120. rocznicę urodzin obchodziliśmy w styczniu 2012 roku, zaś czterdziestą śmierci obchodzić będziemy za rok. Czeka poza tym już na swoją premierę film oparty na przygodach Bilbo Bagginsa, a więc długo wyczekiwany „Hobbit”.

J.R.R. Tolkien

Na froncie

Tolkien był weteranem I Wojny Światowej.  Wraz ze swoim 11. batalionem wziął udział w bitwie nad Sommą (lipiec-listopad 1916 r.), a więc w największej i najbardziej tragicznej  bitwie I WŚ, która pochłonęła ponad milion ofiar, w tym jego przyjaciela Roba Gilsona.  Tolkien był tym faktem zdruzgotany.  Podczas zaciekłych walk ludzie umierali wprawdzie na jego oczach, czuł zapach krwi i sam zabijał, ale nie stracił wcześniej nikogo równie bliskiego. Pisał, że miał wrażenie, jakby ktoś wydarł mu część jego przeszłości. Na froncie w północnej Francji Tolkien spędził pięć miesięcy. Został odesłany do kraju z objawami gorączki okopowej, której metody leczenia jeszcze nie znano. Po kuracji wracał na krótko do oddziału, by ponownie poddać się leczeniu. Choroba de facto wykluczyła go z dalszego udziału w wojnie. Gdy zaczęła się zbliżać II Wojna Światowa Tolkien wstępował właśnie na niwę literacką. W 1937 roku, roku pełnym tragicznych zdarzeń – takich jak bombardowanie Guerniki  czy japoński desant na Szanghaj – ukazuje się „Hobbit”. Książka przyjęta została entuzjastycznie, choć początkowo na wielki sukces się nie zanosiło. Wydawca widział jednak jak olbrzymi talent drzemie w piórze Tolkiena i usilnie namawiał go do kontynuacji przygód Bagginsa. Pisarz wiedział, że nie może zwlekać, ale prace nad nową książką co rusz utykały w martwym punkcie. Musiało minąć 12 lat, by dzieło to, które początkowo miało nosić tytuł „Nowy Hobbit”, wykrystalizowało się  w dzieło, które znamy jako „Władcę pierścieni”.

Wojna w zaciszu gabinetu

Tolkien pracował nad „Władcą pierścieni” wytrwale, miewał krótsze lub dłuższe przerwy w pisaniu, jednak nie miał – jak sam powtarzał – wykrystalizowanej koncepcji biegu zdarzeń. Nie wiedział też jak dużą będzie książka miała objętość. Gdy we wrześniu 1939 r. bohaterowie powieści, hobbici, docierali do Rivendell, na kontynencie wybuchła II WŚ. W swoim gabinecie w Oxfordzie, sporym wysiłkiem woli, próbował wymazać tę ponurą rzeczywistość i zanurzyć się w fantastyczny świat Śródziemia, choć i to napotykało na problemy (np. brakowało papieru). Tolkienowskie odczucia związane z wojną, podzielane przez prawie wszystkich jego przyjaciół, scharakteryzować można w kilku słowach: niedorzeczność, marnotrawstwo życia, czasu i energii. Czy świat nie wyciągnął lekcji z poprzedniej wojny? Tolkien nie lubił określenia Brytyjczyk i zawsze podkreślał, że jest Anglikiem. Nie akceptował imperium brytyjskiego i Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Nienawidził faszyzmu i gardził Hitlerem, nazywając go przeklętym, małym ignorantem. Wściekał się, że wielki naród niemiecki dał się zdeprawować takiemu indywiduum.  Był m.in. oburzony listem, jaki w 1938 r. jego wydawca otrzymał z niemieckiego wydawnictwa chcącego zakupić prawa do „Hobbita”, w którym zapytywało czy aby na pewno Tolkien jest Aryjczykiem. O dziwo, mimo ostrej reakcji pisarza, Niemcy odkupili prawa do przekładu. Wojna spowodowała spowolnienie pracy nad książką. W 1940 r., w trzy lata od rozpoczęcia pisania, dotarł jedynie do połowy tego, co ostatecznie stać się miało księgą drugą „Władcy Pierścieni”.  Gdy drużyna elfów, hobbitów, krasnoludów i ludzi odkrywała właśnie grobowiec Balina, autor wstrzymał pisanie. Przerwa trwała rok i mogła mieć związek z chorobą syna Michaela, który w styczniu 1941 został poważnie ranny (był artylerzystą w baterii przeciwlotniczej w Oxford). Na domiar złego rok później magazyn wydawnictwa, zawierający zapas egzemplarzy „Hobbita”, został zniszczony podczas nalotu. Rezultatem całego zamieszania było kolejne wstrzymanie prac. Tolkien był w tym momencie tak uwikłany w szczegóły, że stracił z oczu wątek główny. Synowi Christopherowi, który również służył w RAF-ie, zwierzył się,  że każda strona to tortura, a do przodu brnie z dużym mozołem. Czy jednak ten trud, okoliczności wojny, bunt wobec totalitaryzmów XX wieku nie był najbardziej ożywczym tchnieniem dla takiego, a nie innego poprowadzenia fabuły i ostatecznego zakończenia „Władcy Pierścieni”? Czy Wojna o Pierścień może stanowić odbicie II Wojny Światowej? Tolkien zaprzeczał podejrzeniom, że dzieło jest alegorią i radził, by nie doszukiwać się odniesień czy porównań.  Śledząc jednak losy bohaterów oraz zdarzenia opisane w książce nie sposób tego uniknąć.

Władca Pierścieni

Biograf Tolkiena Michael White twierdzi, że odniesienia narzucają się same. Są przynajmniej trzy oczywiste: posłużenie się czernią i bielą w celu określenia dobra i zła; obfitość spółgłosek gardłowych w języku orków, co może sprawiać wrażenie skrajnego zniekształcenia potocznej niemczyzny; i, co najbardziej znaczące, usytuowanie wojujących nacji na obszarze Śródziemia. Ponadto jest szereg subtelnych, ale samo narzucających się alegorii, które wychwycimy, o ile posiadamy szerszą wiedzę historyczną. Np. naradę u Elronda (II Księga), podczas której tak potężne postaci jak Elrond z Gandalfem konstatują, że dopiero niedawno pojęli rozmiary zagrożenia ze strony Saurona, można odczytywać jako zarzut pod adresem Wielkiej Brytanii i jej sojuszników za kiepskie przygotowanie do wojny. Hitler zbroił się na wiele lat przed wybuchem wojny i można było przewidzieć, że w konkretnym celu (rozdział ten Tolkien napisał na początku września 1939 r.). Rayner Unwin, właściciel wydawnictwa, w którym Tolkien opublikował „Władcę Pierścieni” wysunął nadto przypuszczenie, że już sam Pierścień Władzy nasuwa skojarzenia z wagnerowskim Pierścieniem Nibelungów, który przecież, jak dowiedziono, „natchnął” Hitlera do myśli o władaniu nad światem i prymacie rasy nordyckiej nad innymi. Według niektórych zwolenników alegorii Mordor to jednak nie Niemcy, a bolszewicka Rosja. Tolkien, choć nie interesował się bliżej polityką, krytykował komunizm i w sojuszu ze Stalinem dostrzegał zagrożenie, a nie pomysł na doprowadzenie do pokoju. Tolkien zdecydowanie odcinał się od tych spekulacji. Przyjaciołom mówił, że więcej natchnienia czerpał z wiary i religii (był gorliwym katolikiem), a fabuła „Władcy Pierścieni” epizodycznie odzwierciedla jego przeżycia z czasów wojny i to bardziej I WŚ, w której przecież  walczył. Przyznał m.in., że  Sam Gamgee uosabia dobrego, rzetelnego i lojalnego żołnierza, takiego jakimi byli jego towarzysze broni znad Sommy. Dlaczego zatem autor tak stanowczo odrzucał sugestie o alegoryzm „Władcy Pierścieni”? White wysnuwa teorię, że nawiązania do świata, w którym miały miejsce dramatyczne wydarzenia, trafiły do jego dzieła bez świadomego zamysłu. Gdy siadał do pisania, przez Europę przetaczały się czołgi, a świat zaczęła ogarniać przemoc. Dopiero gdy czytelnicy zaczęli odnajdywać analogie, zdał sobie sprawę z obecności mimowolnych elementów alegorycznych i, tylko z sobie znanych powodów, postanowił odpierać takie sugestie.

Wojciech Stańczyk

Literatura tematu: Andrew Murray: Zagadki Tolkienowskie, Wydawnictwo Amber 2012 1200 pytań oraz odpowiedzi dotyczących twórczości i biografi i J.R.R. Tolkiena, dzięki którym sprawdzimy i poszerzymy swoją wiedzę o zdumiewającej krainie fikcji autora Hobbita, Władcy Pierścieni i Silmarillionu. Michael White: Tolkien biografia, Rebis 2003 Autor biografii skrupulatnie opisał całe życie pisarza – dzieciństwo w Afryce Południowej i West Midlands, tragiczną, przedwczesną śmierć rodziców, burzliwy związek z Edith Bratt, pobyt na froncie I wojny światowej, gdzie podczas bitwy nad Sommą Tolkien zapadł na gorączkę okopową, lata spędzone na pracy akademickiej na Oksfordzie, przyjaźń z C. S. Lewisem i dwuznaczne skutki hobbitomanii, która wybuchła w latach sześćdziesiątych.

Przed aron ha-kodesz

Lizzie Doron: Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? WWL Muza, 2012

Aron ha-kodesz (j. hebr. „święta szafa”) to miejsce w synagodze, w którym przechowuje się zwoje Tory. W ten właśnie sposób Helena, główna bohaterka książki Lizzie Doron, nazywała część swojej szafy, do której nikt inny nie miał dostępu, a wejścia do niej strzegł mały zardzewiały klucz noszony przez bohaterkę cały czas przy sobie. O tym, co skrywa szafa, jaką przechowuje tajemnicę, jej córka Elizabeth (alter ego Lizzie Doron) dowie się dopiero po wielu latach, gdy Helena rozpocznie swoją „ostatnią życiową podróż”, to znaczy dozna udaru mózgu, a w konsekwencji – jak ujmuje to autorka – przeniesie się „ze świata doczesnego do tego, który nadchodzi po nim”.  Piękna i wzruszająca opowieść córki o swojej matce. Kilkanaście z pozoru błahych opowiastek, ukazujących jak wielkie piętno na życiu tej kobiety wywarł czas II Wojny Światowej i widok okropności, których sama doświadczyła. Opowiastek z przeszłości, dopełnionych niekiedy refleksją jak najbardziej współczesną, rozjaśniającą tajemniczy świat, w którym żyła bohaterka.

Helena to żydówka ocalała z holokaustu, która po wojnie trafia do Izraela. O swojej przeszłości mówi niewiele, a i to w sposób zawoalowany, nie wprost i raczej skłaniający do samodzielnego wyciągania wniosków. Pochodzę „stamtąd” – zwykła obrazowo odpowiadać, gdy już ktoś o jej przeszłość zapytał, czasem dopowiadając, że z „wielkiego miasta”.  Pod koniec książki dowiemy się, że stamtąd to Polska, a wielkie miasto to Kraków, choć właściwym miejscem urodzenia Heleny jest jakaś podkrakowska wieś.  Pod koniec książki dowiemy się też, gdzie dokonała się stygmatyzacja psychiki kobiety i z jakim miejscem wiążą się np. jej koszmary senne.  To Buchenwald. „Pamiątki” po okresie pobytu w obozie koncentracyjnym Helena skrywała przez całe życie w swoim symbolicznym aron ha-kodesz,  w zamkniętej dodatkowo na kłódce walizce. „W walizce – pisze Doron – znalazłam robaki, larwy, pasiak, w którym było więcej dziur niż materiału, żółte łaty, chodaki i zapach śmierci”.

Książka nie jest jeszcze jednym świadectwem okropności holokaustu, nie zawiera drastycznych opisów obozowego życia. Helena nie epatowała tym córki, nie wyjawiała szczegółów, choć strzępy takich informacji gdzieniegdzie – również nie wprost i raczej w sposób niezamierzony – zdarzyło się jej ujawnić. Jest natomiast oskarżeniem wobec samych Żydów, mieszkańców Izraela, dla których shoah nie stanowi wyrazu męczeństwa narodu w jego faktycznym wymiarze, lecz jest paradoksalnie symbolem wyższości nad innymi nacjami, a cierpienie dotkniętych nim osób zdaje się być mniej ważne od fasadowej religijności i obrzędowości.  Najdobitniej wyraża się to chyba w opisie święta Jom Kipur, gdy zjawiała się w pobliskiej osiedlowej  synagodze, by odbyć jizkor (modlitwę w intencji zmarłych). Wywoływała tym zawsze poruszenie, gdyż modlitwę odprawiano przed aron ha-kodesz, miejscem do którego nie wolno było przystępować kobietom:

Na początku próbowali tłumaczyć:
– Pomyliłaś się, przejdź do pokoju obok.

Helena wyjaśniała patrząc im prosto w oczy:

– Nie pomyliłam się. Jestem w odpowiednim miejscu.

Zdecydowanym ruchem odwracała się plecami do modlących się, twarzą do aron ha-kodesz, i w ciszy rozlegał się jej donośny głos:

– Tutaj, przed tymi ludźmi, ja, Helena, przedstawicielka wymordowanej rodziny, przychodzę do Ciebie w imię straty jaką poniosłam, w imię roli, której sama nie wybrałam, by wspominać dusze zmarłych. Tylko Ty wiesz dlaczego akurat ja. Stoję tu zamiast nich. Gdyby żyli, to oni staliby przed aron ha-kodesz, a wtedy także ja byłabym na swoim miejscu.

Na granicy łez obracała się raptem i posyłała spojrzenie ludziom, przed chwilą wbijającym wzrok w jej plecy.

– Co się patrzycie? To w ogóle nie jestem ja. Jestem tymi wszystkim, których nie ma! (…) Wyczytam tylko imiona. (…)

Jej długie, smukłe palce podnosiły się jeden po drugim jak członkowie jakiejś poważnej komisji, jeden palec dla każdego imienia, dla każdego palca imię , a liczba wyprostowanych palców zgadzała się z liczbą imion. Lista Heleny była długa. W synagodze zapadała cisza. W grupie mężczyzn znać było, że gardła modlących się wyschły, w oczach pojawiła się zgroza. Po stronie kobiet chusteczki wysuwały się, by otrzeć płynące łzy. (…) Pod koniec nie było już słychać szlochu Heleny, lecz lament całego chóru. Na ostatek dziękowała wszystkim, którzy pomagali jej wypełnić przysięgę i wychodziła. (…) Tak działo sie co roku w Jom Kipur w osiedlowej synagodze.

Doron przywołuje też ostatnią drogę życia matki, gdy wraz z mężem stawiają się na cmentarzu, by pochować matkę. Są tylko we dwójkę.

– Przyszliśmy na pogrzeb Heleny – powiedzieliśmy ściszonym głosem do kantora (…)

– Obyście nie zaznali więcej smutku (…) Tylko wy dwoje?

– Tak.

– Ale potrzebny jest minian (modlitwa wykonywana przez minimum dwunastu mężczyzn – przypis WS) – zaprotestował zakłopotany.

– Także za życia – powiedziałam napastliwie – potrzebowała minianu, ale go nie było.

Kantor spuścił wzrok i nie pytał więcej.

Helena mieszała fantazję z rzeczywistością. Starała się zacierać dowody, a z drugiej strony nie umiała sobie poradzić z ciężarem przeszłości. Jej psychika była mocno wykrzywiona, ale dla Elizabeth nie było to ani powodem wstydu, ani zmieszania, ani wyrzutu. Kochała swoją matkę i zaciekle jej broniła. Zdecydowanie zaprzeczała wszelkim pomówieniom o jej pomieszanie zmysłów przysięgając zarazem przed czytelnikami, że wszystkie opisane historie są szczerymi i prawdziwymi opowieściami. Nie mamy powodów, by w to nie wierzyć.

Wojciech Stańczyk

Franklin D. Roosevelt i George Patton: przeciwstawne koncepcje

Jesień, 1932 rok. Kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych wkracza w decydującą fazę. Franklin D. Roosevelt szykuje się do objęcia Białego Domu, a jedną z pierwszych jego decyzji politycznych będzie uznanie przez USA Związku Sowieckiego i nawiązanie z nim stosunków dyplomatycznych. Ten fakt, którego elementem będzie legitymizacja zbrodni stalinowskich i udzielenie poparcia Stalinowi, spowoduje, że przejdzie do historii  jako symbol amerykańskiej obecności na frontach II Wojny Światowej. Czy flirt ze Stalinem musiał jednak przybrać tak przykre, chociażby dla Polski,  rezultaty? Czy nie lepiej byłoby wdrożyć koncepcję wyparcia wojsk radzieckich za Bug, którą to koncepcję – w wersji charakterystycznej dla siebie – lansował generał George Patton, twardy krytyk prosowieckiej polityki Białego Domu? Czy za tajemniczą śmiercia Pattona nie kryła się radziecka intryga?

George S. Patton (1885-1945)

Gdy 8 maja 1945 r., kapitulacja Niemców stała się faktem, a Winston Churchill, Harry Truman i Józef Stalin zabrali się za urządzanie Europy na nowo, Patton zaszokował świat słowami:
„To, co zrobili dzisiaj politycy w Waszyngtonie i Paryżu, podobni do ołowianych żołnierzyków, to historia, o której będziecie pisać przez jakiś czas. (…) Pozwolili nam wykopać w cholerę jednego gnoja, a jednocześnie zmusili, żebyśmy pomogli usadowić się następnemu, równie złemu albo jeszcze gorszemu niż tamten. (..) Dzisiaj powinniśmy powiedzieć Rosjanom, że mają iść w cholerę, zamiast ich słuchać, kiedy nam mówią, że mamy się cofnąć. To my powinniśmy im mówić, że jeśli im się nie podoba, niech idą w pizdu, i wydać im wojnę. (…) Niestety, niektórzy z naszych przywódców są po prostu cholernymi durniami i nie mają pojęcia o historii Rosji. Mam wątpliwości, czy wiedzą, że Rosja jeszcze niecałe sto lat temu zajmowała Finlandię, wyssała krew z Polski i zrobiła z Syberii więzienie dla własnego narodu. Zwykłe dzikusy. Moglibyśmy ich rozpirzyć w cholerę”.
Patton, który – jako żołnierz – rozpoczął swój szlak bojowy jeszcze w I Wojnie Światowej, a w drugiej stał za najtrudniejszymi i najbardziej spektakularnymi akcjami militarnymi w Afryce i Europie, zginął w wypadku samochodowym. Nikt nie wierzył, a jeszcze bardziej nie wierzy dzisiaj, że był to przypadek. Niesłychanie popularny w ojczyźnie, kochany przez żołnierzy, był naturalnym rywalem do objęcia – wcześniej czy później – owalnego gabinetu. Jego wizja była dla porządku jałtańskiego zagrożeniem. 11 maja, w trzy dni po zakończeniu IIWŚ mówił:
„Każdego dnia do mojego sztabu przychodzą jacyś biedni czescy, austriaccy, węgierscy, a nawet niemieccy oficerowie. Ze łzami w oczach mówią:  Na Boga, generale, przyjdź ze swą armią zająć resztę naszego kraju. Daj nam szanse utworzyć własny rząd. Daj nam tę ostatnią szansę, żebyśmy mogli żyć, zanim będzie za późno, zanim Rosjanie zrobią z nas wiecznych niewolników. Mówią mi coś takiego i każdy z nich mi proponował, że będzie walczyć pod moim sztandarem i przyprowadzi swoich ludzi. (…) Na Boga, chciałbym ich do tego wykorzystać. Jeśli tego nie zrobię, będę się czuł jak zdrajca”. Nie zważając na konsternację, jaką wywołały jego słowa, Patton kontynuował: „Ci ludzie mają rację. Nie będą mieli szansy. Spisaliśmy ich na straty. Powinniśmy podrzeć te cholerne, podłe porozumienia z Sowietami i ruszyć prosto na wschodnie granice”.

W czerwcu 1945 roku, gdy pojawił się w ojczyźnie, witały go tłumy. Patton wyczuwał oczekiwania Amerykanów, widział ich nieufność wobec polityki Roosevelta. Z drugiej strony nie miał cienia wątpliwości. Był przekonany, że „tchórzliwe waszyngtońskie sukinsyny przeprowadzą demobilizację. Powiedzą, że znów zapewnili bezpieczeństwo demokracji na świecie. Rosjanie nie są frajerami, wykorzystają tę politykę do zwiększenia swoich wpływów na świecie.  Tymczasem wciąż toczyła się wojna z Japonią i walka o wpływy na Pacyfiku. Patton usilnie starał się o objęcie tam dowództwa, ale został mianowany wojskowym gubernatorem Bawarii. Jego polityka od razu wywołała kontrowersje. Najpierw wystąpił przeciwko repatriacji rosyjskich jeńców służących w oddziałach niemieckich (według Stalina „faszystowskich zdrajców”), a następnie zaprotestował przeciwko koncepcji przekształcenia Niemiec w państwo rolnicze.  Obawiał się, że w ten sposób uniemożliwi sie rozwój niemieckiej gospodarki, przez co kraj ten stanie się podatny na teorie komunistyczne i penetrację ze strony sowieckiej.

Z czasem, po wielu wypowiedziach  „nie licujących” z amerykańską strategią działania w Europie, Patton stał się celem dla wielu ludzi z administracji Białego Domu, na czele z ówczesnym wiceprezydentem Dwightem Eisenhowerem. Robert Wilcox, autor książki „Cel: Patton” (Osssolineum, 2011), uważa wręcz, że „Ike” nigdy nie zostałby wybrany prezydentem, gdyby Patton dożył wyborów w 1953 r., mówiąc to, co mówił i co chciał jeszcze powiedzieć. Znał sekrety, które zrujnowałyby niejedną karierę, na czele z karierą Eisenhowera, którego oskarżał, że aby zadowolić sowieckiego sojusznika, poświęcił życie tysięcy amerykańskich żołnierzy. Celowo powstrzymywał bowiem ofensywę na froncie wschodnim, aby amerykańskie wojska nie weszły na teren przyznanej Związkowi Sowieckiemu „strefy wpływów” (Amerykanie zjawili się na przedmieściach Berlina już 13 kwietnia, ale dostali rozkaz wstrzymania ofensywy). To znacznie przedłużyło wojnę, a co więcej zmniejszyło też zasięg terytorialnych zdobyczy U.S. Army. Według generała to Amerykanie mogli zająć Berlin i wyzwolić Pragę. Zirytowany tym wszystkim Patton, po powrocie do Stanów planował porzucić armię i iść na wojnę z komunistami. Te przypuszczenia i zapowiedzi doprowadziły do jego śmierci.

Wilcox nie ma wątpliwości, że tragiczna śmierć Pattona, nie była przypadkiem i stały za nią połączone służby NKWD i amerykańskiego wywiadu. Przypomnijmy, że Patton zmarł w szpitalu wojskowym na terenie okupowanych Niemiec 21 grudnia 1945 roku. Dwa tygodnie wcześniej, w dniu, w którym miał odlecieć do Stanów Zjednoczonych, generał miał poważny wypadek samochodowy. Jego cadillac został staranowany przez wojskową ciężarówkę. W szpitalu, pomimo poważnych obrażeń, stan Pattona szybko się ustabilizował, a następnie znacznie poprawił. Mimo to niespodziewanie zmarł.

– Ta śmierć od razu była podejrzana, ale nie było nikogo, kto by rzetelnie mógł tę mistyfikację opisać – twierdzi Wilcox, który dopiero pod koniec lat 90. dotarł do agenta z czasów wojny Douglasa Bazaty. Ten ujawnił, że w 1945 roku otrzymał rozkaz, aby wyeliminował Pattona. Zlecenie miało przyjść od Williama Donovana, ówczesnego szefa amerykańskiego wywiadu (Biuro Służb Strategicznych, OSS).  Bazata miał umyślnie spowodować wypadek, a następnie postrzelić generała w kręgosłup. Właśnie ten strzał ma tłumaczyć, dlaczego innym pasażerom samochodu nic się nie stało. Gdy okazało się jednak, że zamach się nie udał i Patton zaczął dochodzić do zdrowia, robotę mieli dokończyć zabójcy NKWD. Generał został uśmiercony przez nich za pomocą zastrzyku z trucizną. Wszystko to za zgodą Amerykanów. Potwierdzeniem relacji agenta OSS jest kwerenda wykonana przez Wilcoksa w amerykańskich archiwach.  Autor uważa, że kluczowe dokumenty dotyczące śledztwa w sprawie „wypadku samochodowego” generała zostały z nich usunięte. Ponadto kierowca ciężarówki, która rozbiła jego cadillaca, został natychmiast przeniesiony do Wielkiej Brytanii, zanim zdążono go przesłuchać. Sam cadillac generała, wystawiony na ekspozycji  w muzeum w Fort Knox, okazuje się nie być tym cadillakiem. W którymś momencie pojazdy zostały podmienione i zwiedzający oglądają zupełnie inną maszynę niż tą, którą jeździł Patton.

Wojciech Stańczyk

Więcej o generale Georgu Pattonie:

Terry Brighton:  Gry wojenne. Patton, Monty i Rommel. Wydawnictwo Znak. Litera Nova, 2011

Starcie trzech największych dowódców II wojny światowej. Walczyli ze sobą na kilku frontach, w tym właśnie w Afryce. Doskonała analiza postaci, wiele ciekawostek z życia każdego z nich, jak i przykładów wzajemnego szacunku i animozji (to między Pattonem i Montgomerym). Tytani wojny pancernej i militarni geniusze. Gdyby postawić ich na jednym ringu, polałaby się krew. W “Grach wojennych” Terry Brighton pokazuje, jak historia i losy całych armii zależą od emocji i wielkich ambicji charyzmatycznych dowódców.

Robert K. Wilcox: Cel: Patton, Ossolineum 2011

George Smith Patton był postacią bardzo kontrowersyjną. Po wojnie, kiedy został gubernatorem Bawarii, słynne stały się jego niedyplomatyczne, niecenzurowane wypowiedzi dla prasy. Śmierć Pattona w efekcie wypadku samochodowego w 1945 r. w Niemczech do dziś budzi wiele wątpliwości. Czy dokonano zamachu? Kto mógł być zleceniodawcą? Robert K. Wilcox dociera do naocznego świadka wydarzeń oraz nieujawnianych dotąd dokumentów. Książka, prezentująca zarazem bezkompromisowe działania służb specjalnych, rzuca nowe światło na tę zagadkową sprawę. Autor jest amerykańskim pisarzem, dziennikarzem i wydawcą; interesuje go historia najnowsza i współczesne konflikty militarne.

73. rocznica powstania oddziału majora Henryka „Hubala” Dobrzańskiego

23 września 1939 roku Henryk Dobrzański, ps. Hubal, utworzył w Górach Świętokrzyskich Oddział Wydzielony Wojska Polskiego – pierwszy oddział partyzancki podczas II Wojny Światowej. Była to zarazem jedyna jednostka wojsk II Rzeczpospolitej, która nigdy się nie poddała i która nękała okupanta zanim zaczęły się rodzic zręby Państwa Podziemnego. Hubal poległ w walce 30 kwietnia 1940 r. w okolicach Anielina pod Opocznem. Jego oddział został otoczony przez 7 tysięcy żołnierzy niemieckich. W walce, podczas której Niemcy użyli czołgów, oddział uległ rozproszeniu, a poległego majora hitlerowcy wywieźli z pola bitwy. Do dziś nie są znane losy jego szczątków.

Henryk Dobrzański przyszedł na świat 22 czerwca 1897 r. w Jaśle w rodzinie ziemiańskiej o tradycjach patriotycznych. W 1912 r. Dobrzański wstąpił do Polskich Drużyn Strzeleckich, a w 1914 r. zakończył edukację w szkole realnej w Krakowie. W tym samym roku wstąpił do 2. Pułku Ułanów Legionów Polskich. Jako dowódca plutonu, a później szwadronu, brał udział w bitwie pod Rarańczą oraz walkach w obronie Lwowa. W latach 1919-1921 uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Za odwagę na polu walki został odznaczony czterokrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, a następnie Krzyżem Niepodległości. W 1926 roku rozpoczął służbę w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Rok później przeniesiono go do 18. Pułku Ułanów Pomorskich i awansowano na stopień majora. W latach 1930-1936 służył w 20. Pułku Ułanów w Rzeszowie, 2. Pułku Strzelców Konnych w Hrubieszowie oraz 4. Pułku Ułanów w Wilnie.

Jako znakomity kawalerzysta brał udział w wielu zawodach hippicznych o randze międzynarodowej; był członkiem polskiej reprezentacji jeździeckiej. W 1925 r. jego drużyna zdobyła w Nicei Puchar Narodów. W tym samym roku, podczas zawodów w Londynie, za osiągnięcia sportowe Dobrzański otrzymał od księcia Walii, Edwarda specjalną nagrodę – złotą papierośnicę. Dobrzański był również zawodnikiem rezerwowym w składzie polskiej ekipy na igrzyska olimpijskie w Amsterdamie w 1928 r.

We wrześniu 1939 r. Dobrzański został zastępcą dowódcy rezerwowego 110. Pułku Ułanów w Wołkowysku. Walczył z bolszewikami na Grodzieńszczyźnie. Gdy pod Kolnem rozwiązano pułk, 22 września Hubal wyruszył na czele 180 ułanów na odsiecz Warszawie. W okresie PRL ukrywano te fakty.

Od końca 1939 r. do wiosny 1940 r. oddział Dobrzańskiego stoczył z Niemcami wiele potyczek i bitew, m.in. pod miejscowościami: Cisownik, Huciska, Szałasy. Niemcy prowadzili działania odwetowe wobec ludności cywilnej mordując i paląc wiele wsi na szlaku działalności oddziału „Hubala”. Z końcem kwietnia 1940 r. oddział przeniósł się w lasy spalskie. 30 kwietnia podczas próby cichego przedarcia się przez kordon sił wroga, ułani wpadli w zasadzkę.  Oto jak opisują te wydarzenia biografowie Hubala Andrzej Dyszyński i Henryk Sobierajski:

Wieczorem 29 kwietnia już wiedział, że są okrążeni. Postanowił zmienić miejsce postoju i ruszył z osiemnastoma ludźmi w drogę. O świcie zatrzymali się w zagajniku koło wsi Anielin. Zmęczeni nocnym marszem, ułożyli się do snu. Na warcie pozostał kpr. Lisiecki „Zemsta”. Ale i jego sen zmorzył, a kiedy się obudził, stał przed nim Niemiec z karabinem. „Zemsta” szybko wyrwał mu broń i pobiegł do pchor. Ossowskiego, ten z kolei zaalarmował majora i zaraz cały oddział poderwał się na nogi. „Hubal” zarządził wycofywanie się, a wachm. Alickiemu rozkazał ubezpieczać od strony Pilicy. Wtedy rozległy się pojedyncze strzały, a chwilę później zagajnikiem wstrząsnęła seria niemieckiej broni maszynowej. Jedna z kul ugodziła majora śmiertelnie w serce.
Niemcy wreszcie unieszkodliwili „szalonego majora” – der tollen Major, jak o nim mówili. Wreszcie dopadli tego, który zadawał im ciężkie straty, ośmieszał ich, wychodząc z wielkich okrążeń i obław.
Zrobili „pamiątkowe” zdjęcia nad zwłokami. Później przewieźli ciało do koszar wojskowych Wehrmachtu w Tomaszowie Mazowieckim. Tutaj ślad się urwał i do dzisiaj nie wiadomo, gdzie Niemcy pochowali mjr. Henryka Dobrzańskiego.
Wieść o śmierci dowódcy pogrążyła hubalczyków w smutku. Kiedy wiadomość potwierdziła się, 4 maja 1940 roku definitywnie wydali komunikat następującej treści:
„[…] Dnia 30.04.1940 r. o godz. 5.30 rano, wskutek zdrady, Niemcy zaskoczyli oddział podchodząc krzakami dosłownie na kilka metrów ominąwszy nasze placówki. Po pierwszym strzale z naszej strony, ukryci Niemcy oddali serię strzałów, zabijając naszego dowódcę mjr. »Hubala« – Dobrzańskiego i kpr. »Rysia«.
Major »Hubal« nie żyje. […] Zginął człowiek, który swej przysięgi żołnierskiej nie złamał, honoru polskiego żołnierza nie splamił.
[…] Zostaliśmy my, tracąc w nim przyjaciela, ojca, a przede wszystkim w całym tego słowa znaczeniu dowódcę.
[…] Wiemy, że sami nie przywrócimy wolności, ale dla historii potrzebny jest dowód, że znalazł się w Polsce człowiek, który oparł się ogólnej psychozie strachu. Niech nasi następcy wiedzą, że nie wszyscy w tych tragicznych dla naszej Ojczyzny chwilach opuścili ręce, że był jeden, który honor żołnierza i Polaka cenił ponad życie. Ta świadomość dla przyszłych pokoleń warta jest i tych spalonych przez Niemców wsi, po bojach w pow. koneckim i tych niewinnych ofiar ludności cywilnej, w bestialski sposób pomordowanej.
Major »Hubal« nie żyje. Niech cały naród zda sobie sprawę, że stracił w nim jednego z najbardziej wartościowych ludzi. Ludzi, którzy czynami a nie słowami dowodzili swojej wartości”.

Polecana literatura:

Andrzej Dyszyński, Henryk Sobierajski: „Hubal” major Henryk Dobrzański 1897-1940, Wydawnictwo Rytm 2012

 

Kobiety w służbie nazizmu

Niemieccy naziści byli okrutnymi, bezwzględnymi oprawcami, którzy nie liczyli się z ludzkim życiem. Ale ich kobiety w niczym im nie ustępowały, a niejednokrotnie były jeszcze gorsze. Taki podstawowy wniosek można wysnuć po lekturze „Sprawczyń”. Kathrin Kompisch rzetelnie rozprawia się z rolą kobiet w hitlerowskim przemyśle śmierci, ukazując, że nie były li tylko kurami domowymi, których celem było rodzenie jak największej liczby aryjskich dzieci, a przez to pomnażanie rzeczywistego potencjału III Rzeszy, ale również współdziałały w masowym ludobójstwie.

  Kathrin Kompisch: Sprawczynie

„Sprawczynie” to nie pierwsza książka poświęcona kobiecemu udziałowi w nazizmie. Dość wspomnieć chociażby głośną „Piękną Bestię”   Daniela Patricka Browna, poświęconą Irmie Grese, uznawanej za jedną z najokrutniejszych funkcjonariuszek SS w obozie Auschwitz-Birkenau, a także liczne prace poświęcone oprawcom sądzonym w procesach załóg obozowych (np. Bergen-Belsen i Ravensbrück). Praca Kompisch porządkuje ten dość obszerny, choć rozproszony materiał i gromadzi go w jednym miejscu, uzupełniając o takie zagadnienia jak udział kobiet w selekcji i eliminacji (opieka społeczna, służba zdrowia), prześladowaniach na okupowanych terenach (funkcjonariuszki gestapo, policjantki, urzędniczki),  wsparciu dla zbrodniarzy (matki i żony esesmanów) i wreszcie – niejako dla przeciwwagi – zaangażowanie w ruchu oporu i niesienie pomocy ofiarom hitlerowskich zbrodni. Autorka kreśli ponadto obraz zwykłych kobiet – matek, żon, córek, zmuszonych do biernego przyglądania się zaistniałej sytuacji, nie orientujących się do końca, co w tych mrocznych czasach działo się wokół nich. Jest też przypomnienie obowiązującego w ustawodawstwie małżeńskim III Rzeszy przymusu wykonywania badań w celu sprawdzenia przydatności do małżeństwa (słynna ustawa o ochronie krwi niemieckiej i niemieckiej czci z 15 września 1937 roku zakazująca – pod groźbą piętnastu lat więzienia – małżeństw mieszanych, tj. Aryjczyka z Żydówką). Osoby, które nie przeszły tych testów pomyślnie były poddawane sterylizacji. Autorka przypomina też osławione stowarzyszenie opiekuńczo-charytatywne Lebensborn (Źródło Życia), początkowo funkcjonujące w celu pomocy samotnym matkom, a w końcowej fazie, będące instytucją mającą zapewnić przyrost populacji czysto aryjskiej (dzięki kontaktom seksualnym starannie wybranych kobiet z reproduktorami z SS).

Pewnie nie każdy przebrnie przez makabryczne opisy dokonywanych przez „sprawczynie” zbrodni.  Lektura jest momentami wstrząsająca, zwłaszcza wypowiedzi samych zbrodniarek przed sądami, z których wynika, że główną pobudką do podjęcia zatrudnienia w obozach koncentracyjnych były dla nich dobre zarobki, a poziom okrucieństwa oddziaływał na dobrą opinię u pracodawcy. Przykładem modelowym takiej kariery jest Dorota Binz, nadzorczyni z Ravensbrück, która nigdy nie wyuczyła się żadnego prawdziwego zawodu,doskonaląc się za to w katowaniu więźniarek. W latach 1943-1945 pełniła nawet rolę „trenerki” przyszłych nadzorczyń. Binz na każdym kroku maltretowała osadzone i szczuła je psami, rozkazywała by godzinami stały na baczność, policzkowała je podczas przesłuchań, uderzała linijką. Binz dbała także by więźniarki cierpiały z głodu i zimna, a podległe jej funkcjonariuszki odznaczały się odpowiednią brutalnością. Budziła takie przerażenie, iż gdy pojawiała się na apelu, na placu zapadała śmiertelna cisza. Z jej „szkoły” wyszło wiele zbrodniarek, w tym m.in. Ruth Neudeck-Closius, jedna z najokrutniejszych sadystek Ravensbrück.

Kathrin Kompisch: Sprawczynie, Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2012, s. 416

Wojciech Stańczyk

Eugeniusz Bodo – przemilczana biografia

Niewiele jest postaci, którym komuniści w tak perfidny sposób zmanipulowali biografię jak Eugeniuszowi Bodo.  I niewiele jest biografii tak smutny i tragiczny przebierających finał.  Niesłychanie wszechstronny artysta, genialny aktor, piosenkarz, tancerz, ulubieniec publiczności, ale również producent, przedsiębiorca, punkt odniesienia kreatorów mody, elegancji i szyku lat 30. XX wieku, zmarł w 1943 r. z głodu i wycieńczenia w sowieckim łagrze w Kotłasie w obwodzie archangielskim. Ten fakt skrzętnie przez lata ukrywano, próbując forsować wersję o rozstrzelaniu go przez hitlerowców podczas oblężenia Lwowa w 1941 r.

  Ryszard Wolański: Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań

Nakładem Wydawnictwa Rebis ukazała się książka autorstwa Ryszarda Wolańskiego „Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań”.  Jest to świetny dokument, odsłaniający przed nami zarówno postać cudownego dziecka polskiego show-biznesu czasu międzywojnia, jak i perfidne metody komunistycznej bezpieki.

Bodo, właściwie Bogdan Eugène Junod, urodził się w 1899 r. w Genewie. Ojciec był Szwajcarem, matka Polką. W niedługi czas po urodzeniu Junodowie przeprowadzili się na ziemie polskie, gdzie trudnili się prowadzeniem kabaretów i kinematografu. W 1903 r. ojciec założył w Łodzi pierwszy bioskop – nieme kino, a następnie teatrzyk typu variétés „Urania”. Małżeństwo rodziców Eugeniusza nie przetrwało jednak próby czasu. Junodowie rozwiedli się, a sam Bodo (pseudonim utworzony z pierwszych sylab imienia Bohdan i trzeciego imienia matki – Dorota) pozostał przy ojcu. Nie był to łatwy okres, gdyż mając 16 lat przyszły ulubieniec polskiej sceny, uciekł od ojca i sam zaczął zarabiać na własne utrzymanie.  Występował w kabaretach i sztukach rewiowych, najpierw w Poznaniu i Lublinie, potem w Warszawie, m.in. w kabaretach: „Qui Pro Quo”, „Morskie Oko”, „Cyganeria” i „Cyrulik Warszawski”. W 1924 r. dostaje do wykonania przeróbkę francuskiej piosenki „Titine” i śpiewa ją tak, że momentalnie staje się wielkim przebojem, a oblegane przez publiczność stołeczne sceny wyrywają sobie Boda z rąk. Rok później debiutuje w filmie „Rywale”,wraz z którym „bodomania” zaczęła wylewać się poza stolicę. Zagrał w ponad trzydziestu produkcjach. Najchętniej obsadzano go w roli amantów, ale nie stronił od ról tragicznych i komediowych. Jest też pionierem reklamy. Promuje krawaty od Chojnackiego, kapelusze Młodkowskiego i marynarki Old England. Odrzuca jednak propozycję zagrania w reklamie alkoholu, tłumacząc, że jest abstynentem i straciłby swoją wiarygodność. Reklamodawca podbija ofertę, ale aktor pozostaje nieugięty.

W 1933 r. Bodo zakłada własną firmę producencką Urania Film, która wprowadza na ekrany siedem hitów, m.in. „Czarną Perłę” z sobą w roli głównej i tahitanką Reri (podówczas również jego partnerką życiową) w roli tytułowej. W 1938 r. zakłada przy ul. Pierackiego 15 (obecnie Foksal) lokal Café Bodo, który prowadzi wspólnie z matką. W tym samym roku debiutuje jako reżyser. W chwili wybuchu wojny kończy pracę nad filmem sensacyjnym „Uwaga – szpieg!”, w którym grał rolę polskiego oficera kontrwywiadu zwalczającego niemiecką agenturę. Z tego powodu, we wrześniu 1939 r. ucieka do sowieckiej strefy okupacyjnej.  Trafia do Lwowa. Od jesieni 1939 r. do połowy 1941 r. występuje na scenach jako gwiazda. Uczestniczy w tournée po radzieckich miastach, nagrywa po rosyjsku piosenkę „Tylko we Lwowie”.  Nie czuje się jednak bezpiecznie i podejmuje decyzję o wyjeździe. Postanawia odkurzyć swe właściwe nazwisko i korzystając z wciąż posiadanego obywatelstwa szwajcarskiego wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Ta decyzja okazała się tragiczna w skutkach. Na NKWD, gdzie Bodo zgłosił się by – zgodnie z prawem i w legalny sposób – załatwić pozwolenie i wizę wyjazdową, postawiono mu zarzut szpiegostwa na rzecz obcego wywiadu… Zarzut wyssany z palca, zupełnie nie posiadający podstaw. Aktor zostaje poddany okrutnym przesłuchaniom, a następnie skazany na 5 lat ciężkiego obozu wychowawczego jako element społecznie niebezpieczny. Nie dane mu było doczekać. Zmarł już po dwóch latach.

Ryszard Wolański „Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań”, Wydawnictwo Rebis 2012, str. 408

Wojciech Stańczyk

Żołnierze wyklęci – kim byli i czemu tak bała się ich PRL-owska Polska?

Walki zbrojne w Polsce nie ustały wraz z podpisaniem kapitulacji przez hitlerowskie Niemcy. Peerelowscy pseudohistorycy nazywali ten okres „epoką walki o utrwalenie władzy ludowej”. Tak naprawdę – był to czas, kiedy komuniści pozbywali się ostatnich, prawdziwych obrońców niepodległej Polski. Wielu z nich poległo z bronią w ręku, a innych więziono i poddawano okrutnym torturom. Część z nich zasiadała na ławie oskarżonych w procesach pokazowych, których wynik był z góry przesądzony- natychmiastowy wyrok śmierci. Nazywano ich „zaplutymi karłami reakcji”, a wszystkie niepodległościowe organizacje, do których należeli, określano jako „faszystowskie bandy”. W latach 1945-1956, według ciągle niepełnych danych, z rąk polskich i sowieckich komunistów zginęło 8,6 tys. żołnierzy podziemia niepodległościowego, a 5 tys. skazano na karę śmierci. Dodatkowo, w obozach i więzieniach śmierć poniosło ponad 20 tysięcy „żołnierzy wyklętych”. Tylko nielicznym udało się przetrwać stalinowski reżim, mimo to władza ludowa nie dawała im spokoju. Jako „reakcyjni bandyci” stale znajdowali się pod baczną obserwacją zawsze czujnych służb bezpieczeństwa.

Dla instalującej się władzy ludowej partyzanci stanowili poważne zagrożenie. Żołnierzy podziemia niełatwo było wykryć, a ich działalność, skupiająca się na likwidacji Sowietów i kolaborujących z nimi polskich komunistów, była znakiem sprzeciwu wobec radzieckiej okupacji. Partyzanci podziemia wierzyli w rychły wybuch III wojny światowej, który mógłby Polsce przynieść niepodległość. Jednak sfałszowane wybory z 1947 roku i bierność Zachodu wobec tego faktu, zaczęły rodzić w „leśnych szeregach” pesymizm i przekonanie o bezsensowności dalszego oporu. Ujawnianiu się partyzantów sprzyjała też ustawa amnestyjna wprowadzona w marcu 1947 roku

Amnestie przedstawiono jako akt dobrej woli i łaską zwycięzców nad zwyciężonymi. Aby osiągnąć pożądany sukces, zaangażowano aparat propagandy. Faktycznym celem amnestii była likwidacja zorganizowanego oporu przeciwników władzy ludowej. Obietnic amnestyjnych nie dotrzymano. Zebrana w toku przesłuchań wiedza, posłużyła do późniejszych represji wobec ujawnionych i dotarcie do osób nadal prowadzących walkę. W czasie amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, swoją działalność ujawniło także 23 257 osób przebywających w więzieniach. Łącznie amnestia objęła 76 774 osoby.

Jednak nie wszyscy postanowili się ujawniać, choć działania propagandy sprawiły, że informacja o amnestii trafiła do większości partyzantów. Kiedy trafiła ona do majora Hieronima Dekutowskiego ps. Zapora, dowódcy partyzanckiego oddziału, miał on rzec do swoich żołnierzy: „Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy wojsko polskie”. Zaledwie pół roku po tych słowach „Zapora” został złapany. Przez okres ponad roku był więziony i okrutnie maltretowany. Dla jeszcze większego upokorzenia – majora Dekutowskiego oraz jego podkomendnych, podczas procesu odbywającego się w listopadzie 1948 roku, ubrano w mundury Wermachtu. Na „Zaporę” i jego sześciu żołnierzy zasądzono wyrok śmierci, który niezwłocznie wykonano. W chwili śmierci, pomimo tego, że miał tylko 30 lat, wyglądał jak starzec z siwymi włosami, wybitymi zębami, połamanymi rękami, nosem i żebrami oraz zerwanymi paznokciami. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Przyjdzie zwycięstwo! Jeszcze Polska nie zginęła!”.
Major Dekutowski był jednym z wielu żołnierzy z podziemia niepodległościowego, których po okrutnym śledztwie, na podstawie „prawomocnego wyroku” sądu skazywano na śmierć. Do bardziej znanych „żołnierzy wyklętych” należą chociażby: Józef Kuraś ps.”Ogień”, Zygmunt Szendzielarz ps. „Łupaszka”, Stanisław Sojczyński ps. „Warszyc”, Danuta Siedzikówna ps. „Inka” i wielu, wielu innych. Natomiast ostatnim oficerem polskiego podziemia był Stanisław Marchewka ps. „Ryba”, który zginął z bronią w ręku w marcu 1957 roku. Dłużej od niego przetrwał tylko Józef Franczak ps. „Lalek”, zabity przez SB na Lubelszczyźnie w marcu 1963 roku. Fizyczna eksterminacja żołnierzy antykomunistycznego podziemia nie wystarczyła komunistom. Dobrze wiedzieli, że z ofiary ich życia może w przyszłości powstać mit, z którego nowe pokolenia Polaków będą czerpały siłę do walki z komuną. Podlegli sowietom politycy w Polsce obawiali się , że miejsca złożenia ich ciał staną się miejscem patriotycznych manifestacji społeczeństwa. I właśnie dlatego, zabitych czy też zamęczonych partyzantów chowano potajemnie. Najczęściej nocą, w dołach kloacznych, na torfowiskach, wysypiskach śmieci, często posiłkując się wapnem rozkładającym zwłoki.

Na podstawie: http://niewiarygodne.pl/

Polecana literatura:

        

Stalin – państwowy morderca

   Eugeniusz Duraczyński: Stalin. Twórca i dyktator supermocarstwa

Nakładem wydawnictwa Bellona ukazała sie monumentalna biografia Józefa Stalina autorstwa prof. Eugeniusza Duraczyńskiego. Książka jest owocem wieloletnich badań tego uczonego nad fenomenem Stalina, któremu w sukurs przyszła rzadka sposobność, jaką była sześć lat trwająca misja stałego przedstawiciela Polskiej Akademii Nauk  przy Rosyjskiej Akademii Nauk (stanowisko to zostało utwor­zone w 1995 r. w wyniku porozu­mienia władz obu Akademii). Duraczyński miał duże szczęście, bo dzięki temu udało mu się dotrzeć do zasobów, do jakich nie dotarł wcześniej żaden inny badacz spoza strefy języka rosyjskiego.

W nocy z 24 na 25 lutego 1956 r. przywódca ZSRR Nikita Chruszczow wygłosił w czasie XX Zjazdu KPZR tajny referat „O kulcie jednostki i jego następstwach”. Poddał w nim ostrej krytyce swojego poprzednika, a więc Józefa Stalina i stworzony przez niego system zbrodni, wywołując wstrząs w świecie komunistycznym. Jak pisał prof. Leszek Kołakowski „następca Stalina oznajmił partii, a rychło całej kuli ziemskiej, że wczorajszy wódz postępowej ludzkości, natchnienie świata, ojciec narodu radzieckiego, wielki koryfeusz nauki, największy geniusz militarny i największy geniusz w dziejach w ogólności był mordercą milionów, oprawcą, paranoikiem, a przy tym nieukiem w sprawach wojskowych, który doprowadził państwo sowieckie na skraj przepaści”. Chruszczow oskarżał Stalina o wymordowanie tysięcy członków partii, powszechne stosowanie terroru, budowanie kultu własnej osoby i pychę. Nazywał go też państwowym mordercą. Słowa Chruszczowa były wstrząsem dla wszystkich uczestników XX Zjazdu KPZR, w tym również dla towarzyszy z zagranicy, którzy się w Moskwie bardzo licznie stawili. Wstrząsem, ale i ulgą, gdyż Chruszczow powiedział na głos to, o czym mówiło się w wielu kręgach już za życia Stalina, lecz obawa o własne życie skutecznie sznurowała wszystkim usta.

Tym, co najcenniejsze w tej książce, jest z pewnością ukazanie procesu narodzin stalinizmu i kultu Stalina. Biografia nie przynosi jakichś szczególnych odkryć, czy zaskakujących nieznanych faktów. Oczywiście widzimy drogę, jaką Dżugaszwili przeszedł w drodze na Kreml, widzimy jak izolowane na arenie międzynarodowej pierwsze państwo komunistyczne przeradza się w potworną i zbrodniczą machinę, ale widzimy przede wszystkim mechanizmy, które doprowadziły do powstania stalinowskiej tyranii i jej krzepnięcia.Widzimy zaszczutych i bojących się własnego cienia ludzi, którzy – bądź zbiegiem okoliczności, bądź drogą rozmaitego poplecznictwa – znaleźli się w najbliższym otoczeniu Stalina. I przede wszystkim dociera do nas jedno niepokojące przekonanie, że wciąż, mimo ogromu zbrodni i milionów ofiar, postać ta ma całkiem sporą liczbę entuzjastów. Rzecz nie do pomyślenia przy pochylaniu się nad biografią Hitlera. Jak podaje Duraczyński, ponad połowa dorosłych Rosjan uważa, że Stalin zrobił więcej dobrego niż złego dla Rosji, a 36% młodych ankietowanych (do 35. roku życia) jest przekonanych, że zasługi Stalina, tzn. uczynienie z ZSRR światowego mocarstwa, czego nie udało się osiągnąć  poprzednikom (również z okresu caratu), rozgrzeszają jego błędy.  Dodajmy, że  mocarstwo to władało politycznie i mentalnie znacznie szerszym terenem niż  wynikało to z obowiązujących granic. Stalinowskie matryce odciskały bowiem swoje kopie na wszystkich kontynentach, a i polską ziemię i polskie umysły dość skutecznie głęboko rozorały…

Książki Duraczyńskiego nie da się ot tak przeczytać i odstawić na półkę. Historia, owa nauczycielka życia, uczy, że niczego nie należy być pewnym. A z pewnością nie należy być pewnym tego, że podobny koszmar, jaki stał się udziałem mieszkańców imperium sowieckiego, nie powtórzy się już nigdy więcej. Dopóki władza utrzymywać się będzie dzięki wzbudzaniu strachu wśród obywateli, wzmacnianiu opresyjności prawa, a przy tym przy zastosowaniu mechanizmów okłamywania i stępiania wrażliwości społeczeństwa, nie możemy mówić, że stalinizm to li tylko upiór z przeszłości.

Wojciech Stańczyk

 

ZNAK: Nowości książkowe poświęcone II Wojnie Światowej

  Po wakacyjnej przerwie. wraz z kolejna rocznicą wybuchu II Wojny Światowej w księgarniach pojawiło się dużo ciekawych nowości poświęconych wydarzeniom tego okresu. Jest dużo przekładów, ale również książek polskich autorów. Pojawiło się też kilka wznowień. Na bieżąco, najwartościowsze z tych pozycji, będziemy dla Państwa recenzować.

Wydawnictwo Znak postawiło na tematykę nazistowską i oferuje trzy doskonałe pozycje: „Sekretne życie Rudolfa Hessa” (Stephen McGinty), „Kaci Hitlera. Brudny sekret Europy (Christopher Hale) oraz – utrzymaną w konwencji powieści – „Przypadek Adolfa H.” (Eric-Emmanuel Schmitt). Ta ostatnia pozycja jest już drugim wydaniem, czemu trudno się dziwić, wszak autor ma szerokie rzesze zwolenników swej twórczości.

Eric-Emmanuel Schmitt: Przypadek Adolfa H.

W „Przypadku” Schmitt zestawia biografię Hitlera z Adolfem H. To alter ego wodza III Rzeszy, sytuacja jego domniemanej ścieżki życia, gdyby egzaminy na akademię sztuk pięknych zakończyły się wpisem w poczet studentów.To oczywiście spekulacje, ale filozoficzne wykształcenie Schmitta, jego analityczne myślenie, zmysł obserwacji pozwalają odebrać je jako całkiem realne. Jaki zatem by był ten XX wiek, gdyby posiadaną w sobie wrażliwość Adolf Hitler wykorzystał w sposób twórczy, pełen humanizmu i szacunku do otaczającego go świata i ludzi? Czy świat by o nim kiedykolwiek usłyszał? Z drugiej strony, jak wiemy, historia nie znosi próżni. W miejsce Hitlera jakiego znamy zapewne podarowałaby nam nie mniej gorszego tyrana.

http://www.znak.com.pl/wirtualnaksiazka,id,1831

Stephen McGinty: Sekretne życie Rudolfa Hessa

Jedna z największych zagadek II Wojny Światowej, a więc ucieczka Rudolfa Hessa do Wielkiej Brytanii. W 1941 r. Hess, którego powszechnie uważano za drugiego po Führerze, przedostał się na Wyspy, by – jak napisał w liście do wodza – negocjować układ z Anglikami. Celem miał być pokój i wspólna ofensywa na Związek Radziecki. Autor, którym jest szkocki dziennikarz Stephen McGinty, dotarł do niepublikowanych wcześniej materiałów, w tym listów nazisty do rodziny, propozycji kierowanych do rządu w Londynie i przede wszystkim stenogramów rozmów Hessa i przesłuchujących go oficerów wywiadu, którzy przez trzynaście miesięcy próbowali go złamać, by wyjawił najpilniej strzeżone tajemnice III Rzeszy. McGinty próbuje ustalić czego tak naprawdę mogli się dowiedzieć Anglicy, że uwięziony Hess próbował popełnić samobójstwo, jaki był rzeczywisty cel tej wyprawy i kim tak naprawdę Hess był. Szaleńcem czy zdrajcą? Książka liczy 400 stron, cena 33-40 zł.

http://www.znak.com.pl/wirtualnaksiazka,id,3393

Christopher Hale: Kaci Hitlera. Brudny sekret Europy

O ile „Sekretne życie Rudolfa Hessa” dotyczy wątku sensacyjnego i zagadkowego, to „Kaci Hitlera. Brudny sekret Europy” przywołuje to, co w latach 1939-1945 na naszym kontynencie było najbardziej zawstydzające. Ludzką małość, pogardę dla osób innej narodowości i pochodzenia. Niewątpliwie Hale podjął się niewygodnego – i to dla wielu narodów Europy – tematu. Udziału nie niemieckich ochotników w oddziałach Waffen SS, m.in. na terenie okupowanej Polski. Było ich całkiem sporo, Ukraińcy, Litwini, Łotysze, Chorwaci, Holendrzy, Bośniacy, Duńczycy, Rumuni… Według autora około półtora miliona osób. Półtora miliona osób przekonanych o byciu nadludźmi i wynikających z tego przywilejach. Dodajmy, z których ochoczo korzystali. Pilotowana przez Heinricha Himmlera – od października 1939 r. komisarza Rzeszy ds Umacniania Niemieckich Wartości Narodowych – akcja zaprowadzania „nowego porządku stosunków etnograficznych” w podbitej Polsce oraz na innych okupowanych terenach skupiała się na „odzyskaniu teutońskiej krwi”, jaka została utracona w rezultacie mieszania się rasy nordyckiej z innymi nacjami. Autor analizuje m.in. Zakon Himmlera, zbiór zasad, jakie ten nazistowski oprawca wymyślił dla kierowanej przez siebie policji SS i jej zbrojnego ramienia Waffen SS oraz jak ta szalona koncepcja była wcielana w życie. Jego ambicją było stworzenie nadpaństwa, w którym nie miało być już miejsca dla partii nazistowskiej, ani nawet samego Adolfa Hitlera, ale supermocarstwo, „Europa SS”. Himmler zakładał, że w każdym z podbitych krajów uda się zaprowadzić odpowiedni porządek rasowy, który pozwoli wyodrębnić społeczności nordyckie będące zaczynem prawdziwego niemieckiego państwa. Warto sięgnąć po tą książkę, gdyż rzuca ona nowe światło na zagadnienie polityki okupacyjnej Hitlera. Książka liczy 544 str., a jej koszt to 40-44 zł.

http://www.znak.com.pl/wirtualnaksiazka,id,3417

%d blogerów lubi to: