Archiwa blogu

Jak to z Chłopczykiem było?

hiroszimka

6 sierpnia 1945 r. Wybuch bomby atomowej nad Hiroszimą

Podczas gdy świat z coraz większym niepokojem spogląda na Daleki Wschód i atomowe pogróżki Korei Północnej, proponuję zapoznać się z historią wynalazku, o którym węgierski fizyk Leo Szilard powiedział: „był jednym z największych błędów w dziejach, który doprowadził gatunek ludzki do ostatecznego upadku statusu moralnego”. Pasjonującą opowieść o tym, jak to z tą bombą było, przynosi książka Andrew J. Rottera „Bomba atomowa. Świat wobec zagrożenia”. Przedstawia ona zarówno tło polityczne decyzji o budowie bomby, rezultaty naukowych odkryć i w końcu skutki, jakie ów „projekt badawczy” przyniósł. W dodatku przedstawia wiele nieznanych wcześniej szczegółów, gdyż Rotter miał dostęp do szeregu materiałów dopiero co odtajnionych.

Mniejsze zło?

Zrzucenie bomby jądrowej na Hiroszimę 6 sierpnia 1945 r. wydaje się być faktem pełnym prostoty i logiki.  Jeden samolot, jedno miasto, jeden sierpniowy poranek i jedna bomba, pieszczotliwie nazwana „Chłopczykiem” ( „Little Boy”). Paul W. Tibbets, dowódca bombowca „Enola Gay”, powiedział po latach, że nikt nie miał wątpliwości, że użycie tej broni przeciwko Japonii było moralnie oczywiste. Japończycy byli zbrodniarzami. Zdradziecko zaskoczyli Pearl Harbor, okrutnie postępowali z jeńcami, nie mieli litości dla cywilów i bezwzględnie traktowali podbite przez siebie kraje w rejonie Azji Południowo-Wschodniej i na Pacyfiku.  Bomba atomowa, zdaniem wielu, była właściwą karą dla narodu, który przyniósł światu wojnę i nędzę, karą współmierną do wszystkich japońskich zbrodni. Do dziś nie brakuje historyków, twierdzących, że zgładzenie Hiroszimy i Nagasaki, uchroniło Japonię i świat od jeszcze większego rozlewu krwi i ilości ofiar śmiertelnych.  Nim Stany Zjednoczone zdecydowały się sięgnąć po to rozwiązanie trwały przecież bezwzględne naloty na japońskie miasta, które przynosiły przecież tysiące ofiar, a na cesarzu Hirohito wydawało się to nie robić żadnego wrażenia. Zwolennicy użycia broni atomowej przeciwko Japończykom starają się tę decyzję uzasadnić argumentem „mniejszego zła”. Owszem jest to ohydna broń, owszem zło, ale jego ostatecznym celem było przecież zakończenie wojny. A wojna to przecież zło w czystej postaci. Ładunek niesiony przez Enola Gay był zatem zalążkiem pokoju, a więc przyniósł dobro. Czy aby na pewno?

Pomijając oczywisty fakt, że żadni ludzie, niezależnie od tego jak postępują ich rządy, nie zasługują na to, by ulec unicestwieniu za sprawą broni tak strasznej jak bomba nuklearna i nic nie uzasadnia sięgnięcia po to rozwiązanie, zrzucenie bomb na Hiroszimę i Nagasaki pchnęło wiele rządów na drogę nuklearnych eksperymentów. Gdy Józef Stalin usłyszał o Hiroszimie, natychmiast poparł przełomowy program budowy sowieckiej bomby jądrowej, którego efektem było zdetonowanie megaładunkowej bomby „Big Iwan” w rejonie Morza Arktycznego (w 1961 r.). Na własny program zdecydowali się też dumni ze swojego wkładu w „Projekt Manhattan” Brytyjczycy (w laboratorium w Los Alamos pracowało dziewiętnastu obywateli Zjednoczonego Królestwa), a w niedługi czas później Francuzi, którzy na Saharze i polinezyjskim Atolu Mururoa w latach 1960-1996 wykonali ponad dwieście prób jądrowych. W ślady mocarstw świata zachodniego poszły następnie Chiny, Indie, Pakistan oraz Korea Północna. Podejrzewany o posiadanie tej broni Iran, jeśli nawet nie skonstruował ładunków, to jest już zdolny do wytworzenia masy krytycznej kluczowej dla nuklearnej reakcji łańcuchowej.  Zdolne do tego są ponadto Izrael i RPA. Taka jest cena mniejszego zła.

Compton, Fermi, Lawrence czyli nobliści w służbie bomby atomowej

Trzeba od razu zaznaczyć, że amerykański potencjał naukowy przełomu lat 30. i 40. XX wieku nie był tak wszechstronny i bogaty, by móc samodzielnie i bez posiłków z zewnątrz zrealizować projekt badawczy, któremu nadano potem nazwę Manhattan. Potencjał finansowy był jednak wystarczający, by ściągnąć do Los Alamos naukowców z różnych stron świata i rzucić ich na szeroką wodę badań nad skonstruowaniem bomby atomowej. Administracja Roosevelta, wojskowi amerykańscy i wszyscy, którzy w tej wojnie stali po „słusznej stronie”, nawet – jak pisał później Winston Churchill – ani chwili nie dyskutowali nad tym czy powinno się tej bomby użyć czy nie.  Leslie Groves, twórca i kierownik Projektu Manhattan, napisał w swej historii, że nie miał cienia wątpliwości, że broń, nad którą jego zespół pracuje, miała zostać użyta przeciwko wrogom Stanów Zjednoczonych. Nie wiedział tylko którym, dopiero po 7 grudnia 1941 r., a więc po japońskiej napaści na Pearl Harbor, nabrał pewności kto stanie się ofiarą ich prac.  To przekonanie powszechne jednak nie było, gdyż Niemcy również pracowali nad bombą i istniała obawa, że to ich naukowcy mogą wygrać w tym korespondencyjnym wyścigu. Poza tym, mimo wszystko, nazizm budził większą odrazę niż imperialne zapędy Tokio. Za twierdzeniem Grovesa przemawiało jednak coś więcej niż tylko chęć odwetu za Pearl Harbor. Gdyby bowiem bomba okazała się niewypałem, a takie ryzyko istniało, Niemcy – w przeciwieństwie do Japończyków – byli ją w stanie z korzyścią dla siebie zdemontować i poddać analizie, a do tego nie można było dopuścić.

groves-and-oppenheimer1

Leslie Groves i J. Robert Oppenheimer podczas prób atomowych w Nevadzie

Początkowo prace nad amerykańską bombą toczyły się na kilku frontach naraz. W Columbii pracowano nad budową reaktora (stosu) do uzyskania reakcji łańcuchowej oraz eksperymentowano z pozyskaniem U-235 metodą dyfuzji gazowej. W Princeston również pracowano nad stosem, ale seperacji uranu próbowano dokonać w wirówce i dyfuzji termalnej. Prace prowadzono też w Chicago i Berkeley, gdzie Lawrence próbował pozyskać rozszczepialny uran z wykorzystaniem cyklotronu. Artur Compton, podówczas autorytet w zakresie fizyki jądrowej, noblista z 1927 r. (za odkrycie zjawiska rozpraszania promieniowania elektromagnetycznego po zetknięciu z materią) zestawiając wyniki prac wszystkich ośrodków uznał, że wiele wniosków się dubluje i badania na kilka ośrodków są nieefektywne. Mając wszelkie prerogatywy w swoich rękach skupił wszystkie prace w jednym miejscu. W Chicago – prace  tego ośrodka na tle pozostałych szły tu wprawdzie najwolniej, ale miasto to, znajdując się wgłąb kontynentu nie było narażone na bombardowania i było dość dobrze rozwinięte. Powstały z połączenia ośrodków instytut nazwano Laboratorium Metalurgicznym, który przeszedł do historii pod nazwą Met Lab. Compton postawił przed nim trzy zadania: po pierwsze, uzyskać reakcje łańcuchową z użyciem uranu naturalnego; po drugie, uzyskać z rozszczepionego uranu pluton; po trzecie, wynieść z tego pilotażowego doświadczenia przekonanie i wiedzę potrzebną do budowy fabryki na tyle dużej, by wyprodukować paliwo nuklearne do bomby. Potrzebny był reaktor jądrowy, zadanie jego wykonania otrzymał włoski fizyk Enrico Fermi, opromieniony sławą odkrywcy nowych pierwiastków promieniotwórczych (Nobel w 1938 r.) i z zadania tego wywiązał się znakomicie. 2 grudnia 1942 r., na korcie do squasha w opuszczonym kompleksie sportowym Amos Alonzo, Fermi skonstruował stos, w którym uzyskał pożądana reakcję łańcuchową.

drawing-two-of-chicago-pile1

Sala do squasha posłużyła E. Fermiemu do skonstruowania reaktora. Podczas próby uruchomienia reakcji łańcuchowej nie pozwolono wykonywać fotografii – ilustracja opiera się na szkicach i opowiadaniach uczestników

W tym samym mniej więcej czasie, pracujący w Berkeley kolejny noblista Ernest Lawrence (1939 r. za stworzenie cyklotronu) zbudował urządzenie, w którym udało mu się wzbogacić uran do obiecującego poziomu 35 procent. Compton przyjął jego osiągnięcia z entuzjazmem, choć nie dał tego po sobie poznać stwierdzając enigmatycznie, że trzeba jeszcze pokonać liczne przeszkody techniczne. Ostatecznie do poprowadzenia prac nad skonstruowaniem bomby zatrudniono J. Roberta Oppenheimera, potomka żydowskich emigrantów z Niemiec, bliskiego współpracownika Lawrence’a z Berkeley. Oppie, jak go powszechnie nazywano, miał jedną niesłychaną cechę. Umiał z dziesiątków teorii i hipotez wyprowadzić krzyżujące się wątki. Jego genialny instynkt nadał pracom zespołu niesłychanej dynamiki. Historia Oppenheimera to zresztą osobny rozdział, niewygodny symbol naukowego i technicznego sukcesu, osiągniętego nie tyle w celu postępu, ale dla unicestwienia setek tysięcy osób za jednym zamachem. Oppie czuł się winny z powodu swej roli w budowie bomby. Miał powiedzieć Trumanowi, że ma (według innych relacji: „mamy”) krew na rękach. Na co prezydent, jak sam wspominał, odpowiedział sarkastycznie: „To drobiazg. Zejdzie jak je pan umyje”. Zgodnie z innymi relacjami miał nawet wręczyć uczonemu chusteczkę.

Uzbrajanie Chłopczyka

5 kwietnia 1945 r., kilka dni po amerykańskim lądowaniu na Okinawie, Hirohito dokonał rekonstrukcji gabinetu.

Cesarz Japonii Hirohito

Cesarz Japonii Hirohito

Dotychczasowy nie był bowiem zdolny – przynajmniej zdaniem cesarza – na takie prowadzenie walk, by nieuchronny koniec odbył się drogą częściowych ustępstw. Bezwarunkowa kapitulacja, a takiej domagali się od Japonii alianci, nie leżała ani w charakterze, ani w tradycji tego narodu. Nie było na to zgody ani u cesarza, ani wśród wojskowych, ani u przeciętnego Japończyka. W gruncie rzeczy Hirohito chodziło o jedno, gwarancję nienaruszalności. Gotów był poddać się, ale nie na takich warunkach. W samym gabinecie nowego premiera Kantaro Suzukiego również nie było co do tego zgody, a i wśród dowództwa ścierały się na tym tle przeciwstawne koncepcje. Amerykanie, którzy czytali przechwycone japońskie depesze, nie mieli jasnego przekazu jaka jest tak naprawdę wizja kapitulacji Japończyków. Czego, oprócz gwarancji dla cesarza oczekują, jak też z czego mogą zrezygnować. Nie podobała się też w Białym Domu koncepcja Hirohito, by Amerykanie odstąpili od okupacji Japonii. Przechwytywane depesze mówiły też o jednym. Japończycy wciąż są gotowi na kontynuowanie wojny, a ich dowództwo przygotowało plan ostatecznej, totalnej bitwy obronnej. Co więcej plany te słusznie przewidywały, którędy Amerykanie będą chcieli zaatakować, by zdobyć Tokio i nawet pozwalały im na zdobycie przyczółków. Tym, co budziło jednak przerażenie Amerykanów, był sposób w jaki Japończycy zamierzają się bronić.  W oczekiwaniu na siły inwazyjne ponad dwadzieścia japońskich dywizji miało być rozmieszczonych na południu wyspy Kiusiu, do walk wciągnięci mieli zostać sami mieszkańcy. W pogotowiu było też pięć tysięcy pilotów kamikadze. Tylko pobieżny rzut oka na tę strategię mówił jedno. Będzie to wyczerpująca bitwa, która pociągnie niewyobrażalne straty nie tylko po stronie japońskiej, ale i po stronie aliantów.  Gdy w lipcu Truman otrzymał zapewnienie Stalina o wejściu do wojny na Pacyfiku, napisał do swojej żony: „wierzę, że Japki ugną się zanim wejdą Sowieci. Jestem pewien, że ugną się gdy nad ich głowami rozbłyśnie Manhattan”. Uranowy rdzeń „Chłopczyka” był już w drodze na Tinian, niewielką wyspę w archipelagu Marianów Północnych, gdzie stacjonowała eskadra amerykańskich bombowców.

Podpułkownik Paul W. Tibbets, pilot bombowca B-29 „Enola Gay” i dowódca eskadry, był jedynym człowiekiem na Tinian, którego wprowadzono w szczegóły Projektu Manhattan.  W październiku 1944 r.  otrzymał zadanie zbudowania w Wendover Field w stanie Utah załogi pilotów, którzy ostatecznie zakończą II Wojnę Światową. Pod jego dowództwem 509. zgrupowanie bombowców – wraz z całą obsługą naziemną – liczyło 1,8 tys. ludzi, z czego 117 stanowiło załogę trzynastu superfortec, szkoloną – bez ich wiedzy – do zrzucenia bomby atomowej.  Ćwiczyli nad Utah, Nevadą i Kalifornią zimą z 1944 na 1945 r. W słoneczny dzień wznosili się na wysokość 9 tys. metrów, brali kurs na okrągłe tarcze wyryte na pustyni i spuszczali ciężkie bomby z betonu, z materiałem wybuchowym umieszczonym z przodu. Tibbets instruował pilotów, by natychmiast po zrzuceniu bomb skręcali ostro o 155 stopni i jak najszybciej odlatywali z miejsca zrzutu. Po okresie prób, zaczęto tego typu bomby (z uwagi na rozmiar i pomarańczowy kolor nazywano je dyniami) zrzucać na japońskie cele na japońskich Marianach i Karolinach. Dowództwo liczyło, że w ten sposób nie tylko przygotuje się załogi do lotów z bombami atomowymi, ale i zwiedzie Japończyków, że pojedynczy B-29 nad ich niebem nie stanowi istotnego zagrożenia. Ładunki wybuchowe umieszczone w betonowych dyniach nie wyrządzały bowiem większych szkód.

little boy

Little Boy – bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę

Montaż „Chłopczyka” zakończył się ostatniego dnia lipca i 1 sierpnia mógł być już właściwie użyty, gdyż każda z trzynastu załóg była gotowa do spełnienia swego zadania. 2 sierpnia Tibbets wraz ze swoim celowniczym Thomasem Ferebee oraz generałem Curtisem LeMayem, dowódcą amerykańskiego lotnictwa na Pacyfiku, usiedli do map i nakreślili strategię zrzutu „Chłopczyka”.  W misji miało wziąć łącznie dziewięć bombowców. Pierwsze trzy, rozpoznawczo, miały przelecieć nad obranymi celami. Jeden nad Hiroszimą, jeden nad Kokurą i jeden nad Nagasaki. Miały zdać relację na temat warunków pogodowych. Czwarty oddelegowano na Iwo Jimę, jako rezerwę, gdyby bombowiec niosący bombę uległ jakiejś awarii, a wraz z nim dwa kolejne jako bombowce towarzyszące. Siódmy i ósmy stanowić miały asystę bombowca z ładunkiem nuklearnym. Dziewiątym był „Enola Gay” z Tibbetsem za sterami. Ustalono, że celem nr 1 będzie Hiroszima, a „Little Boy”  zostanie upuszczony w pobliżu mostu Aioi na rzece Ota. Dwa dni później odbyła się odprawa, podczas której uchylono pilotom rąbka tajemnicy. Nie użyto wprawdzie ani razu słowa „atomowy” czy „nuklearny”, ale zasygnalizowano, że w wyniku eksplozji powstanie coś na kształt grzyba i należy zrobić wszystko, by być od niego jak najdalej.

Pika-don

Hiroszimie, jako jednemu z miast celów atomowych, siły generała Curtisa LeMaya wyraźnie nie wyrządzały krzywdy. Trochę to nawet dziwiło mieszkańców miasta, stąd mnożyły się domysły. Przypuszczano m.in., że w Hiroszimie przebywa bliska rodzina Trumana (ciotka, a nawet być może matka), że piękno miasta urzekło Amerykanów i po kapitulacji Hirohito w Hiroszimie utworzą kurort, czy wreszcie, że postanowiono ją oszczędzić z uwagi na dużą ilość cudzoziemców tam mieszkających. Tak czy owak Hiroszima była nietknięta nalotami, a większość obywateli w głębi serca wiedziała, że wcześniej czy później i na ich miasto spadną bomby. Nie istnieje jednak standardowa opowieść o tym dniu w Hiroszimie. Każdy z ocalałych po wybuchu miał inne wspomnienia. Jednak zbombardowani podzielali pewne reakcje, w podobnych słowach i obrazach opisując swoje doświadczenia. Najczęściej pojawiającymi sią określeniami były słowa „pika-don”, czyli „błysk i huk”, a potem cisza i oszołomienie.  Wielu ludzi było po wybuchu obnażonych. Rotter przywołuje przypadek robotnika z fabryki zbrojeniowej, który ujrzał w deszczu nagą, błagającą o pomoc kobietę. Jej ciało było pokryte oparzeniami,  ale od udzielenia pomocy powstrzymywały go nie rany, ale nagość dziewczyny. Jednocześnie osobliwy przypadek rządził tym, kto ginął, a kto ocalał, unikając obrażeń. Tych opowieści nagromadziło się przez dziesięciolecia tysiące i nie sposób je tu przytoczyć.

Zgliszcza Hiroszimy

Zgliszcza Hiroszimy

Mimo prób zaprzeczenia, „Chłopczyk” wywołał ogromny szok. Hirohito miał powiedzieć do swojego szefa dyplomacji, że – skoro powstała taka broń – kontynuowanie wojny nie ma sensu i trzeba zrobić wszystko, by  zakończyć wojnę bez targowania się o jak najkorzystniejsze warunki kapitulacji.  Za tymi słowami nie poszły jednak czyny. Japonia wciąż nie zgadzała się na akceptację deklaracji poczdamskiej,  a żaden z jej dygnitarzy nie zmienił po Hiroszimie swojego stanowiska w tej sprawie. W takich okolicznościach zapadła decyzja o użyciu drugiej bomby, której celem przeznaczenia miała być pierwotnie Kokura, dopiero w drugiej kolejności Nagasaki.

Wojciech Stańczyk

Reklamy

Takashi Nagai – święty z Urakami

Sięgnąłem po tą książkę zachęcony okładkową zapowiedzią wydawcy: tragedia Nagasaki we wspomnieniach świadka. Mam bowiem w zanadrzu tekst poświęcony bombie atomowej i – pomyślałem – dobrze będzie zobrazować go opisem osoby, która na własnej skórze odczuła skutki wybuchu. Po jej przeczytaniu doszedłem jednak do wniosku, że książka zasługuje na uwagę również z innych powodów, w tym, jakby pomijanego i śladowo obecnego w literaturze tematu sieroctwa powojennego.

Takashi Nagai: Listy do dzieci, Promic 2012

Takashi Nagai (1908-1951) był lekarzem radiologiem, u którego wiosną 1945 r. – nim bomba atomowa zmiotła Nagasaki z powierzchni ziemi – zdiagnozowano przewleką chorobę popromienną  wywołaną promieniami X. Rozwijająca się białaczka i rokowania dające mu dwa-trzy lata życia, skłoniły jego i żonę do przygotowania dzieci na odejście ojca.  „Listy do dzieci” miały być dla nich swoistym testamentem, drogowskazem życiowym.  Bomba zweryfikowała te plany i okazała, jak nieprawdopodobne bywają koleje losu. Takashi przeżył wybuch, choroba popromienna przeszła z fazy przewlekłej w ostrą, a on sam żył jeszcze sześć lat. Były to lata pracy, ale również lata poświęcenia, cierpień i bólu. Wybuchu nie przeżyła natomiast jego żona oraz cała mieszkająca w Nagasaki rodzina. Życie dzieci udało się ocalić wywożąc je kilka dni wcześniej w góry do rodziców.

Jak odchodziłem od moich ukochanych dzieci – tak rozpoczyna swoją opowieść Nagai. I jest to książka na wskroś osobista, pełna wiary, miłości i oddania. Ukazująca zmagania owdowiałego i schorowanego ojca dwójki małych dzieci, których niebawem będzie musiał opuścić. Tragedia Nagasaki przewija się w tle.

Byłem wtedy w laboratorium, gdzie prowadziłem terapię radem. Zobaczyłem oślepiający blask światła. W tej samej sekundzie obróciły się w perzynę moja teraźniejszość i przeszłość, w gruzach legła także przyszłość (…). Z mojej żony, której powierzyłem opiekę nad dziećmi po spodziewanej własnej śmierci, pozostał jedynie stosik nadpalonych kości, które umieściłem w wiaderku. Spłonęła tak, jak stała, w kuchni.

Nagai nie wyszedł całkowicie ze szwanku. Oprócz zaostrzonej choroby popromiennej doznał poważnych obrażeń prawej strony ciała, w wyniku których stał się inwalidą niezdolnym do chodzenia bez cudzej pomocy.  Stracił też wieloletni dorobek naukowy, latami zbierane materiały, wyniki badań, eksperymentalne zdjęcia. Wszystko, w jednej chwili, ogarnęły czerwono-czarne płomienie. Nagai pisze, że poczuł się jakby nagle trafił do piekła. Zdał sobie jednak sprawę, że stanął przed olbrzymią, rzadką dla naukowca możliwością, zbadania choroby dotąd nie zbadanej, znanej garstce badaczy i lekarzy radiologów – choroby popromiennej. Zajął sie też badanie skażenia radiacyjnego. Badał próbki ziemi z okolic epicentrum. Zainicjował tez akcję zasadzenia tego obszaru tysiącem krzewów specjalnej odmiany wiśni, którą nazwano jego imieniem. Pod koniec życia, gdy wiedział iz niebawem umrze, postanowił posłużyć jako materiał badawczy dla studentów medycyny, by mogli obserwować odchodzenie człowieka. Był katolikiem, a więc wyznawał wiarę w Japonii rzadką, swego czasu zaciekle zwalczaną i karaną śmiercią.  Podkreślał wielokrotnie, że ma świadomość, iz jego postrzeganie rzeczywistości, wiara i poglądy, mogą nie być podzielane przez Japończyków. Gdy zmarł całe Nagasaki pokryło się żałobą, a gdy zabiły dzwony katedry Urakami, obwieszczające ceremonie żałobną ogłoszona została minuta ciszy.

Nagai zadaje fundamentalne pytanie: Co powinniśmy zrobić z dziećmi, które w wyniku wojny stały się sierotami? Trzeba tu zaznaczyć, że z problemem tym nie radziła sobie nie tylko Japonia, ale i wiele innych krajów. Co więcej jest to temat niezwykle wstydliwy również dla Polski. Sierocińce.  Zdaniem Nagai instytucje te, choć w założeniu miały służyc dobru dziecka, nigdy tego dobra mu nie dały, co zresztą się potwierdziło niemal wszędzie. Uważał, że to bardziej instytucja służąca wygodzie obywateli i rządzących. Zauważa, ze zaglądajac do sierocińca wszystko wyda się na pozór idealne, dzieci wydadzą się szczęśliwe i radosne., lecz gdy sie usłyszy ich płacz, to będzie zupełnie inny płacz niż ten, który usłyszelibyśmy w ich rodzinnym domu. Będzie to płacz wielkiej wszechogarniającej beznadziei.

Płacząca sierota spotyka sie z drwinami starszego kolegi czy koleżanki, krytyką nauczycielki i kazaniem tak zwanego tatusia (dyrektora – przypis WS). Woli więc zacisnąć zęby i stłumić potrzebe płaczu. Kiedy już nie może go powstrzymać, płacze inaczej niz zwykłe dzieci. Płacz sieroty nie jest błahą realizacją naturalnej potrzeby fizjologicznej, lecz wynika z desperacji, z czarnej, niezgłębionej rozpaczy.

Piszemy tu o książkach poświęconych bitwom, skandalom, obozom koncentracyjnym. Warto sie zastanowic nad ceną, jaka zapłaciły za wojnę osoby absolutnie niczemu nie winne. Oczekiwałbym też poważnej pozycji dotykającej tego problemu w Polsce.

Wojciech Stańczyk

%d blogerów lubi to: