Category Archives: Komunizm

Sierow – sowietyzator Polski

Ta książka powinna się stać lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy uparcie propagują tezę, że wraz z przejściem przez Polskę Armii Czerwonej w latach 1944-45, przyniesiona została udręczonej Ojczyźnie upragniona wolność. Że Związkowi Radzieckiemu zawdzięczamy „wyzwolenie”. Nikita Pietrow, wicepr511-mediumzewodniczący Stowarzyszenia Memoriał, rosyjskiej organizacji dokumentującej zbrodnie czasów stalinowskich, w książce „Iwan Sierow – stalinowski kat Polski”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Demart, mówi jasno: nie! Działalność Sierowa na obszarach „wyzwolonych” potwierdza natomiast tezę, że wraz z „wyzwoleniem” Polska poddana została kolejnej, tym razem długotrwałej okupacji, której skutki odczuwalne są do dzisiaj.

Postać Iwana Sierowa, jaka wyziera z książki Nikity Pietrowa, nasunęła mi porównanie z dwoma postaciami. Jedną „zmyśloną” lejtnanta Michaiła Zubowa z „Zapisków oficera Armii Czerwonej” Sergiusza Piaseckiego, drugą jak najbardziej prawdziwą generała Michaiła „Wieszatiela” Murawjowa – bezwzględnego pacyfikatora Powstania Styczniowego. Obu łączyła przepełniona pochlebstwami służalczość wobec przełożonych, z tym, że o ile w przypadku tego pierwszego objawiała się ona na piśmie, to drugiego w czynach. Czynach okrutnych, krwawych, obmierzłych nawet dla innych zbrodniarzy, za które nie poniósł żadnej odpowiedzialności.
Iwan Sierow, pierwszy szef KGB to jedna z najczarniejszych postaci sowieckiego aparatu represji, wyjątkowy przykład prymitywnego i tępego urzędnika, który jakimś cudem dotarł na szczyt komunistycznej „wierchuszki”. Sam fakt wyspecjalizowania w fachu „pojmań, przesłuchań i rozstrzelań”, a przy okazji bycia lizusem, to trochę mało, by to racjonalnie wytłumaczyć, gdyż takich fachowców – albo i lepszych – Sowieci posiadali wielu. Mówią o tym przytaczani przez Pietrowa, współpracownicy Sierowa i historycy. Sam Stalin, dowiedziawszy się o metodzie, jaką Sierow pochwycił przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, miał powiedzieć o nim „prostak”. Podobnie otoczenie cara nazywało metody działania Murawjowa. Z obrzydzeniem przyjmowali informację, że Murawjow lubił brać udział w egzekucjach, a jego zasadą były słowa: „dobry Polak, to Polak powieszony”.
Skąd porównanie do Zubowa? Sierow miał upodobanie w pisaniu listów, których kilka znalazło się w aneksie do książki. Są to listy do Berii, Chruszczowa oraz samego Stalina. Zapewnia w nich o swojej wierności i niezmąconym szczęściu, jakim może być służba komunizmowi. „Służenie Tobie towarzyszu Stalin jest dla mnie jedynym prawem do życia”- pisze w jednym z nich.

Wojciech Stańczyk

Łagier czyli sowiecka blaga wg Sołoniewicza

W 1933 r. Iwan Sołoniewicz wraz z żoną Iriną, synem Jurą i bratem Borysem podjęli nieudaną próbę wydostania się z sowieckiej Rosji, za co spotyka ich zesłanie do obozu pracy w Kombinacie Białomorsko-Bałtyckim. Po kilku miesiącach adaptacji do życia łagrowego Sołoniewicze uciekają Sołoniewicz1jednak ponownie. Opowieści o tej brawurowej ucieczce – publikowane przez Iwana w odcinkach na łamach emigracyjnego rosyjskiego pisma „Poslednije Nowosti” – śledziła z zapartym tchem cała Europa. Sołoniewicz nie tyle bowiem relacjonował przebieg samej ucieczki, ile z dużą wnikliwością analizował sowiecką rzeczywistość, pokazywał jej absurdy, wyśmiewał stachanowski entuzjazm i myślenie kategoriami łagrowymi. Nowe wydanie „Rosji w łagrze” ukazało się nakładem Domu Wydawniczego PWN, we współpracy z Ośrodkiem Karta.

Wspomnienia Sołoniewicza Zachód – trzeba to jasno powiedzieć – czytał z niedowierzaniem. Sowieckim bolszewizmem intelektualne elity z całej Europy były wciąż zafascynowane i z pewnością nie brakowało osób, które opowieści te brały za konfabulację. Z tego też zapewne powodu początkowo odmawiano Sołoniewiczowi ich publikacji w całości. Pierwsze rosyjskie wydanie nastąpiło dopiero jesienią 1936 r. (wcześniej ukazały się w języku czeskim) staraniem środowiska rosyjskiej emigracji w Sofii. Dwutomowe zapiski rozeszły się błyskawicznie. Po nim nastąpiła fala przekładów na niemal wszystkie języki europejskie, w tym również j. polski (akurat ówczesny przekład nie był najlepszy i obejmował tylko fragmenty wspomnień). Z dużym zainteresowaniem spotkały się m.in. w nazistowskich Niemczech. Joseph Goebbels w swoim dzienniku z 1937 r., zanotował po jej lekturze: „przyszłe dni w życiu naszej partii będą znów poświęcone walce z bolszewizmem”.

Wszechrosyjska blaga

Zdaniem Sołoniewicza, najwłaściwszym określeniem na rzeczywistość Rosji Sowieckiej, jest blaga. To nie jest prawdziwe, z czegoś takiego nie da się zbudować państwa na miarę oczekiwań obywateli. Każdy sowiecki obywatel (podobnie instytucja czy organizacja) obciążony jest niezliczoną ilością przymusowych „entuzjazmów” i zadań niemożliwych do wykonania, które – gdyby je na poważnie i w pełnej rozciągłości wprowadzać w życie – uniemożliwiłyby normalne funkcjonowanie. Dlatego, do dobrego tonu – wśród co mądrzejszych obywateli ZSRR – należało eliminowanie zjawiska poważnego traktowania „entuzjazmów”. Jak ujmuje to Sołoniewicz „byleby ludzie w miarę możności nie zdychali, a poza tym niech diabli wezmą wszystko”. Ale blaga miała twarz, którą byli wszelkiej maści aktywiści, powołani do życia, by szpiegować, gnębić i rabować. Z punktu widzenia kremlowskiej administracji, każdy obywatel sowiecki był z gruntu nieprawomyślny, więc należało go w maksymalny sposób otoczyć szpiclami.  Aktywiści ci czasem działali w pojedynkę, czasem grupowo, a czasem instytucjonalnie. Sołoniewicz mnoży wiele przykładów, które pokazują blagę, prawdziwe oblicze sowieckiej Rosji. By pozostać w kręgu jego doświadczeń, jaskrawym tego przykładem jest inicjatywa ożywiania kółek sportowych.

Sołoniewicz, który, jako były lekkoatleta, był również działaczem sportowym, wspomina jak próbował – wraz z innymi działaczami – wyciągnąć z marazmu lokalne organizacje sportowe.   Chodziło o to, by przy braku poważnego treningu (trzeba zaznaczyć, że powszechne w Rosji głód, nędza i zniechęcenie odciągnęły ludzi od sportu), dać młodzieży trochę ruchu na świeżym powietrzu, aby w choć minimalnym stopniu powstrzymać stopień zwyrodnienia fizycznego. Wychowanie fizyczne nie interesowało specjalnie partii i rządu, więc inicjatywa zaczęła się rozkręcać. Młodzi ludzie garnęli się do sportu, również starsi zaczęli zauważać w nim pozytywne strony. I wszystko byłoby OK, gdyby nie pojawili się aktywiści, którzy uznali, że ćwiczenia gimnastyczne nie mogą być apolityczne i doprowadzili do wpisania do zajęć i treningów pogadanek . W związku z tym, że inicjatywa kółek była dobrowolna, w przeciągu roku ich działalność została w ten sposób zarżnięta.

Walka z takimi rozporządzeniami i kwestionowanie kompetencji aktywistów były niemożliwe i najczęściej kończyły się zsyłką na Sołowki, a niekiedy i rozstrzelaniem. Taki los spotkał grupę inżynierów, którzy zwalczali połączenia bezpośrednie na kolei. Połączenia wprowadzono, ale pośpiesznie się z nich wycofano, gdyż sparaliżowały całą trakcję i uznano je za szkodliwe. Kilkuset profesorów wywieziono nad Morze Białe za protest przeciwko skróceniu nauki i obcięciu zajęć akademickich. Po upływie trzech lat, programy trzeba było rozszerzyć z powrotem, a inżynierów posłać na uczelnie celem dokształcania.

Określenie „aktywista” urasta u Sołoniewicza do rangi symbolu, który uosabia system komunistyczny. – Wszechrosyjska blaga, na której wypasają się i robią karierę stada nieuków i głupców – kwituje autor. – To jest typ człowieka o mózgu barana, szczękach wilka, a wyczuciu moralnym protoplazmy. Typ człowieka, który jako szesnasty z kolei uczestniczy w zbiorowym gwałcie.

Mentalność łagrowa

O łagrach napisano wiele, głównie o ich okropnościach, o terrorze, o zniewoleniu pracą i psychicznym okrucieństwie. Sołoniewicz nie koncentruje się na tej sferze. Twierdzi natomiast, że są one ucieleśnieniem sowieckiej Rosji. Rzeczywistość łagrowa niczym nie różni się od typowej rzeczywistości poza łagrem. – Tak, niewątpliwie jest to katorga, ale gdzie w Rosji, poza Newskim Prospektem i Kuznieckim Mostem, nie ma katorgi – pyta retorycznie.

Sołoniewicz tuszuje tę rzeczywistość, ale nie po to, by ją zakłamywać, ale by uwypuklić rządzące się nimi zasady i pokazać ludzkie postawy. Są oczywiście ludzie, dla których łagier jest o wiele gorszy od wolności, są tacy, dla których różnica jest właściwie niedostrzegalna, ale nie brakuje i takich, którzy widzą w nim więcej plusów niż w wolności. Jak to ujmuje autor, dla nich wolność jest gorsza od łagru. Nieprawdopodobne, ale prawdziwe. I nie chodzi o sytuację w jakiej znalazła się chociażby inteligencja czy co bardziej oświeceni obywatele. To głupstwo – odpowiada Sołoniewicz. Głupstwo, w porównaniu z oceanem niezmierzonych udręk wielomilionowego chłopstwa rosyjskiego, dla którego łagier i tak – uwzględniając realia panujące np. na południowej Ukrainie – jest wyborem lepszego zła.  Jest beznadziejnie, okropnie, ale w pewnych granicach. W rzeczywistości łagrowej wszystko jest ustalone, nic nie ma prawa się wydarzyć, a jeśli już się wydarzy, będzie to wydarzenie o jeszcze gorszych konsekwencjach. Takim wydarzeniem podczas niewoli autora była zapowiedź, że osadzeni w łagrze przerzuceni zostaną na budowę Bajkalsko-Amurskiej Magistrali (BAM).

„Więźniowie – niemal 50 tysięcy – poczuli się ogłuszeni (…). Nad setkami metrów rozwieszonych w barakach i na barakach, rozciągniętych nad łagrowymi ulicami transparentów z hasłami o odrodzeniu i przemianie (…), nad całym łagrem zawisł jeden niewidzialny, ale najważniejszy: Zginiemy!”. Naruszona została monotonia. W łagrowej gazecie napisano o wielkim entuzjazmie i bolszewickim tempie z jakim budowana jest BAM, co już brzmiało groźnie, ale czarę goryczy przelała informacja o ulgach. Rozkaz obiecywał bowiem pracownikom niesłychane przywileje, m.in. skrócenie czasu odsiadki, przeniesienie do kolonii osiedleńczej czy nawet ułaskawienie. Jak pisze Sołoniewicz, brzmiało to jak „dzwon nad pogrzebanymi żywcem”. Władza sowiecka – o czym zdążono się już przekonać – niczego za darmo nie obiecywała. Skoro zaś obiecała, to można było przyjąć, że warunki pracy będą wprost niesłychane. W łagrze wybuchła panika, rozpoczęły się zamieszki, podpalano baraki, a nawet lokomotywy. Były próby ucieczek, szybko kasowane łącznie ze skasowaniem samych uciekinierów. Niektórzy osadzeni odcinali sobie kończyny, byle nie zostać wywiezieni na budowę. Dziś ocenia się, że w nieludzkich warunkach, w jakich powstawała ta linia kolejowa, zginęło ponad 150 tys. osób. Trudno znaleźć na kuli ziemskiej przedsięwzięcie, które pochłonęło taką liczbę ofiar. Przy budowie Kanału Panamskiego, chyba największego wyzwania inżynierskiego na jakie zdecydował się człowiek, życie straciło „zaledwie” 25 tys. robotników.

bam

Katorżnicza praca przy budowie Bajkalsko-Amurskiej Magistrali

Mentalność łagrowa to – jak twierdzi Sołoniewicz – jeden z fundamentów sowieckiej „techniki rządzenia”. Technika zapobiegająca „odchyleniom”. Żadna inna władza w historii ludzkości nie stawiała sobie tak ogromnych wyzwań i żadna też, na drodze do spełnienia tych zamiarów, nie nagromadziła takiej ilości ofiar. To łagrowe myślenie, wtłaczane masom z żelazną konsekwencją, miało na celu zawładnięcie ich umysłami, by wytworzyć w nich przekonanie o niemożności odejścia od komunizmu (tępienie mas).

Zamach

„Rosja w łagrze” była pierwszą pozycję opowiadającą o rzeczywistości sowieckiej oraz nieludzkich łagrach. O prawie 40 lat wyprzedziła ona „Archipelag Gułag” Sołżenicyna (1973). Jej wydanie przyniosło autorowi splendor, a honararium (wraz z pieniędzmi jakie wygrał jego brat w walkach zapaśniczych) pozwoliło na założenie i wydawanie pisma adresowanego do rosyjskiej emigracji. Pierwszy numer „Gołosu Rossii” (Głosu Rosji) ukazał się w czerwcu 1936 r. w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy i w zasadzie, w związku z tym, że siedziba redakcji znajdowała się w Sofii, obliczony był na emigrację mieszkającą w Bułgarii. Dość szybko zyskała jednak uznanie wśród Rosjan mieszkających w innych krajach. Nim wybuchła II Wojna Światowa docierała ona do czytelników w 52. krajach. Gazeta swą popularność zawdzięczała prostemu przekazowi i polemicznemu tonowi, nie unikała też trudnych tematów i starała się nie zasklepiać w poglądach. Była jednak przez część emigracji krytykowana, gdyż Sołoniewicz zaczął traktować ją jako tubę dla swoich radykalnych poglądów. Obwołał się na jej łamach „sztabskapitanem”, stając się swego rodzaju guru dla zwolenników reprezentowanych przez siebie poglądów. Ta deklaracja dała zresztą początek Ruchowi Ludowo-Monarchistycznemu, którego członków zaczęto nazywać właśnie sztabskapitanami.

Działalność polityczna Sołoniewicza nie mogła ujść uwadze NKWD, które śledziło jego każdy ruch. 3 lutego 1938 r. do sofijskiej redakcji „Gołosu”, w którym oprócz Iwana pracowała jego żona Tamara oraz syn Jurij, przyniesiono przesyłkę z bombą. Była zaadresowana imiennie na Iwana, ale otworzył ją sekretarz redakcji Nikołaj Michajłow i to on oraz Tamara stali się ofiarami eksplozji. Iwan z synem przeżyli, gdyż znajdowali się w innym pomieszczeniu. Po zamachu środowisko emigracyjne w Bułgarii odsunęło się od Sołoniewiczów i zaczęło nawet postulować u bułgarskich władz o zamknięcie pisma. Ostatecznie Sołoniewicze wyjechali do Niemiec, gdzie Iwan skorzystał na swojej popularności głosząc odczyty, z których honoraria pozwoliły mu założyć nową gazetę.

Wojciech Stańczyk

soloniewicz3 Iwan Sołoniewicz – Z wykształcenia prawnik, z zawodu dziennikarz — w 1933 roku, uznając, że nie może dalej żyć w państwie totalitarnym, postanowił uciec z Rosji bolszewickiej. Wraz z bratem Borysem i synem Jurijem zostali złapani w trakcie próby ucieczki i skazani na wieloletni pobyt w poprawczych obozach pracy. Trafili do największego w tym czasie systemu łagrowego — Kanału Białomorsko-Bałtyckiego. Od samego początku pobytu w łagrze, nie widząc szans na normalne życie w państwie bolszewików, myśleli o powtórnym zorganizowaniu ucieczki. Dzięki sprytowi, inteligencji i niezwykłej sprawności fizycznej (wszyscy byli sportowcami), Sołoniewiczom udało się wydostać z łagru i przejść przez zieloną granicę do Finlandii.

Powrót Zyty Oryszyn

Nie sposób przejść obok tej książki obojętnie, a i skreślenie o niej paru słów nie jest rzeczą prostą, by nie popaść w banał i rutynę. Autorka podjęła się niezwykle trudnego i gorącego politycznie tematu, a więc powojennych wysiedleń i wielkiej wędrówki ludów XX wieku.

Zyta Oryszyn: Ocalenie Atlantydy, Świat Książki 2012

Oto biedna, wielopokoleniowa polska rodzina z ziem wschodnich dociera na Dolny Śląsk i tu urządza się na nowo. Nadzieja przeplatana ze strachem. Aura niepewności jutra, codzienne zmaganie się z rzeczywistością PRL-u na nieznanym sobie gruncie i wśród obcych ludzi – oto tło opowieści. Na pierwszym planie rozmaite osobowości, o różnych temperamentach, różnym postrzeganiu rzeczywistości, czasem budzący litość, czasem śmiech, czasem odrazę i niesmak. Wszystko to opowiedziane wysublimowanym piórem, sposobem narracji przypominającym samego Wańkowicza. Ambitna literatura, która skłania do refleksji i pobudza do myślenia. Takie książki nie trafiają do świadomości masowego odbiorcy, który o tamtym czasie ma mgliste pojęcie. Jeśli jednak ten odbiorca na „Ocalenie Atlantydy” się natknie, to – z całą pewnością – pojmie czym tak naprawdę wysiedlenia były  i jak kształtowała się powojenna rzeczywistość. Widać ją zarówno oczami Polaków, jak i Niemców.

Młodszym czytelnikom nazwisko Oryszyn nie powie wiele. Autorka debiutowała w 1970 r. książką „Najada”, po której wydała jeszcze „Melodramat” (1971) oraz „Gaba-Gaba czyli 28 części wielkiego okrętu” (1972). I zniknęła. Niemal na całą dekadę. Wtedy, w 1981 r., objawiła się „Czarną iluminacją” (1981) w podziemnym wydawnictwie NOWA 0raz „Madam Frankensztajn” (1984) i znów zamilkła, tym razem na lat sześć, gdy w PoMoście ukazała się „Historia choroby, historia żałoby” (1990).  Po niej znów kazała o sobie zapomnieć, tym razem aż na 22 lata. Niektórym przypomni się opowieść o Edwardzie Stachurze, któremu żona chciała podarować dwa swoje palce, gdy pociąg odciął mu cztery własne. Tą żoną była właśnie Oryszyn. Według Janusza Andermana, którego wypowiedź przytacza wydawca na okładce, głos autora po tylu latach można nazwać debiutem, bo to już nie tylko inna rzeczywistość, ale zupełnie inny twórca. Nie do końca się z tym zgodzę, wszak – co oznajmia czytelnikom autorka – książka była pisana szmat czasu, a obszerne jej fragmenty stanowią utwory napisane jeszcze w drugim obiegu (plus rozdział „Cudza skóra czyli historia choroby, historia żałoby”). Jest to więc raczej próba przypomnienia się czytelnikowi, być może zapowiedź kolejnego tytułu, sygnał, że Zyta Oryszyn wróciła z dalekiej podróży. Miejmy taką nadzieję.

Przywołałem Wańkowicza nieprzypadkowo. „Ocalenie Atlantydy”, tak w warstwie emocjonalnej, jak i literackiej, nieodparcie nasunęło mi skojarzenia, najpierw z „Zielem na kraterze”, a potem z „Na tropach Smętka”. Z jednej strony Polska, której nie ma, owa zatopiona Atlantyda, z takim sentymentem wspominana przez Wańkowicza, a z drugiej strony Polska, którą „podarowali” Polakom alianci. Obca, inna, strasząca smętkami, budząca lęk. Oczami jednej z bohaterek (Babki) widzimy tę rzeczywistość tak:

Miasto okazało się czymś dziwacznym, zamiast piaszczystej drogi, była w nim brukowana ulica. Po obu jej stronach nie rosły żadne sosny, tylko stały rzędem kamienice. Po wodę nie chodziło się do rzeki, ale do kranu, kran się odkręcało i zakręcało i trzeba się było codziennie myć, a jeść nie z garnka czy patelni, ale (…) z porcelany. Nie było stodół, tylko drewniane komórki. W takiej komórce mieścił się tylko węgiel, za ciasno w niej było na sprytny schowek z wentylacją. Na fekalia i urynę było nie wiadro, ale osobny malutki pokoik z okienkiem, w pokoiku stało porcelanowe krzesło z dziurą, dziura była za mała, żeby się do niej wcisnąć.

W tych warunkach, gdy nie wiadomo było czy wojna nie wybuchnie na nowo, ów komfort był mniej ważny. Ważniejsze było bezpieczeństwo, a więc możliwość ukrycia się i ucieczki.  To podstawa, zawsze gdy czas niepewny. Zyta Oryszyn zdaje się to wciąż czuć – w przenośni dosłownie:

uciekać zawsze było przed czym. Ledwo się zapominało o jednym śmierdzącym moczem i rybimi łuskami strachu, a tu trzeba było się bać czego innego.

Jest coś w tych opowieściach. Coś nieuchwytnego, poruszającego. Oryszyn zdaje się gonić uciekający czas, to swego rodzaju  świadomość spóźnienia. Odchodzą świadkowie tamtej epoki, u części pewne zdarzenia się zacierają. Jak to ujmuje wybitny znawca Kresów prof. Stanisław Nicieja, świadkowie ci odchodzą w smugę cienia, a każdy miesiąc czyni spustoszenie w tkance pamiętających Atlantydę. Oryszyn sprawiła, że nad tym ważnym momentem dziejów, nie zapadła całkiem kurtyna. Atlantyda ocalała.

Wojciech Stańczyk

Eugeniusz Bodo – przemilczana biografia

Niewiele jest postaci, którym komuniści w tak perfidny sposób zmanipulowali biografię jak Eugeniuszowi Bodo.  I niewiele jest biografii tak smutny i tragiczny przebierających finał.  Niesłychanie wszechstronny artysta, genialny aktor, piosenkarz, tancerz, ulubieniec publiczności, ale również producent, przedsiębiorca, punkt odniesienia kreatorów mody, elegancji i szyku lat 30. XX wieku, zmarł w 1943 r. z głodu i wycieńczenia w sowieckim łagrze w Kotłasie w obwodzie archangielskim. Ten fakt skrzętnie przez lata ukrywano, próbując forsować wersję o rozstrzelaniu go przez hitlerowców podczas oblężenia Lwowa w 1941 r.

  Ryszard Wolański: Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań

Nakładem Wydawnictwa Rebis ukazała się książka autorstwa Ryszarda Wolańskiego „Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań”.  Jest to świetny dokument, odsłaniający przed nami zarówno postać cudownego dziecka polskiego show-biznesu czasu międzywojnia, jak i perfidne metody komunistycznej bezpieki.

Bodo, właściwie Bogdan Eugène Junod, urodził się w 1899 r. w Genewie. Ojciec był Szwajcarem, matka Polką. W niedługi czas po urodzeniu Junodowie przeprowadzili się na ziemie polskie, gdzie trudnili się prowadzeniem kabaretów i kinematografu. W 1903 r. ojciec założył w Łodzi pierwszy bioskop – nieme kino, a następnie teatrzyk typu variétés „Urania”. Małżeństwo rodziców Eugeniusza nie przetrwało jednak próby czasu. Junodowie rozwiedli się, a sam Bodo (pseudonim utworzony z pierwszych sylab imienia Bohdan i trzeciego imienia matki – Dorota) pozostał przy ojcu. Nie był to łatwy okres, gdyż mając 16 lat przyszły ulubieniec polskiej sceny, uciekł od ojca i sam zaczął zarabiać na własne utrzymanie.  Występował w kabaretach i sztukach rewiowych, najpierw w Poznaniu i Lublinie, potem w Warszawie, m.in. w kabaretach: „Qui Pro Quo”, „Morskie Oko”, „Cyganeria” i „Cyrulik Warszawski”. W 1924 r. dostaje do wykonania przeróbkę francuskiej piosenki „Titine” i śpiewa ją tak, że momentalnie staje się wielkim przebojem, a oblegane przez publiczność stołeczne sceny wyrywają sobie Boda z rąk. Rok później debiutuje w filmie „Rywale”,wraz z którym „bodomania” zaczęła wylewać się poza stolicę. Zagrał w ponad trzydziestu produkcjach. Najchętniej obsadzano go w roli amantów, ale nie stronił od ról tragicznych i komediowych. Jest też pionierem reklamy. Promuje krawaty od Chojnackiego, kapelusze Młodkowskiego i marynarki Old England. Odrzuca jednak propozycję zagrania w reklamie alkoholu, tłumacząc, że jest abstynentem i straciłby swoją wiarygodność. Reklamodawca podbija ofertę, ale aktor pozostaje nieugięty.

W 1933 r. Bodo zakłada własną firmę producencką Urania Film, która wprowadza na ekrany siedem hitów, m.in. „Czarną Perłę” z sobą w roli głównej i tahitanką Reri (podówczas również jego partnerką życiową) w roli tytułowej. W 1938 r. zakłada przy ul. Pierackiego 15 (obecnie Foksal) lokal Café Bodo, który prowadzi wspólnie z matką. W tym samym roku debiutuje jako reżyser. W chwili wybuchu wojny kończy pracę nad filmem sensacyjnym „Uwaga – szpieg!”, w którym grał rolę polskiego oficera kontrwywiadu zwalczającego niemiecką agenturę. Z tego powodu, we wrześniu 1939 r. ucieka do sowieckiej strefy okupacyjnej.  Trafia do Lwowa. Od jesieni 1939 r. do połowy 1941 r. występuje na scenach jako gwiazda. Uczestniczy w tournée po radzieckich miastach, nagrywa po rosyjsku piosenkę „Tylko we Lwowie”.  Nie czuje się jednak bezpiecznie i podejmuje decyzję o wyjeździe. Postanawia odkurzyć swe właściwe nazwisko i korzystając z wciąż posiadanego obywatelstwa szwajcarskiego wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Ta decyzja okazała się tragiczna w skutkach. Na NKWD, gdzie Bodo zgłosił się by – zgodnie z prawem i w legalny sposób – załatwić pozwolenie i wizę wyjazdową, postawiono mu zarzut szpiegostwa na rzecz obcego wywiadu… Zarzut wyssany z palca, zupełnie nie posiadający podstaw. Aktor zostaje poddany okrutnym przesłuchaniom, a następnie skazany na 5 lat ciężkiego obozu wychowawczego jako element społecznie niebezpieczny. Nie dane mu było doczekać. Zmarł już po dwóch latach.

Ryszard Wolański „Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań”, Wydawnictwo Rebis 2012, str. 408

Wojciech Stańczyk

Żołnierze wyklęci – kim byli i czemu tak bała się ich PRL-owska Polska?

Walki zbrojne w Polsce nie ustały wraz z podpisaniem kapitulacji przez hitlerowskie Niemcy. Peerelowscy pseudohistorycy nazywali ten okres „epoką walki o utrwalenie władzy ludowej”. Tak naprawdę – był to czas, kiedy komuniści pozbywali się ostatnich, prawdziwych obrońców niepodległej Polski. Wielu z nich poległo z bronią w ręku, a innych więziono i poddawano okrutnym torturom. Część z nich zasiadała na ławie oskarżonych w procesach pokazowych, których wynik był z góry przesądzony- natychmiastowy wyrok śmierci. Nazywano ich „zaplutymi karłami reakcji”, a wszystkie niepodległościowe organizacje, do których należeli, określano jako „faszystowskie bandy”. W latach 1945-1956, według ciągle niepełnych danych, z rąk polskich i sowieckich komunistów zginęło 8,6 tys. żołnierzy podziemia niepodległościowego, a 5 tys. skazano na karę śmierci. Dodatkowo, w obozach i więzieniach śmierć poniosło ponad 20 tysięcy „żołnierzy wyklętych”. Tylko nielicznym udało się przetrwać stalinowski reżim, mimo to władza ludowa nie dawała im spokoju. Jako „reakcyjni bandyci” stale znajdowali się pod baczną obserwacją zawsze czujnych służb bezpieczeństwa.

Dla instalującej się władzy ludowej partyzanci stanowili poważne zagrożenie. Żołnierzy podziemia niełatwo było wykryć, a ich działalność, skupiająca się na likwidacji Sowietów i kolaborujących z nimi polskich komunistów, była znakiem sprzeciwu wobec radzieckiej okupacji. Partyzanci podziemia wierzyli w rychły wybuch III wojny światowej, który mógłby Polsce przynieść niepodległość. Jednak sfałszowane wybory z 1947 roku i bierność Zachodu wobec tego faktu, zaczęły rodzić w „leśnych szeregach” pesymizm i przekonanie o bezsensowności dalszego oporu. Ujawnianiu się partyzantów sprzyjała też ustawa amnestyjna wprowadzona w marcu 1947 roku

Amnestie przedstawiono jako akt dobrej woli i łaską zwycięzców nad zwyciężonymi. Aby osiągnąć pożądany sukces, zaangażowano aparat propagandy. Faktycznym celem amnestii była likwidacja zorganizowanego oporu przeciwników władzy ludowej. Obietnic amnestyjnych nie dotrzymano. Zebrana w toku przesłuchań wiedza, posłużyła do późniejszych represji wobec ujawnionych i dotarcie do osób nadal prowadzących walkę. W czasie amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, swoją działalność ujawniło także 23 257 osób przebywających w więzieniach. Łącznie amnestia objęła 76 774 osoby.

Jednak nie wszyscy postanowili się ujawniać, choć działania propagandy sprawiły, że informacja o amnestii trafiła do większości partyzantów. Kiedy trafiła ona do majora Hieronima Dekutowskiego ps. Zapora, dowódcy partyzanckiego oddziału, miał on rzec do swoich żołnierzy: „Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy wojsko polskie”. Zaledwie pół roku po tych słowach „Zapora” został złapany. Przez okres ponad roku był więziony i okrutnie maltretowany. Dla jeszcze większego upokorzenia – majora Dekutowskiego oraz jego podkomendnych, podczas procesu odbywającego się w listopadzie 1948 roku, ubrano w mundury Wermachtu. Na „Zaporę” i jego sześciu żołnierzy zasądzono wyrok śmierci, który niezwłocznie wykonano. W chwili śmierci, pomimo tego, że miał tylko 30 lat, wyglądał jak starzec z siwymi włosami, wybitymi zębami, połamanymi rękami, nosem i żebrami oraz zerwanymi paznokciami. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Przyjdzie zwycięstwo! Jeszcze Polska nie zginęła!”.
Major Dekutowski był jednym z wielu żołnierzy z podziemia niepodległościowego, których po okrutnym śledztwie, na podstawie „prawomocnego wyroku” sądu skazywano na śmierć. Do bardziej znanych „żołnierzy wyklętych” należą chociażby: Józef Kuraś ps.”Ogień”, Zygmunt Szendzielarz ps. „Łupaszka”, Stanisław Sojczyński ps. „Warszyc”, Danuta Siedzikówna ps. „Inka” i wielu, wielu innych. Natomiast ostatnim oficerem polskiego podziemia był Stanisław Marchewka ps. „Ryba”, który zginął z bronią w ręku w marcu 1957 roku. Dłużej od niego przetrwał tylko Józef Franczak ps. „Lalek”, zabity przez SB na Lubelszczyźnie w marcu 1963 roku. Fizyczna eksterminacja żołnierzy antykomunistycznego podziemia nie wystarczyła komunistom. Dobrze wiedzieli, że z ofiary ich życia może w przyszłości powstać mit, z którego nowe pokolenia Polaków będą czerpały siłę do walki z komuną. Podlegli sowietom politycy w Polsce obawiali się , że miejsca złożenia ich ciał staną się miejscem patriotycznych manifestacji społeczeństwa. I właśnie dlatego, zabitych czy też zamęczonych partyzantów chowano potajemnie. Najczęściej nocą, w dołach kloacznych, na torfowiskach, wysypiskach śmieci, często posiłkując się wapnem rozkładającym zwłoki.

Na podstawie: http://niewiarygodne.pl/

Polecana literatura:

        

Stalin – państwowy morderca

   Eugeniusz Duraczyński: Stalin. Twórca i dyktator supermocarstwa

Nakładem wydawnictwa Bellona ukazała sie monumentalna biografia Józefa Stalina autorstwa prof. Eugeniusza Duraczyńskiego. Książka jest owocem wieloletnich badań tego uczonego nad fenomenem Stalina, któremu w sukurs przyszła rzadka sposobność, jaką była sześć lat trwająca misja stałego przedstawiciela Polskiej Akademii Nauk  przy Rosyjskiej Akademii Nauk (stanowisko to zostało utwor­zone w 1995 r. w wyniku porozu­mienia władz obu Akademii). Duraczyński miał duże szczęście, bo dzięki temu udało mu się dotrzeć do zasobów, do jakich nie dotarł wcześniej żaden inny badacz spoza strefy języka rosyjskiego.

W nocy z 24 na 25 lutego 1956 r. przywódca ZSRR Nikita Chruszczow wygłosił w czasie XX Zjazdu KPZR tajny referat „O kulcie jednostki i jego następstwach”. Poddał w nim ostrej krytyce swojego poprzednika, a więc Józefa Stalina i stworzony przez niego system zbrodni, wywołując wstrząs w świecie komunistycznym. Jak pisał prof. Leszek Kołakowski „następca Stalina oznajmił partii, a rychło całej kuli ziemskiej, że wczorajszy wódz postępowej ludzkości, natchnienie świata, ojciec narodu radzieckiego, wielki koryfeusz nauki, największy geniusz militarny i największy geniusz w dziejach w ogólności był mordercą milionów, oprawcą, paranoikiem, a przy tym nieukiem w sprawach wojskowych, który doprowadził państwo sowieckie na skraj przepaści”. Chruszczow oskarżał Stalina o wymordowanie tysięcy członków partii, powszechne stosowanie terroru, budowanie kultu własnej osoby i pychę. Nazywał go też państwowym mordercą. Słowa Chruszczowa były wstrząsem dla wszystkich uczestników XX Zjazdu KPZR, w tym również dla towarzyszy z zagranicy, którzy się w Moskwie bardzo licznie stawili. Wstrząsem, ale i ulgą, gdyż Chruszczow powiedział na głos to, o czym mówiło się w wielu kręgach już za życia Stalina, lecz obawa o własne życie skutecznie sznurowała wszystkim usta.

Tym, co najcenniejsze w tej książce, jest z pewnością ukazanie procesu narodzin stalinizmu i kultu Stalina. Biografia nie przynosi jakichś szczególnych odkryć, czy zaskakujących nieznanych faktów. Oczywiście widzimy drogę, jaką Dżugaszwili przeszedł w drodze na Kreml, widzimy jak izolowane na arenie międzynarodowej pierwsze państwo komunistyczne przeradza się w potworną i zbrodniczą machinę, ale widzimy przede wszystkim mechanizmy, które doprowadziły do powstania stalinowskiej tyranii i jej krzepnięcia.Widzimy zaszczutych i bojących się własnego cienia ludzi, którzy – bądź zbiegiem okoliczności, bądź drogą rozmaitego poplecznictwa – znaleźli się w najbliższym otoczeniu Stalina. I przede wszystkim dociera do nas jedno niepokojące przekonanie, że wciąż, mimo ogromu zbrodni i milionów ofiar, postać ta ma całkiem sporą liczbę entuzjastów. Rzecz nie do pomyślenia przy pochylaniu się nad biografią Hitlera. Jak podaje Duraczyński, ponad połowa dorosłych Rosjan uważa, że Stalin zrobił więcej dobrego niż złego dla Rosji, a 36% młodych ankietowanych (do 35. roku życia) jest przekonanych, że zasługi Stalina, tzn. uczynienie z ZSRR światowego mocarstwa, czego nie udało się osiągnąć  poprzednikom (również z okresu caratu), rozgrzeszają jego błędy.  Dodajmy, że  mocarstwo to władało politycznie i mentalnie znacznie szerszym terenem niż  wynikało to z obowiązujących granic. Stalinowskie matryce odciskały bowiem swoje kopie na wszystkich kontynentach, a i polską ziemię i polskie umysły dość skutecznie głęboko rozorały…

Książki Duraczyńskiego nie da się ot tak przeczytać i odstawić na półkę. Historia, owa nauczycielka życia, uczy, że niczego nie należy być pewnym. A z pewnością nie należy być pewnym tego, że podobny koszmar, jaki stał się udziałem mieszkańców imperium sowieckiego, nie powtórzy się już nigdy więcej. Dopóki władza utrzymywać się będzie dzięki wzbudzaniu strachu wśród obywateli, wzmacnianiu opresyjności prawa, a przy tym przy zastosowaniu mechanizmów okłamywania i stępiania wrażliwości społeczeństwa, nie możemy mówić, że stalinizm to li tylko upiór z przeszłości.

Wojciech Stańczyk

 

%d blogerów lubi to: