Archiwa blogu

Sierow – sowietyzator Polski

Ta książka powinna się stać lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy uparcie propagują tezę, że wraz z przejściem przez Polskę Armii Czerwonej w latach 1944-45, przyniesiona została udręczonej Ojczyźnie upragniona wolność. Że Związkowi Radzieckiemu zawdzięczamy „wyzwolenie”. Nikita Pietrow, wicepr511-mediumzewodniczący Stowarzyszenia Memoriał, rosyjskiej organizacji dokumentującej zbrodnie czasów stalinowskich, w książce „Iwan Sierow – stalinowski kat Polski”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Demart, mówi jasno: nie! Działalność Sierowa na obszarach „wyzwolonych” potwierdza natomiast tezę, że wraz z „wyzwoleniem” Polska poddana została kolejnej, tym razem długotrwałej okupacji, której skutki odczuwalne są do dzisiaj.

Postać Iwana Sierowa, jaka wyziera z książki Nikity Pietrowa, nasunęła mi porównanie z dwoma postaciami. Jedną „zmyśloną” lejtnanta Michaiła Zubowa z „Zapisków oficera Armii Czerwonej” Sergiusza Piaseckiego, drugą jak najbardziej prawdziwą generała Michaiła „Wieszatiela” Murawjowa – bezwzględnego pacyfikatora Powstania Styczniowego. Obu łączyła przepełniona pochlebstwami służalczość wobec przełożonych, z tym, że o ile w przypadku tego pierwszego objawiała się ona na piśmie, to drugiego w czynach. Czynach okrutnych, krwawych, obmierzłych nawet dla innych zbrodniarzy, za które nie poniósł żadnej odpowiedzialności.
Iwan Sierow, pierwszy szef KGB to jedna z najczarniejszych postaci sowieckiego aparatu represji, wyjątkowy przykład prymitywnego i tępego urzędnika, który jakimś cudem dotarł na szczyt komunistycznej „wierchuszki”. Sam fakt wyspecjalizowania w fachu „pojmań, przesłuchań i rozstrzelań”, a przy okazji bycia lizusem, to trochę mało, by to racjonalnie wytłumaczyć, gdyż takich fachowców – albo i lepszych – Sowieci posiadali wielu. Mówią o tym przytaczani przez Pietrowa, współpracownicy Sierowa i historycy. Sam Stalin, dowiedziawszy się o metodzie, jaką Sierow pochwycił przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, miał powiedzieć o nim „prostak”. Podobnie otoczenie cara nazywało metody działania Murawjowa. Z obrzydzeniem przyjmowali informację, że Murawjow lubił brać udział w egzekucjach, a jego zasadą były słowa: „dobry Polak, to Polak powieszony”.
Skąd porównanie do Zubowa? Sierow miał upodobanie w pisaniu listów, których kilka znalazło się w aneksie do książki. Są to listy do Berii, Chruszczowa oraz samego Stalina. Zapewnia w nich o swojej wierności i niezmąconym szczęściu, jakim może być służba komunizmowi. „Służenie Tobie towarzyszu Stalin jest dla mnie jedynym prawem do życia”- pisze w jednym z nich.

Wojciech Stańczyk

Reklamy

Łagier czyli sowiecka blaga wg Sołoniewicza

W 1933 r. Iwan Sołoniewicz wraz z żoną Iriną, synem Jurą i bratem Borysem podjęli nieudaną próbę wydostania się z sowieckiej Rosji, za co spotyka ich zesłanie do obozu pracy w Kombinacie Białomorsko-Bałtyckim. Po kilku miesiącach adaptacji do życia łagrowego Sołoniewicze uciekają Sołoniewicz1jednak ponownie. Opowieści o tej brawurowej ucieczce – publikowane przez Iwana w odcinkach na łamach emigracyjnego rosyjskiego pisma „Poslednije Nowosti” – śledziła z zapartym tchem cała Europa. Sołoniewicz nie tyle bowiem relacjonował przebieg samej ucieczki, ile z dużą wnikliwością analizował sowiecką rzeczywistość, pokazywał jej absurdy, wyśmiewał stachanowski entuzjazm i myślenie kategoriami łagrowymi. Nowe wydanie „Rosji w łagrze” ukazało się nakładem Domu Wydawniczego PWN, we współpracy z Ośrodkiem Karta.

Wspomnienia Sołoniewicza Zachód – trzeba to jasno powiedzieć – czytał z niedowierzaniem. Sowieckim bolszewizmem intelektualne elity z całej Europy były wciąż zafascynowane i z pewnością nie brakowało osób, które opowieści te brały za konfabulację. Z tego też zapewne powodu początkowo odmawiano Sołoniewiczowi ich publikacji w całości. Pierwsze rosyjskie wydanie nastąpiło dopiero jesienią 1936 r. (wcześniej ukazały się w języku czeskim) staraniem środowiska rosyjskiej emigracji w Sofii. Dwutomowe zapiski rozeszły się błyskawicznie. Po nim nastąpiła fala przekładów na niemal wszystkie języki europejskie, w tym również j. polski (akurat ówczesny przekład nie był najlepszy i obejmował tylko fragmenty wspomnień). Z dużym zainteresowaniem spotkały się m.in. w nazistowskich Niemczech. Joseph Goebbels w swoim dzienniku z 1937 r., zanotował po jej lekturze: „przyszłe dni w życiu naszej partii będą znów poświęcone walce z bolszewizmem”.

Wszechrosyjska blaga

Zdaniem Sołoniewicza, najwłaściwszym określeniem na rzeczywistość Rosji Sowieckiej, jest blaga. To nie jest prawdziwe, z czegoś takiego nie da się zbudować państwa na miarę oczekiwań obywateli. Każdy sowiecki obywatel (podobnie instytucja czy organizacja) obciążony jest niezliczoną ilością przymusowych „entuzjazmów” i zadań niemożliwych do wykonania, które – gdyby je na poważnie i w pełnej rozciągłości wprowadzać w życie – uniemożliwiłyby normalne funkcjonowanie. Dlatego, do dobrego tonu – wśród co mądrzejszych obywateli ZSRR – należało eliminowanie zjawiska poważnego traktowania „entuzjazmów”. Jak ujmuje to Sołoniewicz „byleby ludzie w miarę możności nie zdychali, a poza tym niech diabli wezmą wszystko”. Ale blaga miała twarz, którą byli wszelkiej maści aktywiści, powołani do życia, by szpiegować, gnębić i rabować. Z punktu widzenia kremlowskiej administracji, każdy obywatel sowiecki był z gruntu nieprawomyślny, więc należało go w maksymalny sposób otoczyć szpiclami.  Aktywiści ci czasem działali w pojedynkę, czasem grupowo, a czasem instytucjonalnie. Sołoniewicz mnoży wiele przykładów, które pokazują blagę, prawdziwe oblicze sowieckiej Rosji. By pozostać w kręgu jego doświadczeń, jaskrawym tego przykładem jest inicjatywa ożywiania kółek sportowych.

Sołoniewicz, który, jako były lekkoatleta, był również działaczem sportowym, wspomina jak próbował – wraz z innymi działaczami – wyciągnąć z marazmu lokalne organizacje sportowe.   Chodziło o to, by przy braku poważnego treningu (trzeba zaznaczyć, że powszechne w Rosji głód, nędza i zniechęcenie odciągnęły ludzi od sportu), dać młodzieży trochę ruchu na świeżym powietrzu, aby w choć minimalnym stopniu powstrzymać stopień zwyrodnienia fizycznego. Wychowanie fizyczne nie interesowało specjalnie partii i rządu, więc inicjatywa zaczęła się rozkręcać. Młodzi ludzie garnęli się do sportu, również starsi zaczęli zauważać w nim pozytywne strony. I wszystko byłoby OK, gdyby nie pojawili się aktywiści, którzy uznali, że ćwiczenia gimnastyczne nie mogą być apolityczne i doprowadzili do wpisania do zajęć i treningów pogadanek . W związku z tym, że inicjatywa kółek była dobrowolna, w przeciągu roku ich działalność została w ten sposób zarżnięta.

Walka z takimi rozporządzeniami i kwestionowanie kompetencji aktywistów były niemożliwe i najczęściej kończyły się zsyłką na Sołowki, a niekiedy i rozstrzelaniem. Taki los spotkał grupę inżynierów, którzy zwalczali połączenia bezpośrednie na kolei. Połączenia wprowadzono, ale pośpiesznie się z nich wycofano, gdyż sparaliżowały całą trakcję i uznano je za szkodliwe. Kilkuset profesorów wywieziono nad Morze Białe za protest przeciwko skróceniu nauki i obcięciu zajęć akademickich. Po upływie trzech lat, programy trzeba było rozszerzyć z powrotem, a inżynierów posłać na uczelnie celem dokształcania.

Określenie „aktywista” urasta u Sołoniewicza do rangi symbolu, który uosabia system komunistyczny. – Wszechrosyjska blaga, na której wypasają się i robią karierę stada nieuków i głupców – kwituje autor. – To jest typ człowieka o mózgu barana, szczękach wilka, a wyczuciu moralnym protoplazmy. Typ człowieka, który jako szesnasty z kolei uczestniczy w zbiorowym gwałcie.

Mentalność łagrowa

O łagrach napisano wiele, głównie o ich okropnościach, o terrorze, o zniewoleniu pracą i psychicznym okrucieństwie. Sołoniewicz nie koncentruje się na tej sferze. Twierdzi natomiast, że są one ucieleśnieniem sowieckiej Rosji. Rzeczywistość łagrowa niczym nie różni się od typowej rzeczywistości poza łagrem. – Tak, niewątpliwie jest to katorga, ale gdzie w Rosji, poza Newskim Prospektem i Kuznieckim Mostem, nie ma katorgi – pyta retorycznie.

Sołoniewicz tuszuje tę rzeczywistość, ale nie po to, by ją zakłamywać, ale by uwypuklić rządzące się nimi zasady i pokazać ludzkie postawy. Są oczywiście ludzie, dla których łagier jest o wiele gorszy od wolności, są tacy, dla których różnica jest właściwie niedostrzegalna, ale nie brakuje i takich, którzy widzą w nim więcej plusów niż w wolności. Jak to ujmuje autor, dla nich wolność jest gorsza od łagru. Nieprawdopodobne, ale prawdziwe. I nie chodzi o sytuację w jakiej znalazła się chociażby inteligencja czy co bardziej oświeceni obywatele. To głupstwo – odpowiada Sołoniewicz. Głupstwo, w porównaniu z oceanem niezmierzonych udręk wielomilionowego chłopstwa rosyjskiego, dla którego łagier i tak – uwzględniając realia panujące np. na południowej Ukrainie – jest wyborem lepszego zła.  Jest beznadziejnie, okropnie, ale w pewnych granicach. W rzeczywistości łagrowej wszystko jest ustalone, nic nie ma prawa się wydarzyć, a jeśli już się wydarzy, będzie to wydarzenie o jeszcze gorszych konsekwencjach. Takim wydarzeniem podczas niewoli autora była zapowiedź, że osadzeni w łagrze przerzuceni zostaną na budowę Bajkalsko-Amurskiej Magistrali (BAM).

„Więźniowie – niemal 50 tysięcy – poczuli się ogłuszeni (…). Nad setkami metrów rozwieszonych w barakach i na barakach, rozciągniętych nad łagrowymi ulicami transparentów z hasłami o odrodzeniu i przemianie (…), nad całym łagrem zawisł jeden niewidzialny, ale najważniejszy: Zginiemy!”. Naruszona została monotonia. W łagrowej gazecie napisano o wielkim entuzjazmie i bolszewickim tempie z jakim budowana jest BAM, co już brzmiało groźnie, ale czarę goryczy przelała informacja o ulgach. Rozkaz obiecywał bowiem pracownikom niesłychane przywileje, m.in. skrócenie czasu odsiadki, przeniesienie do kolonii osiedleńczej czy nawet ułaskawienie. Jak pisze Sołoniewicz, brzmiało to jak „dzwon nad pogrzebanymi żywcem”. Władza sowiecka – o czym zdążono się już przekonać – niczego za darmo nie obiecywała. Skoro zaś obiecała, to można było przyjąć, że warunki pracy będą wprost niesłychane. W łagrze wybuchła panika, rozpoczęły się zamieszki, podpalano baraki, a nawet lokomotywy. Były próby ucieczek, szybko kasowane łącznie ze skasowaniem samych uciekinierów. Niektórzy osadzeni odcinali sobie kończyny, byle nie zostać wywiezieni na budowę. Dziś ocenia się, że w nieludzkich warunkach, w jakich powstawała ta linia kolejowa, zginęło ponad 150 tys. osób. Trudno znaleźć na kuli ziemskiej przedsięwzięcie, które pochłonęło taką liczbę ofiar. Przy budowie Kanału Panamskiego, chyba największego wyzwania inżynierskiego na jakie zdecydował się człowiek, życie straciło „zaledwie” 25 tys. robotników.

bam

Katorżnicza praca przy budowie Bajkalsko-Amurskiej Magistrali

Mentalność łagrowa to – jak twierdzi Sołoniewicz – jeden z fundamentów sowieckiej „techniki rządzenia”. Technika zapobiegająca „odchyleniom”. Żadna inna władza w historii ludzkości nie stawiała sobie tak ogromnych wyzwań i żadna też, na drodze do spełnienia tych zamiarów, nie nagromadziła takiej ilości ofiar. To łagrowe myślenie, wtłaczane masom z żelazną konsekwencją, miało na celu zawładnięcie ich umysłami, by wytworzyć w nich przekonanie o niemożności odejścia od komunizmu (tępienie mas).

Zamach

„Rosja w łagrze” była pierwszą pozycję opowiadającą o rzeczywistości sowieckiej oraz nieludzkich łagrach. O prawie 40 lat wyprzedziła ona „Archipelag Gułag” Sołżenicyna (1973). Jej wydanie przyniosło autorowi splendor, a honararium (wraz z pieniędzmi jakie wygrał jego brat w walkach zapaśniczych) pozwoliło na założenie i wydawanie pisma adresowanego do rosyjskiej emigracji. Pierwszy numer „Gołosu Rossii” (Głosu Rosji) ukazał się w czerwcu 1936 r. w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy i w zasadzie, w związku z tym, że siedziba redakcji znajdowała się w Sofii, obliczony był na emigrację mieszkającą w Bułgarii. Dość szybko zyskała jednak uznanie wśród Rosjan mieszkających w innych krajach. Nim wybuchła II Wojna Światowa docierała ona do czytelników w 52. krajach. Gazeta swą popularność zawdzięczała prostemu przekazowi i polemicznemu tonowi, nie unikała też trudnych tematów i starała się nie zasklepiać w poglądach. Była jednak przez część emigracji krytykowana, gdyż Sołoniewicz zaczął traktować ją jako tubę dla swoich radykalnych poglądów. Obwołał się na jej łamach „sztabskapitanem”, stając się swego rodzaju guru dla zwolenników reprezentowanych przez siebie poglądów. Ta deklaracja dała zresztą początek Ruchowi Ludowo-Monarchistycznemu, którego członków zaczęto nazywać właśnie sztabskapitanami.

Działalność polityczna Sołoniewicza nie mogła ujść uwadze NKWD, które śledziło jego każdy ruch. 3 lutego 1938 r. do sofijskiej redakcji „Gołosu”, w którym oprócz Iwana pracowała jego żona Tamara oraz syn Jurij, przyniesiono przesyłkę z bombą. Była zaadresowana imiennie na Iwana, ale otworzył ją sekretarz redakcji Nikołaj Michajłow i to on oraz Tamara stali się ofiarami eksplozji. Iwan z synem przeżyli, gdyż znajdowali się w innym pomieszczeniu. Po zamachu środowisko emigracyjne w Bułgarii odsunęło się od Sołoniewiczów i zaczęło nawet postulować u bułgarskich władz o zamknięcie pisma. Ostatecznie Sołoniewicze wyjechali do Niemiec, gdzie Iwan skorzystał na swojej popularności głosząc odczyty, z których honoraria pozwoliły mu założyć nową gazetę.

Wojciech Stańczyk

soloniewicz3 Iwan Sołoniewicz – Z wykształcenia prawnik, z zawodu dziennikarz — w 1933 roku, uznając, że nie może dalej żyć w państwie totalitarnym, postanowił uciec z Rosji bolszewickiej. Wraz z bratem Borysem i synem Jurijem zostali złapani w trakcie próby ucieczki i skazani na wieloletni pobyt w poprawczych obozach pracy. Trafili do największego w tym czasie systemu łagrowego — Kanału Białomorsko-Bałtyckiego. Od samego początku pobytu w łagrze, nie widząc szans na normalne życie w państwie bolszewików, myśleli o powtórnym zorganizowaniu ucieczki. Dzięki sprytowi, inteligencji i niezwykłej sprawności fizycznej (wszyscy byli sportowcami), Sołoniewiczom udało się wydostać z łagru i przejść przez zieloną granicę do Finlandii.

Jak to z Chłopczykiem było?

hiroszimka

6 sierpnia 1945 r. Wybuch bomby atomowej nad Hiroszimą

Podczas gdy świat z coraz większym niepokojem spogląda na Daleki Wschód i atomowe pogróżki Korei Północnej, proponuję zapoznać się z historią wynalazku, o którym węgierski fizyk Leo Szilard powiedział: „był jednym z największych błędów w dziejach, który doprowadził gatunek ludzki do ostatecznego upadku statusu moralnego”. Pasjonującą opowieść o tym, jak to z tą bombą było, przynosi książka Andrew J. Rottera „Bomba atomowa. Świat wobec zagrożenia”. Przedstawia ona zarówno tło polityczne decyzji o budowie bomby, rezultaty naukowych odkryć i w końcu skutki, jakie ów „projekt badawczy” przyniósł. W dodatku przedstawia wiele nieznanych wcześniej szczegółów, gdyż Rotter miał dostęp do szeregu materiałów dopiero co odtajnionych.

Mniejsze zło?

Zrzucenie bomby jądrowej na Hiroszimę 6 sierpnia 1945 r. wydaje się być faktem pełnym prostoty i logiki.  Jeden samolot, jedno miasto, jeden sierpniowy poranek i jedna bomba, pieszczotliwie nazwana „Chłopczykiem” ( „Little Boy”). Paul W. Tibbets, dowódca bombowca „Enola Gay”, powiedział po latach, że nikt nie miał wątpliwości, że użycie tej broni przeciwko Japonii było moralnie oczywiste. Japończycy byli zbrodniarzami. Zdradziecko zaskoczyli Pearl Harbor, okrutnie postępowali z jeńcami, nie mieli litości dla cywilów i bezwzględnie traktowali podbite przez siebie kraje w rejonie Azji Południowo-Wschodniej i na Pacyfiku.  Bomba atomowa, zdaniem wielu, była właściwą karą dla narodu, który przyniósł światu wojnę i nędzę, karą współmierną do wszystkich japońskich zbrodni. Do dziś nie brakuje historyków, twierdzących, że zgładzenie Hiroszimy i Nagasaki, uchroniło Japonię i świat od jeszcze większego rozlewu krwi i ilości ofiar śmiertelnych.  Nim Stany Zjednoczone zdecydowały się sięgnąć po to rozwiązanie trwały przecież bezwzględne naloty na japońskie miasta, które przynosiły przecież tysiące ofiar, a na cesarzu Hirohito wydawało się to nie robić żadnego wrażenia. Zwolennicy użycia broni atomowej przeciwko Japończykom starają się tę decyzję uzasadnić argumentem „mniejszego zła”. Owszem jest to ohydna broń, owszem zło, ale jego ostatecznym celem było przecież zakończenie wojny. A wojna to przecież zło w czystej postaci. Ładunek niesiony przez Enola Gay był zatem zalążkiem pokoju, a więc przyniósł dobro. Czy aby na pewno?

Pomijając oczywisty fakt, że żadni ludzie, niezależnie od tego jak postępują ich rządy, nie zasługują na to, by ulec unicestwieniu za sprawą broni tak strasznej jak bomba nuklearna i nic nie uzasadnia sięgnięcia po to rozwiązanie, zrzucenie bomb na Hiroszimę i Nagasaki pchnęło wiele rządów na drogę nuklearnych eksperymentów. Gdy Józef Stalin usłyszał o Hiroszimie, natychmiast poparł przełomowy program budowy sowieckiej bomby jądrowej, którego efektem było zdetonowanie megaładunkowej bomby „Big Iwan” w rejonie Morza Arktycznego (w 1961 r.). Na własny program zdecydowali się też dumni ze swojego wkładu w „Projekt Manhattan” Brytyjczycy (w laboratorium w Los Alamos pracowało dziewiętnastu obywateli Zjednoczonego Królestwa), a w niedługi czas później Francuzi, którzy na Saharze i polinezyjskim Atolu Mururoa w latach 1960-1996 wykonali ponad dwieście prób jądrowych. W ślady mocarstw świata zachodniego poszły następnie Chiny, Indie, Pakistan oraz Korea Północna. Podejrzewany o posiadanie tej broni Iran, jeśli nawet nie skonstruował ładunków, to jest już zdolny do wytworzenia masy krytycznej kluczowej dla nuklearnej reakcji łańcuchowej.  Zdolne do tego są ponadto Izrael i RPA. Taka jest cena mniejszego zła.

Compton, Fermi, Lawrence czyli nobliści w służbie bomby atomowej

Trzeba od razu zaznaczyć, że amerykański potencjał naukowy przełomu lat 30. i 40. XX wieku nie był tak wszechstronny i bogaty, by móc samodzielnie i bez posiłków z zewnątrz zrealizować projekt badawczy, któremu nadano potem nazwę Manhattan. Potencjał finansowy był jednak wystarczający, by ściągnąć do Los Alamos naukowców z różnych stron świata i rzucić ich na szeroką wodę badań nad skonstruowaniem bomby atomowej. Administracja Roosevelta, wojskowi amerykańscy i wszyscy, którzy w tej wojnie stali po „słusznej stronie”, nawet – jak pisał później Winston Churchill – ani chwili nie dyskutowali nad tym czy powinno się tej bomby użyć czy nie.  Leslie Groves, twórca i kierownik Projektu Manhattan, napisał w swej historii, że nie miał cienia wątpliwości, że broń, nad którą jego zespół pracuje, miała zostać użyta przeciwko wrogom Stanów Zjednoczonych. Nie wiedział tylko którym, dopiero po 7 grudnia 1941 r., a więc po japońskiej napaści na Pearl Harbor, nabrał pewności kto stanie się ofiarą ich prac.  To przekonanie powszechne jednak nie było, gdyż Niemcy również pracowali nad bombą i istniała obawa, że to ich naukowcy mogą wygrać w tym korespondencyjnym wyścigu. Poza tym, mimo wszystko, nazizm budził większą odrazę niż imperialne zapędy Tokio. Za twierdzeniem Grovesa przemawiało jednak coś więcej niż tylko chęć odwetu za Pearl Harbor. Gdyby bowiem bomba okazała się niewypałem, a takie ryzyko istniało, Niemcy – w przeciwieństwie do Japończyków – byli ją w stanie z korzyścią dla siebie zdemontować i poddać analizie, a do tego nie można było dopuścić.

groves-and-oppenheimer1

Leslie Groves i J. Robert Oppenheimer podczas prób atomowych w Nevadzie

Początkowo prace nad amerykańską bombą toczyły się na kilku frontach naraz. W Columbii pracowano nad budową reaktora (stosu) do uzyskania reakcji łańcuchowej oraz eksperymentowano z pozyskaniem U-235 metodą dyfuzji gazowej. W Princeston również pracowano nad stosem, ale seperacji uranu próbowano dokonać w wirówce i dyfuzji termalnej. Prace prowadzono też w Chicago i Berkeley, gdzie Lawrence próbował pozyskać rozszczepialny uran z wykorzystaniem cyklotronu. Artur Compton, podówczas autorytet w zakresie fizyki jądrowej, noblista z 1927 r. (za odkrycie zjawiska rozpraszania promieniowania elektromagnetycznego po zetknięciu z materią) zestawiając wyniki prac wszystkich ośrodków uznał, że wiele wniosków się dubluje i badania na kilka ośrodków są nieefektywne. Mając wszelkie prerogatywy w swoich rękach skupił wszystkie prace w jednym miejscu. W Chicago – prace  tego ośrodka na tle pozostałych szły tu wprawdzie najwolniej, ale miasto to, znajdując się wgłąb kontynentu nie było narażone na bombardowania i było dość dobrze rozwinięte. Powstały z połączenia ośrodków instytut nazwano Laboratorium Metalurgicznym, który przeszedł do historii pod nazwą Met Lab. Compton postawił przed nim trzy zadania: po pierwsze, uzyskać reakcje łańcuchową z użyciem uranu naturalnego; po drugie, uzyskać z rozszczepionego uranu pluton; po trzecie, wynieść z tego pilotażowego doświadczenia przekonanie i wiedzę potrzebną do budowy fabryki na tyle dużej, by wyprodukować paliwo nuklearne do bomby. Potrzebny był reaktor jądrowy, zadanie jego wykonania otrzymał włoski fizyk Enrico Fermi, opromieniony sławą odkrywcy nowych pierwiastków promieniotwórczych (Nobel w 1938 r.) i z zadania tego wywiązał się znakomicie. 2 grudnia 1942 r., na korcie do squasha w opuszczonym kompleksie sportowym Amos Alonzo, Fermi skonstruował stos, w którym uzyskał pożądana reakcję łańcuchową.

drawing-two-of-chicago-pile1

Sala do squasha posłużyła E. Fermiemu do skonstruowania reaktora. Podczas próby uruchomienia reakcji łańcuchowej nie pozwolono wykonywać fotografii – ilustracja opiera się na szkicach i opowiadaniach uczestników

W tym samym mniej więcej czasie, pracujący w Berkeley kolejny noblista Ernest Lawrence (1939 r. za stworzenie cyklotronu) zbudował urządzenie, w którym udało mu się wzbogacić uran do obiecującego poziomu 35 procent. Compton przyjął jego osiągnięcia z entuzjazmem, choć nie dał tego po sobie poznać stwierdzając enigmatycznie, że trzeba jeszcze pokonać liczne przeszkody techniczne. Ostatecznie do poprowadzenia prac nad skonstruowaniem bomby zatrudniono J. Roberta Oppenheimera, potomka żydowskich emigrantów z Niemiec, bliskiego współpracownika Lawrence’a z Berkeley. Oppie, jak go powszechnie nazywano, miał jedną niesłychaną cechę. Umiał z dziesiątków teorii i hipotez wyprowadzić krzyżujące się wątki. Jego genialny instynkt nadał pracom zespołu niesłychanej dynamiki. Historia Oppenheimera to zresztą osobny rozdział, niewygodny symbol naukowego i technicznego sukcesu, osiągniętego nie tyle w celu postępu, ale dla unicestwienia setek tysięcy osób za jednym zamachem. Oppie czuł się winny z powodu swej roli w budowie bomby. Miał powiedzieć Trumanowi, że ma (według innych relacji: „mamy”) krew na rękach. Na co prezydent, jak sam wspominał, odpowiedział sarkastycznie: „To drobiazg. Zejdzie jak je pan umyje”. Zgodnie z innymi relacjami miał nawet wręczyć uczonemu chusteczkę.

Uzbrajanie Chłopczyka

5 kwietnia 1945 r., kilka dni po amerykańskim lądowaniu na Okinawie, Hirohito dokonał rekonstrukcji gabinetu.

Cesarz Japonii Hirohito

Cesarz Japonii Hirohito

Dotychczasowy nie był bowiem zdolny – przynajmniej zdaniem cesarza – na takie prowadzenie walk, by nieuchronny koniec odbył się drogą częściowych ustępstw. Bezwarunkowa kapitulacja, a takiej domagali się od Japonii alianci, nie leżała ani w charakterze, ani w tradycji tego narodu. Nie było na to zgody ani u cesarza, ani wśród wojskowych, ani u przeciętnego Japończyka. W gruncie rzeczy Hirohito chodziło o jedno, gwarancję nienaruszalności. Gotów był poddać się, ale nie na takich warunkach. W samym gabinecie nowego premiera Kantaro Suzukiego również nie było co do tego zgody, a i wśród dowództwa ścierały się na tym tle przeciwstawne koncepcje. Amerykanie, którzy czytali przechwycone japońskie depesze, nie mieli jasnego przekazu jaka jest tak naprawdę wizja kapitulacji Japończyków. Czego, oprócz gwarancji dla cesarza oczekują, jak też z czego mogą zrezygnować. Nie podobała się też w Białym Domu koncepcja Hirohito, by Amerykanie odstąpili od okupacji Japonii. Przechwytywane depesze mówiły też o jednym. Japończycy wciąż są gotowi na kontynuowanie wojny, a ich dowództwo przygotowało plan ostatecznej, totalnej bitwy obronnej. Co więcej plany te słusznie przewidywały, którędy Amerykanie będą chcieli zaatakować, by zdobyć Tokio i nawet pozwalały im na zdobycie przyczółków. Tym, co budziło jednak przerażenie Amerykanów, był sposób w jaki Japończycy zamierzają się bronić.  W oczekiwaniu na siły inwazyjne ponad dwadzieścia japońskich dywizji miało być rozmieszczonych na południu wyspy Kiusiu, do walk wciągnięci mieli zostać sami mieszkańcy. W pogotowiu było też pięć tysięcy pilotów kamikadze. Tylko pobieżny rzut oka na tę strategię mówił jedno. Będzie to wyczerpująca bitwa, która pociągnie niewyobrażalne straty nie tylko po stronie japońskiej, ale i po stronie aliantów.  Gdy w lipcu Truman otrzymał zapewnienie Stalina o wejściu do wojny na Pacyfiku, napisał do swojej żony: „wierzę, że Japki ugną się zanim wejdą Sowieci. Jestem pewien, że ugną się gdy nad ich głowami rozbłyśnie Manhattan”. Uranowy rdzeń „Chłopczyka” był już w drodze na Tinian, niewielką wyspę w archipelagu Marianów Północnych, gdzie stacjonowała eskadra amerykańskich bombowców.

Podpułkownik Paul W. Tibbets, pilot bombowca B-29 „Enola Gay” i dowódca eskadry, był jedynym człowiekiem na Tinian, którego wprowadzono w szczegóły Projektu Manhattan.  W październiku 1944 r.  otrzymał zadanie zbudowania w Wendover Field w stanie Utah załogi pilotów, którzy ostatecznie zakończą II Wojnę Światową. Pod jego dowództwem 509. zgrupowanie bombowców – wraz z całą obsługą naziemną – liczyło 1,8 tys. ludzi, z czego 117 stanowiło załogę trzynastu superfortec, szkoloną – bez ich wiedzy – do zrzucenia bomby atomowej.  Ćwiczyli nad Utah, Nevadą i Kalifornią zimą z 1944 na 1945 r. W słoneczny dzień wznosili się na wysokość 9 tys. metrów, brali kurs na okrągłe tarcze wyryte na pustyni i spuszczali ciężkie bomby z betonu, z materiałem wybuchowym umieszczonym z przodu. Tibbets instruował pilotów, by natychmiast po zrzuceniu bomb skręcali ostro o 155 stopni i jak najszybciej odlatywali z miejsca zrzutu. Po okresie prób, zaczęto tego typu bomby (z uwagi na rozmiar i pomarańczowy kolor nazywano je dyniami) zrzucać na japońskie cele na japońskich Marianach i Karolinach. Dowództwo liczyło, że w ten sposób nie tylko przygotuje się załogi do lotów z bombami atomowymi, ale i zwiedzie Japończyków, że pojedynczy B-29 nad ich niebem nie stanowi istotnego zagrożenia. Ładunki wybuchowe umieszczone w betonowych dyniach nie wyrządzały bowiem większych szkód.

little boy

Little Boy – bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę

Montaż „Chłopczyka” zakończył się ostatniego dnia lipca i 1 sierpnia mógł być już właściwie użyty, gdyż każda z trzynastu załóg była gotowa do spełnienia swego zadania. 2 sierpnia Tibbets wraz ze swoim celowniczym Thomasem Ferebee oraz generałem Curtisem LeMayem, dowódcą amerykańskiego lotnictwa na Pacyfiku, usiedli do map i nakreślili strategię zrzutu „Chłopczyka”.  W misji miało wziąć łącznie dziewięć bombowców. Pierwsze trzy, rozpoznawczo, miały przelecieć nad obranymi celami. Jeden nad Hiroszimą, jeden nad Kokurą i jeden nad Nagasaki. Miały zdać relację na temat warunków pogodowych. Czwarty oddelegowano na Iwo Jimę, jako rezerwę, gdyby bombowiec niosący bombę uległ jakiejś awarii, a wraz z nim dwa kolejne jako bombowce towarzyszące. Siódmy i ósmy stanowić miały asystę bombowca z ładunkiem nuklearnym. Dziewiątym był „Enola Gay” z Tibbetsem za sterami. Ustalono, że celem nr 1 będzie Hiroszima, a „Little Boy”  zostanie upuszczony w pobliżu mostu Aioi na rzece Ota. Dwa dni później odbyła się odprawa, podczas której uchylono pilotom rąbka tajemnicy. Nie użyto wprawdzie ani razu słowa „atomowy” czy „nuklearny”, ale zasygnalizowano, że w wyniku eksplozji powstanie coś na kształt grzyba i należy zrobić wszystko, by być od niego jak najdalej.

Pika-don

Hiroszimie, jako jednemu z miast celów atomowych, siły generała Curtisa LeMaya wyraźnie nie wyrządzały krzywdy. Trochę to nawet dziwiło mieszkańców miasta, stąd mnożyły się domysły. Przypuszczano m.in., że w Hiroszimie przebywa bliska rodzina Trumana (ciotka, a nawet być może matka), że piękno miasta urzekło Amerykanów i po kapitulacji Hirohito w Hiroszimie utworzą kurort, czy wreszcie, że postanowiono ją oszczędzić z uwagi na dużą ilość cudzoziemców tam mieszkających. Tak czy owak Hiroszima była nietknięta nalotami, a większość obywateli w głębi serca wiedziała, że wcześniej czy później i na ich miasto spadną bomby. Nie istnieje jednak standardowa opowieść o tym dniu w Hiroszimie. Każdy z ocalałych po wybuchu miał inne wspomnienia. Jednak zbombardowani podzielali pewne reakcje, w podobnych słowach i obrazach opisując swoje doświadczenia. Najczęściej pojawiającymi sią określeniami były słowa „pika-don”, czyli „błysk i huk”, a potem cisza i oszołomienie.  Wielu ludzi było po wybuchu obnażonych. Rotter przywołuje przypadek robotnika z fabryki zbrojeniowej, który ujrzał w deszczu nagą, błagającą o pomoc kobietę. Jej ciało było pokryte oparzeniami,  ale od udzielenia pomocy powstrzymywały go nie rany, ale nagość dziewczyny. Jednocześnie osobliwy przypadek rządził tym, kto ginął, a kto ocalał, unikając obrażeń. Tych opowieści nagromadziło się przez dziesięciolecia tysiące i nie sposób je tu przytoczyć.

Zgliszcza Hiroszimy

Zgliszcza Hiroszimy

Mimo prób zaprzeczenia, „Chłopczyk” wywołał ogromny szok. Hirohito miał powiedzieć do swojego szefa dyplomacji, że – skoro powstała taka broń – kontynuowanie wojny nie ma sensu i trzeba zrobić wszystko, by  zakończyć wojnę bez targowania się o jak najkorzystniejsze warunki kapitulacji.  Za tymi słowami nie poszły jednak czyny. Japonia wciąż nie zgadzała się na akceptację deklaracji poczdamskiej,  a żaden z jej dygnitarzy nie zmienił po Hiroszimie swojego stanowiska w tej sprawie. W takich okolicznościach zapadła decyzja o użyciu drugiej bomby, której celem przeznaczenia miała być pierwotnie Kokura, dopiero w drugiej kolejności Nagasaki.

Wojciech Stańczyk

Stalin – państwowy morderca

   Eugeniusz Duraczyński: Stalin. Twórca i dyktator supermocarstwa

Nakładem wydawnictwa Bellona ukazała sie monumentalna biografia Józefa Stalina autorstwa prof. Eugeniusza Duraczyńskiego. Książka jest owocem wieloletnich badań tego uczonego nad fenomenem Stalina, któremu w sukurs przyszła rzadka sposobność, jaką była sześć lat trwająca misja stałego przedstawiciela Polskiej Akademii Nauk  przy Rosyjskiej Akademii Nauk (stanowisko to zostało utwor­zone w 1995 r. w wyniku porozu­mienia władz obu Akademii). Duraczyński miał duże szczęście, bo dzięki temu udało mu się dotrzeć do zasobów, do jakich nie dotarł wcześniej żaden inny badacz spoza strefy języka rosyjskiego.

W nocy z 24 na 25 lutego 1956 r. przywódca ZSRR Nikita Chruszczow wygłosił w czasie XX Zjazdu KPZR tajny referat „O kulcie jednostki i jego następstwach”. Poddał w nim ostrej krytyce swojego poprzednika, a więc Józefa Stalina i stworzony przez niego system zbrodni, wywołując wstrząs w świecie komunistycznym. Jak pisał prof. Leszek Kołakowski „następca Stalina oznajmił partii, a rychło całej kuli ziemskiej, że wczorajszy wódz postępowej ludzkości, natchnienie świata, ojciec narodu radzieckiego, wielki koryfeusz nauki, największy geniusz militarny i największy geniusz w dziejach w ogólności był mordercą milionów, oprawcą, paranoikiem, a przy tym nieukiem w sprawach wojskowych, który doprowadził państwo sowieckie na skraj przepaści”. Chruszczow oskarżał Stalina o wymordowanie tysięcy członków partii, powszechne stosowanie terroru, budowanie kultu własnej osoby i pychę. Nazywał go też państwowym mordercą. Słowa Chruszczowa były wstrząsem dla wszystkich uczestników XX Zjazdu KPZR, w tym również dla towarzyszy z zagranicy, którzy się w Moskwie bardzo licznie stawili. Wstrząsem, ale i ulgą, gdyż Chruszczow powiedział na głos to, o czym mówiło się w wielu kręgach już za życia Stalina, lecz obawa o własne życie skutecznie sznurowała wszystkim usta.

Tym, co najcenniejsze w tej książce, jest z pewnością ukazanie procesu narodzin stalinizmu i kultu Stalina. Biografia nie przynosi jakichś szczególnych odkryć, czy zaskakujących nieznanych faktów. Oczywiście widzimy drogę, jaką Dżugaszwili przeszedł w drodze na Kreml, widzimy jak izolowane na arenie międzynarodowej pierwsze państwo komunistyczne przeradza się w potworną i zbrodniczą machinę, ale widzimy przede wszystkim mechanizmy, które doprowadziły do powstania stalinowskiej tyranii i jej krzepnięcia.Widzimy zaszczutych i bojących się własnego cienia ludzi, którzy – bądź zbiegiem okoliczności, bądź drogą rozmaitego poplecznictwa – znaleźli się w najbliższym otoczeniu Stalina. I przede wszystkim dociera do nas jedno niepokojące przekonanie, że wciąż, mimo ogromu zbrodni i milionów ofiar, postać ta ma całkiem sporą liczbę entuzjastów. Rzecz nie do pomyślenia przy pochylaniu się nad biografią Hitlera. Jak podaje Duraczyński, ponad połowa dorosłych Rosjan uważa, że Stalin zrobił więcej dobrego niż złego dla Rosji, a 36% młodych ankietowanych (do 35. roku życia) jest przekonanych, że zasługi Stalina, tzn. uczynienie z ZSRR światowego mocarstwa, czego nie udało się osiągnąć  poprzednikom (również z okresu caratu), rozgrzeszają jego błędy.  Dodajmy, że  mocarstwo to władało politycznie i mentalnie znacznie szerszym terenem niż  wynikało to z obowiązujących granic. Stalinowskie matryce odciskały bowiem swoje kopie na wszystkich kontynentach, a i polską ziemię i polskie umysły dość skutecznie głęboko rozorały…

Książki Duraczyńskiego nie da się ot tak przeczytać i odstawić na półkę. Historia, owa nauczycielka życia, uczy, że niczego nie należy być pewnym. A z pewnością nie należy być pewnym tego, że podobny koszmar, jaki stał się udziałem mieszkańców imperium sowieckiego, nie powtórzy się już nigdy więcej. Dopóki władza utrzymywać się będzie dzięki wzbudzaniu strachu wśród obywateli, wzmacnianiu opresyjności prawa, a przy tym przy zastosowaniu mechanizmów okłamywania i stępiania wrażliwości społeczeństwa, nie możemy mówić, że stalinizm to li tylko upiór z przeszłości.

Wojciech Stańczyk

 

%d blogerów lubi to: